Cała jestem muzyką - Świdnik - wysokich lotów

wtorek, 31 październik 2017 14:00

Cała jestem muzyką

Napisała 
Cała jestem muzyką fot. Paulina Cerling

Zawsze podążaj za głosem serca i walcz o marzenia. Tak w skrócie można opisać zasady, którymi kierowała się Weronika Boczek ze Świdnika, rozpoczynając wiele lat temu swoją muzyczną przygodę. Zaczynając od rodzinnych występów i śpiewania do lustra, z czasem, kuchenne akcesoria zamieniła na prawdziwy mikrofon, a domowe zacisze na większe sale i kameralne lokale w całej Polsce. Zawodowo gra na klarnecie, opanowała też keyboard i pianino, a od niedawna próbuje swoich sił na ukulele. Ma za sobą występy muzyczne, chóralne, festiwale z orkiestrami oraz indywidualne koncerty. W jej życiu nie ma czasu na nudę, a to dopiero początek.

- Muzyk, wokalistka, a może jedno i drugie?

- Nadal postrzegam siebie w tej pierwszej kategorii. Skończyłam II stopień szkoły muzycznej, mam tytuł zawodowy. Pierwsze kroki stawiałam w Ognisku Muzycznym, później pojawiła się szkoła i gra na klarnecie, występy z chórami: Arion i św. Kingi, orkiestry symfoniczne oraz dęte: świdnicka HBO i gminy Mełgiew. Uczęszczałam też na zajęcia wokalne do Miejskiego Ośrodka Kultury, ciepło wspominam Warsztaty Piosenki Literackiej. Starałam się angażować w wiele projektów. Czułam, że sprawia mi to ogromną satysfakcję. Jestem zdania, że każde, nawet najmniejsze doświadczenie popycha nas ku wyznaczonemu celowi. Warto się rozwijać i spełniać. Sukces jest na wyciągnięcie ręki, ale trzeba o niego walczyć. Wracając do śpiewu, tak naprawdę dopiero po przeprowadzce na studia do Krakowa, zaczęłam uczyć się go bardziej od strony technicznej. Kiedyś w szkole muzycznej usłyszałam, że nie mam słuchu i nie potrafię śpiewać…

- To mogło zaboleć.

- Tak, jednak ocena innych osób nie jest w stanie mnie zniechęcić. Jeżeli czuję, że coś kocham, to po prostu idę w to. Prawda jest taka, że gdybym wzięła te wszystkie słowa do siebie, to dziś nie byłabym w tym miejscu. Wierzę w to co robię. Staram się koncertować i powoli się z tym rozkręcam. Myślę, że doświadczenie świadczy o reprezentowanym poziomie i dopiero po wielu latach będę mogła nazwać się wokalistką, chociaż nie przepadam za tym określeniem. Póki co, czuję się bardziej autorką tekstów i muzyki. Samo pisanie tekstów przychodzi mi jakoś naturalnie, choć nie jest to łatwe. Gdy siadam do pianina i zaczynam grać, z każdym dźwiękiem słowa same cisną się do moich myśli.

- Zapytam krótko - co Ci w duszy gra?

- Ciężko to ustalić (śmiech). Ogólnie nie lubię zaszufladkowania. Moja muzyka to coś pomiędzy poezją śpiewaną, a jazzem, trochę alternatywna, folkowa - nie do końca zdefiniowana. W lipcu grałam na lubelskich Innych Brzmieniach. Moje utwory, z udziałem perkusji stały się bardziej żywe i rytmiczne. Ogólnie stwierdzam, że powinnam urodzić się kilkadziesiąt lat wcześniej… Zawsze powtarzam babci, że zazdroszczę jej tego, w jakich czasach żyła. Klenczon, German, Czerwone Gitary, Demarczyk, Niemen, Nalepa, Breakout i wielu innych. Pomimo politycznie ciężkich czasów, to był rozkwit polskiej muzyki - teksty z przekazem, instrumentalnie dopracowane w każdym calu. Uważam też, że poezja śpiewana jest nadal nośna. To muzyka uniwersalna, która może się spodobać zarówno starszym, jak i młodszym pokoleniom. Stawiam na prosty przekaz i piękno muzyki, które niekoniecznie musi wychodzić z hałasu i wykrzyczanego słowa. Inspiruje mnie muzyka Grzegorza Turnaua, Marka Grechuty czy krakowskie klimaty Piwnicy pod Baranami.

- Twoją twórczość doceniła Mela Koteluk…

- To była niesamowita chwila. Po jednym z jej koncertów udało nam się zamienić kilka słów. Z koleżanką Klarą powiedziałyśmy, że razem gramy i zdarza nam się śpiewać jej utwory. Nagle Mela zaproponowała żebyśmy nagrały i przesłały film, że posłucha i powie nam, co o tym myśli. To było bardzo miłe z jej strony. Stworzyłyśmy kilka wersji utworu „Stale płynne” i jedną przesłałyśmy do niej. Przez kilka miesięcy czekałyśmy na odpowiedź, aż pewnego dnia zadzwoniła do mnie Klara, żebym szybko włączyła komputer i zobaczyła co się dzieje. Weszłam na stronę fb, a tam kilkadziesiąt wiadomości z gratulacjami. Okazało się, że Mela opublikowała film i oznaczyła nas w poście. Myślałam, że serce mi wyskoczy z radości. Dużo osób chwaliło nasze wykonanie, jednak wracając do niego po latach widzę, że jest tam dużo niedoskonałości, ale ma to swój urok.

- To był przełomowy moment.

- Tak, wtedy dopiero przestałam wstydzić się swojego głosu i odważyłam się zaśpiewać kameralnie dla naprawdę większej publiczności. Wiadomo, inaczej gra się w 50-osobowej orkiestrze czy śpiewa w chórze.

- Gdzie można Ciebie zobaczyć i usłyszeć?

- Dużo śpiewam w Krakowie, ale zdarzają się koncerty również w Lublinie. Mam nadzieję, że niebawem wystąpię też w Świdniku. Głównie prowadzę kanał na YouTube, mam fanpage na facebooku, gdzie znaleźć można bieżące informacje i filmiki. Najbliższy zaplanowany koncert odbędzie się 27 października, w krakowskich 2Oknach Cafe. Każdy występ to w ogóle niesamowite uczucie, świetna atmosfera i interakcja z ludźmi. A jeśli coś nie wyjdzie? Mam plan B - zarządzanie i organizowanie wydarzeń, czyli kultura od kuchni. To jest dla mnie bardzo inspirujące. Najważniejsze to mieć poczucie spełnienia. I tego się trzymam.

Sandra Rutkowska
Magazyn Świdnik - wysokich lotów nr 18 / październik 2017

Czytany 280 razy