san - Świdnik - wysokich lotów

wtorek, 13 marzec 2018 08:32

Lotnicze spotkania

Promocja książki, wystawa i lekcje dla uczniów, a wszystko to poświęcone jednej osobie - Eugeniuszowi Kasprzakowi, lubelskiemu pilotowi okresu przedwojennego oraz uczniowi Szkoły Pilotów L.O.P.P. w Świdniku.

W najbliższą środę, o godz. 11.00, w Centrum Kultury odbędzie się wernisaż wystawy „Eugeniusz Kasprzak, pilot z przedwojennego Świdnika”. Na ekspozycję składają się, między innymi archiwalne fotografie, rysunki oraz zapiski pilota, pochodzące z jego pamiętnika, w których wspomina nasze miasto i świdnicką szkołę. Wystawa będzie czynna do 5 kwietnia. Podczas wernisażu wyświetlony zostanie film o lotniczych tradycjach Świdnika.

Wydarzenie będzie połączone ze spotkaniem i promocją książki brata E. Kasprzaka - Zbigniewa. Publikacja „Gienek. Pilot z Lublina. Prawdziwa historia wojenna” zawiera dziennik i korespondencję tragicznie zmarłego pilota (1922-1943) - ZOBACZ: Historia Eugeniusza Kasprzaka. Autor książki spotka się też ze świdnicką młodzieżą.

poniedziałek, 12 marzec 2018 15:51

Ogłoszenie

Burmistrz Miasta Świdnik działając na podstawie art. 19 a ustawy z dnia 24 kwietnia 2003 r. o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie (Dz.U. z 2018 r. poz. 450) informuję o zamiarze zlecenia realizacji zadania publicznego organizacji pozarządowej z pominięciem otwartego konkursu ofert oraz zamieszcza ofertę organizacji pozarządowej lub podmiotu wymienionego w art. 3 ust. 3. ustawy.

Organizacja pozarządowa: Związek Polskich Spadochroniarzy Oddział w Lublinie

Zadanie: „Organizacja zawodów spadochronowych”

niedziela, 11 marzec 2018 12:11

Wpadł z narkotykami

Do 3 lat więzienia grozi 17-latkowi ze Świdnika za posiadanie środków odurzających. W piątek został zatrzymany.

Funkcjonariusze ustalili, że nastolatek może posiadać narkotyki. Ich przypuszczenia się sprawdziły. W jego domu znaleźli ponad 6 gramów suszu roślinnego. Badanie potwierdziło, że to marihuana. Nielegalny towar został zabezpieczony, a jego właściciel usłyszał zarzut popełnienia przestępstwa.

Teraz świdniczanin odpowie przed sądem.

poniedziałek, 12 marzec 2018 09:15

Sprawdzili wiedzę

Już po raz 41. uczniowie świdnickich szkół podstawowych, klas gimnazjalnych i szkół ponadpodstawowych mieli szansę sprawdzenie swojej wiedzy pożarniczej. Okazją do tego były gminne eliminacje Ogólnopolskiego Turnieju Wiedzy Pożarniczej „Młodzież Zapobiega Pożarom”. Pytania dotyczyły struktury i organizacji pracy straży pożarnej, sprzętu, którym się posługuje, rodzajów i zasięgu akcji ratowniczo-gaśniczych oraz postępowania w sytuacjach zagrażających życiu bądź zdrowiu. Uczestnicy konkursu obejrzeli również wóz bojowy i przymierzyli środki ochrony osobistej używane przez strażaków.

Zwycięzcami konkursu, w poszczególnych kategoriach, zostali:

Szkoły podstawowe: Natalia Przybysz – I miejsce, Magda Jaworska – II miejsce i Natalia Smolarska – III miejsce;

Klasy gimnazjalne: Michał Szymański – I miejsce, Łukasz Małek – II miejsce i Mateusz Szyba – III miejsce;

Szkoły ponadpodstawowe: Piotr Jasielski – I miejsce, Krystian Szcześniak – II miejsce i Patryk Skiba – III miejsce.

Dziś laureaci eliminacji wezmą udział w eliminacjach powiatowych, które odbędą się w siedzibie Ochotniczej Straży Pożarnej w Piaskach.

sobota, 10 marzec 2018 08:35

Kocham ten sport

Rodzice marzyli, że zostanie lekarzem, on jednak wolał sport. Codziennie spędzał czas na boisku, dołączył też do Avii. Na studiach doznał kontuzji nogi. Mogłoby się wydawać, że to przekreśli jego karierę, jednak Jacek Czerniakowski znalazł dla siebie inną drogę. Od niemal trzydziestu lat szkoli świdnicką młodzież. Mieszkańcy docenili go, przyznając mu tytuł Najpopularniejszego Sportowca Roku 2017, w kategorii trener. W rozmowie z nami, opowiada o swojej pracy.

