• Slajd Wirtualny Spacer
  • Repertuar
  • Idzie sobie Grześ...
  • SH
  • Schronisko w Krzesimowie
  • Schronisko w Krzesimowie
  • rodzinka
  • Wirtualny spacer po Strefie Historii
  • Załatw sprawę w Urzędzie
  • Zdrowy Świdnik
niedziela, 08 październik 2017 09:23

Historycznie - B. Zwolińska

Napisała 

Pierwszego września obchodziliśmy 78. rocznicę wybuchu II wojny światowej. Wszystko wydawało się wówczas takie, jak dziś, ale tylko z pozoru. W rzeczywistości, od kilku dni szykowano się do kolejnej w historii Polski, wojny. Zakładano, że skończy się po miesiącu lub dwóch. Nikt nie przewidywał, że o wolność będzie trzeba walczyć przez następne 6 lat.

Cisza przed burzą

Barbara Zwolińska, która obecnie mieszka w Świdniku, w 1939 roku miała osiem lat, czworo rodzeństwa i tatę. Mama zmarła 2 kwietnia 1936 roku. Mieszkali w Warszawie, na Żoliborzu. Tata - Zygmunt Przewalski, od 1918 roku był żołnierzem Legionów Polskich Marszałka Józefa Piłsudskiego i uczestnikiem wojny 1920 roku. W cywilu pracował jako inżynier. Kiedy usłyszał, że Niemcy zaatakują Polskę, ponownie włożył mundur i zgłosił się do wojska.

- Oznaki nadchodzącej burzy były widoczne już wcześniej, jednak nikt nie wiedział, kiedy może to nastąpić - zaczyna opowiadać pani Barbara. - Po podpisaniu w Moskwie, w nocy z 23 na 24 sierpnia paktu Ribbentrop-Mołotow czyli czwartego rozbioru Polski, wszyscy już wiedzieli, że wojna zbliża się do nas coraz szybciej. A czasu było niewiele, bo zaledwie 7, 8 dni na przygotowanie się.

Przez głośniki radiowe przekazywano polecenia, jak ma zachowywać się ludność i w jaki sposób zabezpieczyć domy, by jak najmniej ucierpiały w czasie bombardowania. Okna zaklejano specjalnymi taśmami, żeby nie wypadły z ram, a okienka w piwnicach zasypywano ziemią. Bano się, że Niemcy użyją trującego gazu, dlatego rozdawano maseczki przeciwgazowe. Zalecano zrobić zapasy żywności, przystosować piwnice na schrony. Obok domów wysypywano piasek, by w razie potrzeby gasić nim bomby zapalające. - Mężczyźni kopali rowy przeciwczołgowe. Kobiety gotowały dla nich herbatę i wodę z miętą do picia, a my - dzieci nosiliśmy im je w butelkach - wspomina nasza rozmówczyni. - Dorośli pamiętali wojnę taką, jaka była w latach 1914-1918. Ta miała być zupełnie inna. Rowy kopane w zygzak, by powstrzymać czołgi, w ogóle się nie przydały. Teraz liczyło się lotnictwo.

Wrzesień

Wkrótce nastąpił pierwszy września. O godzinie 8.00 mieszkańcy Warszawy usłyszeli syreny alarmowe, a nad miasto nadleciały niemieckie samoloty. Poprzedniego dnia Barbara Zwolińska spakowała tornister do szkoły, teraz jednak razem z rodzeństwem schroniła się w piwnicy, by przeczekać atak.

- Tego dnia niemieckie samoloty zwiadowcze zrzucały na miasto różne ulotki. Bombardowanie zaczęło się na drugi dzień - mówi pani Barbara. - Gdy tylko zawyła syrena, słyszeliśmy w radiu głos spikera, który mówił „Uwaga, uwaga, nadchodzi D.O.R.A. …” i tu podawał jakiś numer. Szybko chowaliśmy się wtedy do piwnicy i czekaliśmy przez wiele godzin. Naloty odbywały się codziennie, między 8.00 a 16.00, później aż do późnego wieczoru ostrzeliwano nas ogniem ciężkiej artylerii i granatnikami. Strach było wychodzić na ulicę, jednak ludzie to robili. Kiedy tylko była możliwość, ratowali innych, odkopywali ich spod gruzów.

Dzieci Zygmunta Przewalskiego ostatni raz widziały go 7 września. Jak co dzień wrócił do domu, by zobaczyć, czy wszystko jest w porządku. Tym razem jednak pożegnał się z nimi mówiąc, że wieczorem wyjeżdża z Warszawy. Zapewniał, że wkrótce zobaczą się ponownie, bo wojna długo nie potrwa. Młodzi Przewalscy zostali pod opieką dwóch obcych kobiet.

- Wszyscy wtedy myśleliśmy tak, jak on. Tymczasem wojna trwała 6 lat - mówi pani Barbara. - Niestety, tata już nie wrócił. Będąc z wojskiem w Tarnopolu, na wschodnich terenach Polski, gdy Sowieci przekroczyli granice naszego kraju, dostał się do niewoli. Przebywał w obozie jenieckim w Kozielsku, a 30 kwietnia 1940 roku został rozstrzelany przez NKWD w Lesie Katyńskim.

