• Zdrowy Świdnik
  • Repertuar
  • SH
  • Schronisko w Krzesimowie
  • Idzie sobie Grześ...
  • Slajd Wirtualny Spacer
  • rodzinka
  • Schronisko w Krzesimowie
  • Wirtualny spacer po Strefie Historii
  • Załatw sprawę w Urzędzie
poniedziałek, 17 lipiec 2017 09:23

Twarze Świdnika

Napisała 

Są ludzie, których nie wolno zapomnieć. Jedną z nich była Stanisława Śledziejowska-Osiczko, więźniarka KL Ravensbrück, która tuż przed wybuchem II wojny światowej mieszkała w Adampolu, najstarszym osiedlu Świdnika. O jej przeżyciach i o tym, jaka była, opowiadają: Katarzyna Mądrachowska, nauczycielka z II Liceum Ogólnokształcącego oraz uczennice Klaudia Pawlos i Karolina Królik.

Stanisława Śledziejowska-Osiczko urodziła się 17 listopada 1924 roku w Toruniu. W 1938 roku przeniosła się do Świdnika, gdzie jej ojciec był szefem pilotażu tworzącego się lotniska (przy Cywilnej Szkole Pilotów L.O.P.P. - przyp. aut.). Wiosną 1940 roku przyłączyła się do ZWZ. Była łączniczką i kolporterką prasy konspiracyjnej. 7 lutego 1941 roku aresztowana za przynależność do organizacji. Mając zaledwie 17 lat przeszła śledztwo w gestapo. Siedziała w więzieniu na Zamku Lubelskim. 21 września 1941 roku wywieziona Sondertransportem do KL Ravensbrück, niemieckiego obozu dla kobiet, w którym otrzymała numer 7712. W latach 1942-1943 była jednym z „królików”, „króli”, na których przeprowadzano operacje pseudomedyczne. Po wojnie na krótko wróciła do Świdnika. Następnie wyjechała do Krakowa, gdzie zdała „małą maturę”, a później do Wrocławia, gdzie pracowała jako sanitariuszka w Domu Pracy Kobiet. W 1949 roku wyszła za mąż za Henryka Osiczko i zamieszkała w Jarosławiu. Miała trzech synów: Krzysztofa, Jacka i Leszka. Zmarła 22 maja 2017 roku.

Pierwsze spotkanie

- Nazywam się Stanisława Śledziejowska-Osiczko. Byłam więźniem Ravensbrück. Numer 7712. Moimi przyjaciółkami były Grażyna Chrostowska, Pola Chrostowska, Nina Iwańska i Krystyna Iwańska. W obozie trzymałyśmy się razem.

Tak zaczynała swoją opowieść pani Stanisława, kiedy 2 kwietnia 2015 roku przyjechała do Świdnika, by porozmawiać z młodzieżą o tym, co przeżyła podczas wojny. Towarzyszyły jej Krystyna Zając, Zofia Baranowicz i Barbara Piotrowicz, także byłe więźniarki. Ich wizytę zorganizowali uczniowie II Liceum Ogólnokształcącego w ramach projektu edukacyjnego „O tym nie można zapomnieć - spotkania z kobietami, które przeszły przez piekło Ravensbrück”, realizowanego przez warszawski IPN.

- Dołączyłam, bo uznałam, że to wyjątkowy program. Nie każdy ma okazję porozmawiać z osobami, które przeżyły obóz - wyjaśnia Klaudia Pawlos, uczestniczka projektu, która poznała panią Stanisławę. - W moim domu zawsze był to ważny temat. Chciałam wiedzieć jak najwięcej. Gdy usłyszałam historię pani Śledziejowskiej, a później pojechałam do Ravensbrück, nabrałam zupełnie innego podejścia do II wojny światowej. Spojrzałam na nią z nowej perspektywy.

Ostatnie chwile wolności

Nie była to pierwsza wizyta pani Stanisławy w naszym mieście. Na rok przed wybuchem wojny, przeprowadziła się tu z Bydgoszczy.