- Dlaczego zainteresował się Pan sportem?

- Kiedy byłem dzieckiem, nie było komórek czy komputerów. Po szkole rzucałem teczkę i biegłem na boisko. Kochałem ten sport. Szybko trafiłem do Avii. Moim pierwszym trenerem był Grzegorz Król. Bardzo sympatyczny facet. Gdy podrosłem, znalazłem się w grupie Czesława Krygiera. Przeszedłem wszystkie szczeble szkolenia młodzieżowego. Później trzeba było zdecydować o studiach. Rodzice chcieli, żebym został lekarzem, ale ja wybrałem AWF. Na pierwszym roku, podczas meczu nabawiłem się kontuzji. Pękła mi torebka stawowa i nie mogłem już grać, ale miłość do piłki pozostała. Zrobiłem specjalizację nauczycielską, później trenerską. Trochę czasu spędziłem w Gdańsku. Poznałem wielu ludzi, którzy tak, jak ja, chcieli wyciągnąć sport na wyższy poziom. Wreszcie zacząłem pracę w Świdniku, w Szkole Podstawowej nr 1, gdzie zresztą uczę do dziś. Mimo, że reforma zmieniła budynek i szyldy. Na początku szkoliłem dziewczyny. Prowadziłem dla nich SKS-y i zajęcia ogólnorozwojowe. Brały udział w mistrzostwach Polski i w czwórboju, grały w siatkówkę i koszykówkę. Oprócz mnie, w „Jedynce” pracował też Grzegorz Król i Krzysio Szczepaniak. Po paru latach zaproponowano mi prowadzenie treningów z juniorami w Avii. Spodobało mi się i zostałem.

- Gdyby miał Pan porównać sportowe zacięcie młodzieży kiedyś i dziś, kto lepiej wypada?

- Wydaje mi się, że kiedyś było jednak lepiej. Śmieję się, że wtedy miałem w klasie 3, 4 osoby, które nie nadawały się do sportu, a dziś jest odwrotnie. Dzieci coraz rzadziej ćwiczą, mimo wspaniałych warunków. My wykorzystywaliśmy każdy trawnik. Oni mają sztuczne nawierzchnie, orliki, na których można grać przez cały rok.

- Jakim jest Pan trenerem?

- Jestem cholerykiem. Lubię, jak na zajęciach jest dyscyplina. Chcę, żeby moi piłkarze wynieśli coś z treningu, żeby się czegoś nauczyli i mieli radość z tego, co robią. Z perspektywy minionych lat, myślę, że taka strategia działa. Chłopcy potrzebują kogoś, kto będzie sprawował nad nimi pieczę, trzymał w ryzach, mobilizował, karcił, ale i nagradzał.

- Od razu widzi Pan kto będzie nadawał się do gry?

- Po tylu latach szybko poznaję, czy ktoś sobie poradzi, chociaż czasami musi upłynąć trochę czasu. Na przykład wtedy, gdy do zaawansowanej technicznie grupy dołącza ktoś nowy. W dużej mierze wszystko zależy od charakteru zawodnika, czy da sobie radę, czy wytrzyma. Żeby coś osiągnąć, powinien ciężko pracować, być zawziętym, nie obrażać się. Talent to tylko 50% możliwości. Trzeba go szlifować, nieustannie pracować nad sobą i swoim charakterem.

- Pamięta Pan zawodnika, który był tak zdecydowany i utalentowany?

- Damian Rusiecki z rocznika ’89. Bardzo fajny chłopak. Zaczął trenować w trzeciej klasie szkoły podstawowej. Wtedy prowadziłem połączone roczniki: ’88 i ’89. Wyróżniał się spośród innych kolegów. Było widać, że lubi ten sport. Był zawzięty, nie opuścił ani jednego treningu, a na mecze przychodził zawsze pierwszy. Jego rodzice opowiadali, że gdy wracał do domu, szlifował technikę szmacianymi piłkami, robił Zośki, cały czas miał kontakt z piłką. Później grał w kadrze u Dariusza Dziekanowskiego, Resovii Rzeszów i Stali Rzeszów. Zwiedził trochę piłkarskiego światka.

- Teraz szlifuje Pan talenty z rocznika 2007. Jak radzą sobie na boisku?