„Lany poniedziałek”

- lub „czarny poniedziałek”, tak z przekąsem nazywano 25 września 1939 roku, kiedy Niemcy zrzucili na Warszawę prawie 630 ton bomb. Bombardowanie rozpoczęto już o 7 rano i trwało bez przerwy do godziny 17.00. Około 400 samolotów nieustannie zrzucało na miasto ładunki burzące i zapalające. Po raz pierwszy z samolotów ostrzeliwano także ludność.

- O godzinie 8.00 razem z rodzeństwem i kobietami, pod których opieką zostawił nas tata, byliśmy już w piwnicy - wspomina pani Barbara. - Nagle coś gruchnęło. Dopadli i nas… Usłyszeliśmy straszny huk, na głowy posypały się cegły, tynk z sufitu i gruz. Nie wiedzieliśmy, czy bomba, która spadła na nasz dom była zapalająca czy burząca, czy piwnica jest naszym schronem, czy grobem. Nie mogliśmy otworzyć drzwi, bo schody przysypał gruz. Byliśmy uwięzieni. Na szczęście, nie poczuliśmy dymu, więc bomba była burząca. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Czy piekło otworzyło się nad naszymi głowami? Słyszeliśmy niesamowity huk samolotów latających tuż nad nami, wybuchy bomb, strzały artylerii… W końcu zaczęło cichnąć. Byliśmy przerażeni. Co z nami będzie? Jak zdołamy się wydostać z tej klatki? Powietrza było coraz mniej, dusiliśmy się wdychając kurz z rozbitych cegieł. Komuś może się to wydawać dziwne, ale cegły mają słodki smak…

Na pomoc przyszli ludzie. Gdy Przewalscy usłyszeli ich kroki, zaczęli wołać o pomoc. Zaczęto odrzucać gruz ze schodów, żeby dostać się do drzwi od zewnątrz. Wszystkich udało się uratować. Rodzeństwo zaprowadzono do piwnicy dużego, na wpół zburzonego domu, gdzie ukrywali się już inny mieszkańcy Żoliborza. Ktoś przyniósł im kołdrę, żeby nie siedzieli na gołej posadzce, inny podał coś do picia. - W tej piwnicy przebywaliśmy jeszcze przez dwa dni - dodaje pani Barbara. 28 września prezydent stolicy, Stefan Starzyński podpisał z Niemcami akt kapitulacji. Zrobiło się cicho. Ludzie wyszli z piwnic i schronów. Zobaczyliśmy ulice zasłane gruzami, gdzieniegdzie paliły się jeszcze domy. Niemcy triumfalnie wkroczyli do Warszawy. Chodziliśmy ich oglądać. Niektórzy warszawiacy odwracali się do nich plecami, inni krzyczeli i wygrażali pięściami, a oni szli zwartym szykiem, dumni, z głowami podniesionymi wysoko. W ciągu jednego miesiąca zniszczono moje dzieciństwo. Zaczęła się smutna rzeczywistość o głodzie i mrozie.

Leśniczówka państwa Karasińskich

O kolejnych latach spędzonych w okupowanej Warszawie pani Barbara mówi niewiele. W 1943 roku kobiety, które opiekowały się nią i jej rodzeństwem w Warszawie, oddały ją do ochronki dla sierot w Lublinie. Na mszach świętych księża ogłaszali, by ludzie zabierali je do siebie.

- Całe szczęście, że tam trafiłam, bo nie przeżyłabym powstania. Nasi rodzice musieli się za nas modlić, że to wszystko tak się ułożyło - mówi pani Barbara. W ochronce nie byłam zbyt długo. Wiosną 1943 roku przygarnęła mnie rodzina państwa Karasińskich z Olszanki koło Krzczonowa. Namówili też sąsiadów z gospodarstwa naprzeciwko, by wzięli mojego brata Andrzeja. Pan Karasiński był leśniczym. Mieszkał z żoną i córką, która była ode mnie starsza o 5 lat. To byli bardzo dobrzy i zacni ludzie. Spędziłam u nich 3,5 roku. Przed wojną pani Barbara skończyła dwie klasy szkoły podstawowej. Kiedy zaczęła mieszkać u państwa Karasińskich, wróciła do nauki. Skończyła czwartą i piątą klasę. Do trzeciej i szóstej nie chodziła wcale.

- Kiedy skończyła się wojna, nowe władze wyrzuciły pana Karasińskiego z leśniczówki - opowiada pani Barbara. - Przez chwilę pracował w Lublinie, później dostał leśniczówkę w Dąbrowie niedaleko Zemborzyc. Dobrze je pamiętam. Tu, gdzie dziś znajduje się zalew, były łąki, płynęła Bystrzyca. Chodziłam tamtędy do kościoła. Naprzeciwko parafii znajdował się sklep, w którym robiłam zakupy. Wracając do domu przez łąki śpiewałam sobie piosenkę „Niezapominajki to są kwiatki z bajki…”. Dobrze było mi u tych państwa.