- Do Świdnika trafiliśmy w wakacje 1938 roku - mówiła pani Stanisława. - Tata przyjechał dwa lata wcześniej. Skierował go tu 4. Pułk Lotniczy. Jako szef pilotażu zajmował się organizacją lotniska, które właśnie powstawało. Razem z nim pracowało dwóch pilotów wojskowych. Reszta to byli cywile. Nasze życie zaczęło się, gdy tu przyjechaliśmy i wynajęliśmy domek w Adampolu. Byłam szczęśliwa, że zamieszkałam na wsi. Mimo młodego wieku, pani Stanisława zaangażowała się w działalność konspiracyjną. Ciężko przyszło jej jednak za to zapłacić. Katarzyna Mądrachowska, nauczycielka języka polskiego w II LO i opiekunka uczniów biorących udział w projekcie, tak wspomina ten rozdział jej życia:

- Mówiła, że ze względu na bliskość Lublina, w Świdniku szybko rozwinęła się konspiracja. Ona sama była łączniczką. Jednego dnia do fabryki, w której pracowała przy czyszczeniu butelek, przyszło gestapo. Zaczęli pytać o Stefę Sikorską, z którą się przyjaźniła. Pani Stasia skłamała, że nie wie gdzie jest, mimo, że stała tuż obok niej. Stefa chciała się ujawnić, ale kopnęła ją w kostkę, żeby nic nie mówiła. Uratowała się, ale Śledziejowską zabrano. Na gestapo spędziła 6 tygodni. Była przesłuchiwana i torturowana, jednak nigdy nic nie powiedziała i nikogo nie zdradziła. Później zabrali ją do więzienia na Zamku, gdzie usłyszała wyrok - karę śmierci. Zamiast rozstrzelania, wywieziono ją do obozu.

- Gestapo było dla nas ogromną szkołą - opowiadała pani Stanisława. - Pobyt i życie tam… Byłyśmy szykanowane… To moje pierwsze tak bolesne doświadczenie. Miałam świadomość, że mimo bicia, nie wolno mi zdradzić drugiego człowieka. Musiał pozostać anonimowy. Nie mogłam też powiedzieć, gdzie zaniosłam list albo kartkę, bo przecież byłam łączniczką w Lublinie.

W nowej rzeczywistości

21 września 1941 roku razem z innymi więźniarkami znalazła się na dworcu. Żadna z nich nie wiedziała dokąd jedzie.

- Miały ze sobą kartki ze znaczkami. Kiedy pociąg zatrzymywał się na stacji, wyrzucały je przez sedes. Jedna z takich wiadomości dotarła do rodziny Wandy Wojtasik-Półtawskiej i Krystyny Czyż-Wilgat. Żadna nie trafiła jednak do Śledziejowskich. Zresztą, jak mówiła pani Stasia, nawet gdyby jej dziadek otrzymał kartkę, pomyślałby, że wyjechała z harcerzami. Polacy nie wiedzieli przecież, że w Niemczech są obozy koncentracyjne - mówi K. Mądrachowska.

Dwa dni później, 23 września dojechała do Ravensbrück. W obozie nadano jej numer 7712. Dla współtowarzyszek niedoli była „Śledziem”. Przez dwa lata poddawano ją eksperymentom medycznym. Wprowadzano jej do ran ciała obce, imitując w ten sposób warunki frontowe, z jakimi mierzyli się niemieccy żołnierze. W sumie przeszła 6 operacji, w rezultacie których, w późniejszych latach miała problemy z chodzeniem. Doświadczenia przeprowadzali dr Karl Gebhardt, dr Fritz Fischer oraz lekarze obozowi: Gerhard Schiedlausky, Rolf Rosenthal i Hert Oberheuser. W KL Ravensbrück ich ofiarami były zdrowe i silne kobiety, głównie Polki. Mimo to, pani Stanisława uważała, że przeżyła w tym miejscu wiele pięknych chwil.

- Wschody słońca, jej obozowa rodzina, „króliki” (więźniarki, na których przeprowadzano eksperymenty - przyp. aut.), z którymi była silnie związana… Uważała, że ten czas był na swój sposób cudowny - wspomina K. Pawlos. - Mówiła z dystansem, na przykład, jak we trzy podbiegły do okna, bo zobaczyły za nim słonecznik. To było niesamowite. Zresztą, o tym kwiatku Grażyna Chrostowska, jej przyjaciółka, która zginęła w Ravensbrück, napisała wiersz. Pamiętam też inną opowieść, która wywarła na mnie wrażenie. Pani Stanisława chodziła w długich spodniach nazywanych „majtkami konspiracyjnymi”. Przewiązywała je przy kostkach, żeby wrzucić do nich jedzenie, które ukradła. Raz zabrały z koleżanką ziemniaki i schowały je w spodniach. Gdy szły, warzywa wypadły na ziemię, na oczach komendanta. Koleżanka uciekła, a „Śledź” została. Za kradzież groziła śmierć, a ona tak po prostu zaczęła się śmiać. Komendant obozu kazał jej zebrać wszystko z ziemi i odejść... Była sprytna i potrafiła sobie radzić, ale najlepsze w niej było to, że nie wywyższała się, nie czuła nikim szczególnym i mówiła prosto z serca.