- To fajni i bardzo sympatyczni chłopcy. Grupa liczy 23 osoby, z czego 12 jest na wysokim stopniu zaawansowania technicznego. Widać, że chcą coś osiągnąć. Frekwencja na treningach jest zawsze na 98%. Rzadko kto je opuszcza, z czego jestem bardzo dumny. Od marca do końca listopada ćwiczymy na dworze, a zawodnicy w ogóle nie chorują. Rodzice z początku sceptycznie do tego podchodzili, ale wytłumaczyłem im, że chłopcy powinni się hartować. W tej chwili jest to jedna z lepszych drużyn w swoim roczniku, w województwie lubelskim. Na swoim koncie mają już pierwsze sukcesy. Ostatnio zagrali turniej kwalifikacyjny do nieoficjalnych mistrzostw Polski w piłce halowej. Przegrali tylko z OSIR-em Biłgoraj. Wszyscy kibice i trenerzy mówili, że byliśmy dużo lepsi, jednak końcówka meczu zaważyła o tym, że straciliśmy bramkę. Wyprowadziliśmy kontrę, oni się obronili i tak się stało, że przegraliśmy, ale nie ma co płakać. Trzeba cały czas pracować. Byliśmy też na międzynarodowym turnieju w Wieliczce, w którym wzięło udział 32 drużyny. Zajęliśmy tam 18 miejsce, ale wcale nie byliśmy gorszym zespołem, po prostu rzadko gramy na hali. W lidze orlików wygraliśmy rundę jesienną, także chłopcy sukcesywnie prą do przodu.

- Niedawno zwyciężył Pan w plebiscycie na Najpopularniejszego Sportowca 2017 roku, w kategorii trener.

- Byłem bardzo zaskoczony. W konkursie brał też udział Zdzisław Stypiński, który jest dla mnie autorytetem, zarówno jako człowiek, jak i trener. Sądziłem, że zwycięży tak, jak w poprzednim roku. Byłem mile zaskoczony, gdy okazało się, że zdobyłem więcej głosów. Cieszę się, że praca, którą wkładam w prowadzenie zajęć nie idzie na marne, że ludzie ją dostrzegają i doceniają. Mam już prawie 30 lat doświadczenia, przez moje treningi przewinęło się kilka pokoleń. Wiele osób spotykam do dziś. Cieszę się, że utrzymują ze mną kontakt i chcą, żebym brał udział w ważnych dla nich uroczystościach.

Agata Flisiak
Magazyn Świdnik - wysokich lotów nr 22 / luty 2018

niedziela, 11 marzec 2018 12:45

Avię ma we krwi

Najpopularniejszym sportowcem Świdnika w 2017 roku, w kategorii senior, został siatkarz Avii, Bartłomiej Misztal. Związany z lotniczym miastem od zawsze i, jak podkreśla, na zawsze. Z wychowankiem żółto-niebieskich rozmawialiśmy nie tylko o przyznanym wyróżnieniu i przygodzie z siatkówką.

- Jak odebrałeś nagrodę dla Najpopularniejszego Sportowca roku 2017?

- Sama nominacja do niej już mnie zaskoczyła. Znalazłem się w gronie sportowców, którzy bardzo wiele osiągnęli indywidualnie. Siatkówka z kolei to gra zespołowa, więc trudniej jakby zauważyć w tym sporcie indywidualności. Zastanawiałem się nad decyzją kibiców i stwierdziłem, że może to pewnego rodzaju nagroda za lata spędzone w Avii. Za to, że byłem w klubie, kiedy nie działo się najlepiej. Nie „uciekłem” do innego zespołu. Zawsze wierzyłem, że dla żółto-niebieskich nadejdą lepsze czasy. Tak się stało. Poprzedni sezon nie był rewelacyjny w naszym wykonaniu. Niemal cały czas biliśmy się o utrzymanie w lidze. Udało się i to jest najważniejsze.

- Którego z konkurentów typowałeś do zwycięstwa?

- Postawiłbym na Karola Serwina, który od wielu lat należy do najlepszych w swoim fachu. Myślałem, że nie mam z nim szans. Chociaż czasem pojawiała się myśl, że może jednak…

- Pochodzisz ze sportowej rodziny. Twój tata grał kiedyś, podobnie jak ty, w siatkarskiej Avii. Jak rodzice przyjęli wygraną w plebiscycie?

