Tytan ze Świdnika - Świdnik - wysokich lotów

środa, 31 styczeń 2018 13:52

Tytan ze Świdnika

Napisał 
Tytan ze Świdnika fot. Monika Sidorowska

Futbol amerykański - gra dla prawdziwych twardzieli. Kształtuje nie tylko mięśnie, ale i charakter. W drużynie Tytanów Lublin gra Bartek Nowak, 19-latek ze Świdnika. Mimo, że urodził się bez dłoni, swoją postawą udowadnia, że warto przełamywać bariery w dążeniu do realizacji marzeń. W grudniu ubiegłego roku, jako jeden z pięciu zawodników, reprezentował nasz kraj w turnieju Aztec Bowl w Meksyku, rywalizując z najlepszymi sportowcami z całego świata.

- Udowadniasz, że nie ma rzeczy niemożliwych...

- Ja tego tak nie postrzegam. Po prostu robię to, co kocham. Zawsze podkreślam, że futbol amerykański to nie tylko sport, w którym rozwijamy się fizycznie. W pewnym stopniu kształtuje też naszą psychikę. Uczy dużo pokory i szacunku do innych.

- Wróćmy do początków. Skąd Twoje zainteresowanie tą dyscypliną?

- Nigdy nie interesowałem się piłką nożną. Inni chodzili na treningi, mnie to kompletnie nie kręciło. Będąc w gimnazjum, do szkoły przyjechali zawodnicy Tytanów Lublin. Pomyślałem, że chciałbym spróbować z nimi poćwiczyć. Jakiś czas później pojawiłem się na pierwszym treningu juniorskim. Było to bardzo stresujące przeżycie. Z natury jestem nieśmiały i starałem się ukrywać rękę, jednak tam nie dało się tego zrobić. Musiałem wejść w nowe towarzystwo. Pojechałem z siostrą i w zasadzie to ona wepchnęła mnie na boisko. Pamiętam, jak trenerzy rozmawiali między sobą o pozycji, na której miałbym grać. Jeden powiedział „słuchaj, on nie ma ręki, co z nim zrobimy”. Drugi nie mógł w to uwierzyć i zaczął mnie szukać wzrokiem (śmiech). Cieszę się, że szkoleniowcy nigdy nie oceniali mnie przez pryzmat braku dłoni. Kazali wykonywać wszystkie ćwiczenia, mimo że chwilami było ciężko. Nie czułem się traktowany inaczej. Przynosiło mi to radość i dlatego z chęcią wracałem na każde kolejne spotkanie.

- Po ciężkich treningach nadszedł czas na pierwszy mecz.

- Rozegrałem go w wakacje 2014 roku, dwa miesiące po pierwszym treningu. To był sparing kończący camp całej drużyny. Graliśmy przeciwko Warsaw Eagles. Nie pamiętam dokładnego wyniku, jednak było to dla mnie wielkie wyróżnienie, gdyż zostałem wystawiony w pierwszym składzie. Pamiętam też wielki stres jaki mi towarzyszył. Wiedziałem, że muszę jak najlepiej wykorzystać swoją szansę. Do momentu pierwszego uderzenia cały się trząsłem, później wszystko odpuściło.

- W juniorach stołecznej drużyny grałeś dwa sezony.

- Zaczynałem w Tytanach juniorach, potem dwa sezony grałem również w Warszawie. Ważne było wsparcie moich rodziców, którzy zachęcali, abym próbował różnych rzeczy. Jednocześnie zawsze popierali moje decyzje i uważali, że przygoda z warszawskim klubem może być dobrym sposobem na rozwijanie swoich umiejętności. Można powiedzieć, że gdyby nie mój tato, pewnie bym rzucił futbol. Nieraz nie chciało mi się jechać na trening, a on na siłę „wyrzucał” mnie z domu (śmiech). Od zawsze gram w formacji defense, zmieniałem tylko pozycje wewnątrz. W juniorach występowałem na pozycji middle linebacker. Teraz gram jako safety. Jestem ostatnią deską ratunku dla defensywy. Moim zadaniem jest krycie głębokiej strefy w boisku. Jeśli zawalę, kończy się to utratą punktów. Pozycja ta wymaga dużego doświadczenia. Safety bardzo dobrze musi „czytać” przeciwników i wiedzieć co się aktualnie dzieje na placu gry.

- Wróciłeś do Lublina. Po jakimś czasie pojawiła się możliwość wyjazdu na turniej Aztec Bowl w Meksyku.

- Na fanpage'u organizatorów obejrzałem spot zapraszający zawodników z roczników 1998, 1999 i 2000. Trzeba było przygotować krótki filmik z akcjami z własnych meczów. Ja takiego nawet nie miałem. Żeby nie mieć pretensji, że nie spróbowałem, jednego dnia przygotowałem i przesłałem klip. Nazajutrz odezwał się koordynator przedsięwzięcia na nasz kraj z informacją, że trenerzy są zainteresowani moim udziałem w rozgrywkach i chcą porozmawiać.

- Spełnienie marzeń?

- Tak, jednak trzeba było szybko zejść na ziemię. Musiałem zebrać pieniądze na przelot. Wtedy z pomocą przyszła drużyna. To oni wyszli z inicjatywą, żeby zorganizować zbiórkę i udało się. Nigdy nie zapomnę, że to dzięki nim i darczyńcom udało mi się rozwijać umiejętności, ale też przeżyć niezapomnianą przygodę wśród najlepszych, młodych zawodników futbolu amerykańskiego. W Meksyku, oprócz mnie, zaprezentował się kolega z drużyny, Rafał Chamera, a także jeden zawodnik z Bielawy i dwóch z Wrocławia. Oczywiście tygodniowy wyjazd to ciężka praca, bez taryfy ulgowej. Dwa treningi dziennie, sesje filmowe, podczas których analizowaliśmy nasze akcje, a na zakończenie mecz. Dopiero ostatniego dnia chwila czasu wolnego na zwiedzanie miasta. Nie uważam aby występ w Meksyku był moim sukcesem. Miałem po prostu trochę szczęścia, że się tam znalazłem.

- Wiążesz przyszłość ze sportem?

- W tej chwili futbol amerykański rozwija się dynamicznie, jednak potrzeba jeszcze wiele czasu, aby był w Polsce traktowany jak inne dyscypliny. Teraz nie otrzymujemy żadnych pieniędzy, musimy sami opłacać treningi, sprzęt. Oczywiście, że chciałbym być sportowcem, utrzymywać się z tego i taki jest mój plan. Jednocześnie wiem, że nie jestem najlepszym zawodnikiem. Jest sporo rzeczy, nad którymi muszę popracować. Chciałbym jednak wystąpić kiedyś przed polską publicznością, z orzełkiem na piersi. To będzie prawdziwy sukces i zwieńczenie mojej pracy.

fot. Monika Sidorowska

Magazyn Świdnik - Wysokich Lotów, nr 21/2018