- Była niemożliwa - mówi K. Mądrachowska. - Im bardziej dojrzewała, tym mniej czuła nienawiści do hitlerowców. Mówiła, że to biedni ludzie i wskazywała przykłady tych, którzy okazali jej dobroć, na przykład komendantkę obozu - panią Langenfeld, która za pomoc więźniarkom trafiła do Auschwitz. Opowiadała też o „Patelni”, dziewczynie, która dowodziła jej barakiem. Miała płaską twarz, stąd to przezwisko. Pani Stasia nie chciała nosić swojego numeru, bo prowadziła działalność agitacyjną. Wanda Wojtasik-Półtawska bardzo ją prosiła, żeby go przyszyła, ale nie chciała się zgodzić. Zamiast tego, przyczepiła kawałek czerwonego materiału i guzik, który musiał należeć do jakiejś wojskowej. „Patelnia” kazała jej go zdjąć i ostrzegła, że mogą ją za to rozstrzelać. Bardzo się o nią troszczyła, tak, jak i o pozostałe więźniarki. One, chcąc się odwdzięczyć, oddawały jej ze swoich paczek żywnościowych trochę kawy i prowiantu. „Patelnia” była tak szlachetną osobą, że nie chciała nic wziąć, tylko odkupić.

- Niewiele wspominała o przykrościach, które jej się przytrafiły. Niesamowite było to, że jako jedna z niewielu byłych więźniarek bardzo szczegółowo opowiadała swoją historię - dodaje K. Pawlos. - Mówiła, na przykład, jak w obozie robiła słomiane nakładki na buty. Z początku cieszyła się, że Niemcy zmarzną, ale później uznała, że to błąd. Żałowała, bo nie powinna była tak myśleć. Kierowała się wyraźnym systemem wartości. To jako pierwsze rzucało się w oczy, zaraz po dystansie i poczuciu humoru. Miała w sobie miłość i dobroć dla drugiego człowieka, niezależnie od tego, kim jest. Zresztą, wiele lat po zakończeniu wojny pracowała z trudną młodzieżą. Przychodzili po pomoc. To też świadczy o tym, jak empatyczna była i jak bardzo młodzi ludzie ją lubili. Potrafiła ich zrozumieć, a oni słuchali jej i zmieniali swoje życie. Chłonęli wszystko, co mówiła.

- Pani Stasia prowadziła działalność charytatywną - uzupełnia K. Mądrachowska. - Zajmowała się opuszczonymi dziećmi, bez rodzin. Opowiadała o Dawidku... Przyszedł do niej, gdy miał kilkanaście lat, bo chciał dowiedzieć się czegoś o spadochroniarzach. Od razu się zaprzyjaźnili. Kiedy rozmawiali powiedział, że marzy o takiej mamie.

„Królicza” rodzina

Stanisława Śledziejowska-Osiczko często podkreślała, jak ważne były dla niej relacje nawiązane z więźniarkami. W obozie wzajemnie o siebie dbały. Pomoc nie ustała również później. Wszystkie tworzyły jedną rodzinę. Opiekowały się sobą, pomagały wychowywać dzieci.

- Po powrocie nie było Świdnika, taty, niczego… Nie miałam rodziny - mówiła pani Stanisława. - Trafiłam do Krakowa, gdzie zrobiłam „małą maturę”. Później, razem z dużą grupą „królicząt” pojechałam do Wrocławia, do Domu Pracy Kobiet. To był ośrodek, do którego przyjeżdżały kobiety zza Buga, uciekające z rodzinami, z tworzącego się Związku Radzieckiego. Pracowałam jako sanitariuszka. Życie nie zawsze układa się tak, jak o tym marzymy, ale my trzymałyśmy się razem. Doświadczenia i operacje bardzo nas zespoliły. Stworzyłyśmy „króliczą” rodzinę. W wielu przypadkach rozdzieliła nas dopiero śmierć. One pomogły mi wychować synów. Były dla nich babciami i ciociami. Ciągle się spotykałyśmy. Mąż nieraz pytał „Siedziałyście razem 5 lat. Znacie się na wylot. O czym wy jeszcze rozmawiacie?” A my tak do śmierci miałyśmy coś sobie do powiedzenia. Tak mocno byłyśmy zżyte.