- Cieszyli się i gratulowali. Po cichu liczyli, że zwyciężę. Byli obecni na gali, więc mogłem liczyć na ich wsparcie. Przyznam, że dosyć mocno denerwowałem się przed tym wydarzeniem. Najbliższe mi osoby są zresztą moimi najwierniejszymi kibicami. Nigdy nie zostawałem sam z problemami. Każdy z nich dołożył cegiełkę do tego, co teraz robię w życiu.

- Jesteś w zespole od kilku lat. Dzisiejsza Avia, to zupełnie inny klub niż jeszcze półtora roku temu. Jak wiele zmieniło się w dumie lotniczego miasta?

- Zmiana jest ogromna. Począwszy od kwestii finansowych, organizacyjnych, po sportowe. Chcemy znaleźć się w czołówce ligi. Zwycięstwa powoli stają się obowiązkiem. Odkąd jest Miejski Klub Sportowy, współpraca na wielu płaszczyznach jest dużo lepsza. Czujemy, że jesteśmy dobrze traktowani. Nam pozostaje skupienie się tylko i wyłącznie na siatkówce.

- Widzisz się poza Avią?

- To jest zdecydowanie moje miejsce do grania. Nie będę ukrywał, że nie chcę stąd odchodzić, szukać nowych wyzwań. Klub się rozwija, chce w niedalekiej przyszłości wrócić do pierwszej ligi. Wierzę, że będę częścią drużyny, która wywalczy awans. Chciałbym też doczekać nowej hali sportowej, do której się przeprowadzimy.

- Wspomniana promocja jest możliwa już w tym sezonie?

- Niczego nie można wykluczyć. Nie narzucamy sobie presji, że już teraz musimy awansować. Celem jest znalezienie się w najlepszej czwórce. Niektórzy mogą powiedzieć, że to za mało, patrząc na potencjał zespołu. My jednak podchodzimy do tego spokojnie.

- Jak wygląda twoja Avia marzeń?

- Przede wszystkim jest oparta o jak największą liczbę wychowanków. Obecnie jest nas pięciu i to trochę za mało. Nikt nie zostawi na boisku tyle zdrowia i serca, co chłopaki ze Świdnika. Miejscem klubu jest natomiast pierwsza liga. Przed laty regularnie w niej występowaliśmy. Avia słynęła z solidności, każdy musiał się z nią liczyć. Trzeba wrócić do tych czasów.

- Bartka Misztala na boisku mogą oglądać wszyscy. Zastanawiam się jaki jesteś w domu, na co dzień.

- Od pewnego czasu spełniam się już nie tylko w roli męża, ale także ojca. Staram się poświęcać synowi jak najwięcej czasu. I nie chodzi tylko o wspólne zabawy z piłką (śmiech). Na boisku jestem dosyć charakternym zawodnikiem i czasami tak też jest w domu. Takie sytuacje zdarzają się jednak w każdej rodzinie. Cieszę się, że jak wracam po ciężkim dniu to czeka na mnie żona i dziecko. Od razu nabieram nowych sił. O sporcie, szczególnie o siatkówce, mogę rozmawiać cały czas. I to nie tylko u siebie w domu. Tak jest także u moich rodziców, podczas różnego rodzaju spotkań, świąt, uroczystości.

- Najważniejsze cechy sportowca to…

- Moim zdaniem istotna jest cierpliwość. Nic nie przychodzi łatwo i od razu. Trzeba ciężko pracować, uczyć się, dążyć do określonego celu. Bardzo ważne jest też wsparcie od rodziny i przyjaciół. Nie zawsze jest łatwo i kolorowo. Odkąd pamiętam chciałem grać w siatkówkę i robiłem wszystko, by to osiągnąć. Nie poddawałem się. Dla mnie trening był świętością, nie interesowało mnie nic poza nim. To zresztą nie zmieniło się do dziś.

Tomasz Filipiuk
Magazyn Świdnik - wysokich lotów nr 22 / luty 2018

czwartek, 22 luty 2018 10:14

IOWISZ przychylny ZOZ-owi

Trwa walka o unijną dotację do modernizacyjnych planów świdnickiego Samodzielnego Publicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej. W grę wchodzi ponad 5,4 mln zł z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Lubelskiego na lata 2014-2020. Ostatnio, tak dużymi pieniędzmi na remonty i zakupy sprzętu, ZOZ dysponował 10 lat temu.

- Nasze starania dotyczą dwóch projektów. Jeden związany jest z programem modernizacji szpitala, tak zwanym mega projektem, drugi z modernizacją i zakupem wyposażenia dla przychodni specjalistycznej - tłumaczy Jacek Kamiński, dyrektor SP ZOZ.