Trzy lata później po panią Barbarę zgłosiła się rodzina. Razem z nimi wyjechała do zachodniej Polski. Tam skończyła gimnazjum i liceum, a później zaczęła pracę. Nigdy jednak nie zerwała kontaktu z rodziną Karasińskich. Kiedy tylko mogli, odwiedzali się i pisali listy.

- Córka państwa Karasińskich była jedynaczką i nigdy nie wyszła za mąż. Jej mama jeszcze przed śmiercią prosiła mnie, żebym się nią opiekowała, żeby nie czuła się samotna. I robiłam to - wspomina pani Barbara.

Powrót do domu

W 1957 roku leśniczy, u którego pani Barbara znalazła schronienie w czasie wojny, zmarł. Ona sama po próbie odbudowy życia w Warszawie, zdecydowała się wrócić do Lublina i szukać pracy. Szczęśliwy traf chciał, że poznała kobietę, która poleciła jej przyjechać do Świdnika i tu poszukać pracy w działającej od kilku lat Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego. Udało się. Po rozmowie z dyrektorem handlowym Pawłem Drożdżyńskim, rozpoczęła pracę w jego dziale.

- W Świdniku założyłam rodzinę - mówi pani Barbara. - Mam męża, dwoje dzieci i troje wnucząt. Tutaj znalazłam swój dom. Nareszcie, po dwudziestu latach niepewności. Myślę, że nigdy nie przeprowadziłabym się gdzie indziej. Jestem już świdniczanką.

Stowarzyszenie Rodzina Katyńska

Wojenne przeżycia, a przede wszystkim losy Zygmunta Przewalskiego, oficera, który zginął w Katyniu w 1940 roku oraz taty pani Barbary sprawiły, że dołączyła do Stowarzyszenia Rodziny Katyńskiej w Lublinie. Już od 25 lat pracuje w nim społecznie. Razem z innymi krewnymi zamordowanych w Katyniu, zajmuje się szerzeniem wiedzy na temat historii Polski wśród młodzieży.

- Opowiadamy im o tym, co przeżyliśmy w czasie wojny - tłumaczy pani Barbara. - Bo młodzi ludzie nie mają wystarczająco dużej wiedzy na ten temat. To, czego uczą się w szkole to drobiazgi. Ale widzę, że naprawdę chcą się czegoś dowiedzieć. Jakiś czas temu miałam prelekcję w jednej ze szkół. Mojej historii słuchali licealiści i gimnazjaliści. Spotkanie odbywało się w sali gimnastycznej, a gdy mówiłam było cicho. Nawet nauczyciele byli zdziwieni, że młodzież była tak zasłuchana, bo zwykle w trakcie apelu czy innych szkolnych wydarzeń słychać szepty. Ktoś naszkicował wtedy dla mnie portret, który mi podarował. Spotkania w szkołach to nie jedyny sposób propagowania i uczenia historii. Członkowie stowarzyszenia chętnie pomagają uczniom także w przygotowywaniu się do konkursów wojewódzkich i ogólnopolskich. W 2015 roku pani Barbara udzieliła wywiadu uczniom - Sebastianowi Niedźwiedziowi, Grzegorzowi Paluszkowi, Jakubowi Podkańskiemu, Kacprowi Kowalczykowi i Dawidowi Staniakowi z Gimnazjum nr 3. Materiał stał się podstawą do stworzenia reportaży i prezentacji na konkurs historyczno-literacki pt. „Katyń. Zginęli w imię miłości Ojczyzny”. Jednym z laureatów został Jakub Podkański.

- Ucieszyłam się, że im pomogłam i zostali wyróżnieni. Bardzo miło wspominam naszą współpracę, a później galę wręczenia nagród, która odbyła się na Zamku Lubelskim - mówi pani Barbara.

Jednym z priorytetów stowarzyszenia jest także sadzenie Dębów Pamięci. W 2009 roku, w Świdniku posadzono jeden dla Zygmunta Przewalskiego przy Szkole Podstawowej nr 5. Dwa lata później pojawił się kolejny, tym razem obok I Liceum Ogólnokształcącego. Poświęcony pamięci Józefa Karbownika, policjanta, zamordowanego w 1940 roku, w Twerze.

- W 2018 roku chcemy, by drzewko pojawiło się też przy II Liceum Ogólnokształcącym. W samym Lublinie jest ich już ponad 60, ale to wszystko wciąż za mało. Każdy oficer i policjant zamordowany w czasie wojny przez Sowietów, a było ich ponad 22 tysiące, powinien zostać w ten sposób uhonorowany - podsumowuje pani Barbara.

Agata Flisiak
Magazyn Świdnik - wysokich lotów nr 17 / wrzesień 2017

Czytany 305 razy

Najczęściej czytane

  • DSC_0603
  • DSC_0579
  • dsc_0586
  • DSC_0559
  • mural-5
  • mural-2
  • DSC_0611
  • dsc_0043
  • DSC_0603
  • DSC_0567
  • DSC_0561