Zaśpiewaj mi „Kołysankę”

W hołdzie byłym więźniarkom Karolina Królik, także uczennica II LO, wzięła udział w III Ogólnopolskim Konkursie Recytatorskim. W nagrodę zwiedziła muzeum w Ravensbrück.

- To miejsce zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Świadomość, że miałam okazję deklamować wiersz Grażyny Chrostowskiej, która tam zginęła… to było straszne... Podczas pobytu w Niemczech, mieszkaliśmy w domach byłych aufzejerek (niemieckie strażniczki w obozach koncentracyjnych - przyp. aut.). Czuliśmy, że nie jest to zwyczajne miejsce. Na terenie dawnego obozu znajduje się jezioro, po którym ludzie pływają statkami i kajakami, a po jego drugiej stronie stoi budynek krematorium... Razem ze mną na wyjeździe byli też inni finaliści. Codziennie zbieraliśmy się przy ławce i śpiewaliśmy. Któregoś dnia postanowiliśmy zadzwonić do pani Śledziejowskiej. Mówiła, że tęskni za Grażyną Chrostowską. Poprosiła, żeby zaśpiewać „Kołysankę” czyli jeden z utworów jej przyjaciółki - opowiada K. Królik.

Prawdziwa lekcja życia

Stanisława Śledziejowska-Osiczko zmarła dzień po telefonie uczniów, 22 maja 2017 roku w Jarosławiu. Pozostawiła po sobie świadectwo życia w obozie, ale też wiele ciepłych wspomnień i cennych lekcji. Podczas wywiadu zapytałam moje rozmówczynie, czego ich nauczyła.

- Na pewno wewnętrznej siły - odpowiada K. Pawlos. Zawsze będę jej zazdrościła niesamowitego dystansu. Będę pracować nad tym, żeby również być szczerą wobec siebie i mówić bez ogródek, co tak naprawdę myślę.

- Utwierdziła mnie w przekonaniu, że w ludziach, mimo wszystko, jest więcej dobrego niż złego, że nie powinniśmy generalizować i kierować się stereotypami - mówi K. Mądrachowska. - Podkreślała, jak ważną rolę w życiu człowieka odgrywa przyjaźń i że czasem są to więzi silniejsze od rodzinnych, dlatego trzeba o nie dbać i pielęgnować je. Dawała świadectwo, że najważniejszą wartością jest Ojczyzna. Kochała zwierzęta, dlatego tak bardzo chciała znów do mnie przyjechać. Miała wrócić jesienią…

- Nigdy nie stanęłam z panią Śledziejowską twarzą w twarz. Rozmawiałam z nią jedynie przez telefon. Wiedziałam, że jest osobą wyjątkową, bo ze zdjęć patrzyły na mnie jej pałające miłością oczy - dodaje K. Królik. - Zaskoczyła mnie ciepła barwa jej głosu i sposób, w jaki się wypowiadała. Po zwiedzeniu muzeum byłam przygnębiona, a jej żarty rozbawiły mnie. Podczas rozmowy zdradziłam ,,cioci", że pochodzę ze Świdnika, a ona odpowiedziała „Świdnik? Ostatnio był u mnie Świdnik i gadaliśmy sobie”. Dało się wyczuć, że wcale nie ma dosyć wizyt gości z naszego miasta. Myślę, że tam, gdzie teraz jest, ma szeroki uśmiech na twarzy, bo nareszcie spotkała swoją przyjaciółkę, Grażynę Chrostowską.

Uhonorowana

Na wniosek burmistrza Waldemara Jaksona oraz II Liceum Ogólnokształcącego im. K. K. Baczyńskiego zostanie przygotowany projekt uchwały Rady Miasta Świdnik o przyznanie pośmiertnie tytułu honorowego obywatela miasta dla Stanisławy Śledziejowskiej- Osiczko. Zostanie rozpatrzona na jednej z jesiennych sesji RM.

Agata Flisiak
Magazyn Świdnik - wysokich lotów nr 16 / czerwiec 2017

Fragmenty wypowiedzi Stanisławy Śledziejowskiej-Osiczko pochodzą z archiwalnych nagrań udostępnionych przez Piotra Jankowskiego.

Czytany 266 razy

Najczęściej czytane

  • DSC_0617
  • dsc_0586
  • mural-5
  • dsc_0036
  • DSC_0599
  • DSC_0611
  • mural-4
  • mural-7
  • DSC_0621
  • DSC_0559
  • DSC_0603