Mega projekt jest następstwem utworzenia sieci szpitali powiatowych i nie przypadkiem nosi taką nazwę. Wart jest prawie 6,8 mln zł. Z tej sumy 4,9 mln zł ma pochodzić z dotacji, a 2,3 mln zł będzie stanowił wkład własny. Jego historia sięga trzech lat wstecz, obfituje w nagłe zwroty akcji i nie do końca wiadomo, kiedy doczekamy się finału. Pierwotnie kwalifikacja miała odbywać się drogą bezkonkursową. Mówiło się nawet o kwotach rzędu 14 mln zł na każdy szpital powiatowy. Z czasem, apetyty przytemperowały wieści, że do dyspozycji będzie 12, później 10 mln zł. Skończyło się na tym, że przywrócono tryb konkursowy, a do wygrania jest 4,6 mln zł. W dodatku, wkład własny wynosi aż 33 procent. Przesuwano również termin rozstrzygnięcia konkursu. Obecnie Urząd Marszałkowski daje sobie na to czas aż do marca 2019 r. Mimo to, gra warta jest świeczki.

- Z budżetu powiatu dostajemy rocznie dotację rzędu 300 - 400 tys. zł. To oczywiste, że przy ogromnych potrzebach szpitala, kwota jest niewspółmiernie mała - mówi J. Kamiński.

Świdnicki ZOZ jest jednym z niewielu w województwie wolnych od zadłużenia. Nie opływa jednak w dostatki, by stać go było na wygospodarowanie wkładu własnego z posiadanych środków. W sumie chodzi o ponad 2,4 mln zł. Tu z pomocą przyszedł mu samorząd powiatowy. W styczniu, rada powiatu potwierdziła poręcznie spłaty kredytu, jaki ZOZ będzie musiał zaciągnąć na oba projekty. Jak go spłacić? O to dyr. J. Kamiński woli się na razie nie martwić.

15 lutego minął termin składania wniosków konkursowych do Urzędu Marszałkowskiego. ZOZ w Świdniku przygotował swoją propozycję bardzo solidnie.

- Prace nad nią trwały trzy lata - wyjaśnia J. Kamiński. - Uzyskaliśmy pozytywną ocenę wojewody, przeprowadzoną według reguł systemu IOWISZ, który służy do bardzo rygorystycznej, opartej na obiektywnych, ściśle sprecyzowanych kryteriach, oceny wniosków inwestycyjnych w sektorze zdrowia. Trzeba było zdobyć co najmniej 6200 punktów, żeby zasłużyć na opinię, że dotacja jest uzasadniona. Nie każdy z wnioskujących szpitali powiatowych może się nią pochwalić, Świdnik tak. Stąd przekonanie, że sukces naszej propozycji jest kwestią czasu.

Co za te pieniądze?

Lista przedsięwzięć zaplanowanych na dwa, a nawet trzy lata realizacji projektu, jest długa. - Konkurs to dla nas właściwie jedyna szansa na wymianę i unowocześnienie 80 procent sprzętu, jakim dysponujemy. Skorzystają na tym praktycznie wszystkie oddziały szpitala - przekonuje J. Kamiński. - Mam na myśli zarówno urządzenia specjalistyczne, jak ultrasonografy, kardiomonitory, pompy infuzyjne, echokardiografy, zestaw do laparoskopii, ruchomy system KTG do całodobowej kontroli stanu płodu w organizmie matki, ale również podstawowe wyposażenie w postaci łóżek, szafek i materaców. Wymienimy także szpitalne windy. Najważniejszym zadaniem jest osiągnięcie poziomu infrastruktury medycznej nowoczesnego szpitala I stopnia, a moim osobistym marzeniem, zakup tomografu i utworzenie pracowni radiografii komputerowej, za bagatela, 1,2 mln zł.

Przychodnia też po nowemu

Drugi projekt ma na celu modernizacje i wyposażenie w sprzęt medyczny wszystkich gabinetów specjalistycznej przychodni przy ul. Leśmiana. Oprócz remontu pomieszczeń i dostosowania ich do potrzeb osób starszych i niepełnosprawnych, przewiduje instalację windy. Całość jest warta 1 mln zł, z czego dotacja będzie stanowiła aż 85 procent kosztów. Nabór ofert już zakończono. Projekt, podobnie jak w pierwszym przypadku, uzyskał bardzo dobrą oceną IOWISZa. Jest szansa, że tym razem na decyzję nie trzeba będzie długo czekać. Może ona zapaść jeszcze w drugim kwartale tego roku.

Dyr. Kamiński marzy o tym, by kolejna kadencja samorządu stała pod znakiem służby zdrowia:

- Ważne są drogi, oświata, jednak czas pomyśleć i o tej, niezwykle istotnej, sferze życia społecznego. Moim zdaniem, szpital powiatowy jest istotniejszy od klinicznego, gdyż tak jak lekarz rodzinny, jest szpitalem pierwszego kontaktu. Mimo braku wyrafinowanego wyposażenia, jakim dysponują szpitale specjalistyczne, 90 procentami pacjentów zajmuje się od początku do zakończenia procesu diagnostycznego. Poza tym leczymy najtaniej. Chciałbym, żeby za kilka lat, pracownie, sale szpitalne oraz gabinety specjalistyczne zaczęły wreszcie dorównywać estetyką i poziomem wyposażenia prywatnym klinikom.

jmr

piątek, 16 marzec 2018 09:01

Nowa jakość dietetyki

Internetowe diety cud, plany żywieniowe z gazet, niskokaloryczne zastępniki posiłków? Nieustannie dowiadujemy się o nowych sposobach na to, jak w krótkim czasie pozbyć się nadprogramowych kilogramów. Często skutkami takich diet jest efekt jo-jo, rozregulowany metabolizm, niedobory składników odżywczych, gorsze samopoczucie. Pojawia się zatem pytanie co wybrać - dietetyka, który ustali dietę, a może lepiej udać się do firmy, gdzie kuracja oparta jest na suplementacji?

Na ratunek przychodzi Projekt Zdrowie - sieć Polskich Centrów Dietetycznych, miejsce, gdzie w ofercie znajdziemy diety z wykorzystaniem suplementacji, jak i bez niej. Dietetyk, po wnikliwym badaniu i wspólnie z pacjentem, podejmie decyzję o najlepszej drodze do osiągnięcia celu. Misją Projektu Zdrowie jest pomoc ludziom w trwałej zmianie nawyków żywieniowych poprzez profesjonalne porady dietetyczne.

Konsultacji dietetycznych udzielają wykwalifikowani dietetycy, posiadający wiedzę i wieloletnie doświadczenie. W tracie wizyt specjalista ustala plan żywieniowy, dobrany idealnie do stanu zdrowia, potrzeb i preferencji osób. Należy pamiętać, że dietetyk to nie tylko specjalista zajmujący się problemem otyłości, ale również osoba specjalizująca się w żywieniu w rożnych jednostkach chorobowych m.in. cukrzyca, nadciśnienie tętnicze, hiperlipidemia, choroby tarczycy. Pomaga również kobietom planującym ciążę, ciężarnym oraz karmiącym. Do dietetyka warto się także udać gdy chcemy nauczyć się jeść zdrowo i racjonalnie. W trakcie procesu odchudzania, czy też zmiany nawyków żywieniowych zwykle pojawia się wiele pytań i wątpliwości, dlatego warto mieć przy sobie osobę, na której wiedzy będzie można polegać.

Rozpoczynając kurację w Projekt Zdrowie możliwe jest uzupełnienie terapii żywieniowej naturalną suplementacją. Suplementacja, która oparta jest na wyciągach roślin, czy też ziół ma na celu wspomóc organizm podczas procesu odchudzania i uzupełnić ewentualne niedobory składników odżywczych. Warto rozważyć włączenie suplementacji do diety kiedy np. mamy problemy trawiennie, słabszą odporność, cierpimy na brak energii a musimy być cały dzień na „wysokich obrotach”, prowadzimy aktywny tryb życia, zależy nam na poprawie kondycji skóry.

Oprócz diety każdy może liczyć na wsparcie i motywację w tracie całej kuracji. Dzięki radom i wskazówkom udzielanym podczas cotygodniowych wizyt kontrolnych łatwej jest pokonać chwile zwątpienia oraz zrozumieć reakcje organizmu, jakie zachodzą podczas całego procesu zmiany. Mamy więc pewność, że dieta przebiega tak jak należy, co daje nam duży komfort i spokój o własne zdrowie.

Podczas regularnych wizyt dietetyk monitoruje postępy wagowe, zmiany składu ciała, sprawdza dzienniczki posiłków, pomaga w rozwiązaniu codziennych problemów dotyczących stosowania diety. Dzięki systematycznej kontroli zaczniemy zwracać większą uwagę na swoje dietetyczne wybory oraz to jaki mają wpływ na nasze wyniki. Dzięki stałej opiece, dietetyk ma możliwość wskazać ewentualne błędy dietetyczne popełniane często nieświadomie, wprowadzić modyfikacje w diecie, aby przynosiła założone rezultaty, oraz podpowiedzieć jak poradzić sobie z utrzymaniem diety np. na wakacjach, na weselu, podczas świąt.

Po zakończeniu odchudzania konieczne jest postawienie przysłowiowej kropki nad „i”. Tą kropką jest proces stabilizacji wagi, o czym zapomina niemalże 80% osób podejmujących kurację. Dla wielu osób odchudzanie to epizod w życiu do którego motywuje wakacyjny wyjazd, ślub lub inna uroczystość rodzinna. Kończy się rozpiska z dietą, a my nie wiemy co dalej robić, wracamy do starego sposobu odżywiania, a waga zaczyna rosnąć, a w konsekwencji spotyka nas efekt jo-jo. Korzystając z pomocy specjalisty dietetyka, mamy pewność, że nasza kuracja zostanie zakończona etapem stabilizacji, który zagwarantuje utrzymanie osiągniętego celu bez efektu jo-jo. A czym jest stabilizacja? To nic innego jak powolne wychodzenie z diety, stopniowe zwiększanie ilości kalorii pod okiem fachowca, oraz utrwalenie wypracowanych dotąd nawyków żywieniowych. Im dłużej trwa stabilizacja wagi tym większa szansa na to, ze waga nie wróci.

Wiele osób uważa, że na dietetyka ich nie stać. Zastanówmy się, ile wydajemy na niezdrowe przekąski, jedzenie na mieście, magiczne suplementy, czy gadżety, które mają nas odchudzić? W Centrach Dietetycznych Projekt Zdrowie tygodniowa dieta, dostosowana do indywidulanych potrzeb i stanu zdrowia ze stałą opieką specjalisty zaczyna się już od 79 zł, co nie naruszy mocno domowego budżetu, a pozwoli osiągnąć zdrowie i lepsze samopoczucie.

Już wkrótce w Świdniku zostanie otwarte jedno z pierwszych Centrów Dietetycznych Projekt Zdrowie w województwie lubelskim. Jeśli jest Ci trudno utrzymać zdrową wagę lub potrzebujesz specjalnej diety - odwiedź stronę internetową centrum www.projektzdrowie.info lub zadzwoń pod numer 698 001 242 i umów się ma konsultację z naszym dietetykiem mgr inż. Agatą Kukiełką!

• • •

Polskie Centrum Dietetyczne Projekt Zdrowie

Galeria Venus I piętro
ul. Wyszyńskiego 17, 21-040 Świdnik

Godziny otwarcia:
pon., wt., pt. 10-18
śr., czw. 12-20

Znajdź nas na Facebooku: Projekt Zdrowie Świdnik

 

artykuł sponsorowany

środa, 14 marzec 2018 15:35

Nastawiony na sukces

Młody, zdolny, a przede wszystkim bardzo pracowity. Mimo że kontuzja aktualnie wyłączyła go z treningów, ma zadatki, aby osiągać jeszcze większe sukcesy sportowe. Emil Krzykała, już drugi rok z rzędu zdobył tytuł Najpopularniejszego Sportowca w kategorii junior. Paradoksalnie, jego przygoda z pływaniem zaczęła się od tego, że bał się wchodzić do wody...

- W kategorii junior plebiscytu na Najpopularniejszego Sportowca, w tym roku znów nie miałeś sobie równych...

- Nie ukrywam, że byłem bardzo zaskoczony wynikiem. Sama nominacja to duże osiągnięcie. Osobiście obstawiałem, że tytuł trafi do Maćka Hołuba. Wydaje mi się, że jego ubiegłoroczne wyniki sportowe były lepsze niż moje.

- Rodzina Hołubów jest znana w świecie świdnickiego sportu, a czy ty podtrzymujesz rodzinne tradycje?

- Nikt w rodzinie nie trenował zawodowo pływania. Kiedy byłem młodszy bardzo bałem się wody. Gdy wyjeżdżaliśmy nad jezioro czy na wakacje, zawsze trzymałem się od niej z daleka. Musieli mnie wręcz na rękach wnosić (śmiech). Pewnego razu, mama stwierdziła, że należy nauczyć mnie pływać. Tak trafiłem na zajęcia do Tomasza Czapskiego. Co ciekawe, w tym samym czasie, na basen trafi ł też Bartosz Kotwica, z którym w kolejnych latach wielokrotnie brałem udział w sztafetach. Pewnego dnia, przypadkiem zauważył nas Michał Harasymow, którego grupa ćwiczyła obok. Zapytał mnie i Bartka czy nie chcemy dołączyć do klubu, bo widzi w nas potencjał. Tak trafiliśmy do Olimpijczyka Świdnik. Wtedy też zaczęliśmy ciężej trenować i pojawiły się pierwsze sukcesy.

- Nieoficjalny tytuł mistrza Polski...

- Wtedy nie organizowano mistrzostw, ale rzeczywiście, biorąc pod uwagę ranking, zająłem pierwsze miejsce na dystansie 50 metrów stylem grzbietowym. Miałem wtedy 11 lat. W piątej klasie szkoły podstawowej trafiliśmy do Avii Świdnik, do trenera Zdzisława Stypińskiego. Pod jego skrzydłami osiągaliśmy najlepsze wyniki.

- Jak wyglądał Twój dzień?

- To była straszna harówka. Pobudka o 6.20, śniadanie i już od 7.00 w wodzie. Półtorej godziny treningu, potem lekcje. Po szkole znów na 2 godziny na basen. Następnie powrót do domu i nic tylko spać (śmiech). Początkowy okres był bardzo ciężki. Trenowaliśmy jeszcze bardziej intensywnie, ale przynosiło to rezultaty. Już w pierwszym roku udało mi się zdobyć tytuł mistrza Polski na 400 metrów kraulem. To był moment, kiedy zrozumiałem, że muszę dawać z siebie jeszcze więcej.

- Które z trofeów jest dla Ciebie najważniejsze?

- Nie jestem w stanie określić najważniejszego. Każde z nich to dla mnie świadectwo ciężkiej pracy i godzin spędzonych na pływalni. Na pewno zapamiętam pierwszy medal na mistrzostwach Polski. Emocje towarzyszyły mi, aż do momentu wejścia na podium. W końcu trener zwrócił mi uwagę, bo cały się trząsłem. Ważny był też medal na mistrzostwach Polski, który był przepustką do udziału w turnieju międzynarodowym. To wielkie przeżycie walczyć z orzełkiem na piersi. No i ostatni krążek, na dystansie 100 metrów kraulem. Zdobyłem go po zimowych mistrzostwach, gdzie uzyskałem gorszy rezultat. Chciałem się „odkuć” i udało się. Nie można też zapomnieć sztafety, którą tworzyliśmy z chłopakami na przestrzeni ostatnich lat.

- Podkreślasz, że pływanie to poniekąd sport zespołowy.

- Wydaje mi się, że w sztafecie można czasem osiągać jeszcze lepsze wyniki niż w startach indywidualnych. Razem z Bartkiem Kotwicą, Filipem Lechem i Michałem Szulierzem tworzymy zgrany zespół. Wspólnie z chłopakami motywujemy się do większego wysiłku, ale też rywalizujemy i ścigamy się ze sobą.

- Teraz trafiłeś do krakowskiej Szkoły Mistrzostwa Sportowego.

- Chcąc się rozwijać, osiągać jeszcze lepsze wyniki, przeprowadziłem się do Krakowa. To była trudna decyzja, bo bardzo dobrze współpracowało mi się z trenerem Stypińskim, jednak jestem przekonany, że w pełni rozumie mój wybór. Jeśli chcę iść dalej, muszę się rozwijać, a lepsze warunki do tego są w Szkole Mistrzostwa Sportowego. Tam trenujemy pod okiem najlepszych specjalistów, mamy dostęp do 50-metrowej pływalni, organizowane są dodatkowe zajęcia „na lądzie”. Aktualnie jednak leczę kontuzję kolana, więc jestem wyłączony z treningów. Trudno też mi określić, kiedy znów wrócę do stuprocentowej formy. Myślę, że będzie to bliżej maja, czerwca. Wiem jednak, że lepiej stracić jeden sezon niż całą karierę.

- Jakie cechy wśród pływaków są najważniejsze.

- Na pewno cierpliwość, której ciągle mi trochę brakuje (śmiech). Trzeba uzmysłowić sobie, że wszystko przyjdzie z czasem, polubić wysiłek i sumienną pracę na treningach, a jednocześnie być otwartym. Nie ograniczać się do jednej metody treningowej. Dobry pływak to osoba pracowita, systematyczna, która jednocześnie wyróżnia się sprawnością fizyczną.

- Sportowe marzenie?

- Chciałbym dalej się rozwijać, może wyjechać na stypendium sportowe do Stanów Zjednoczonych. Największe marzenie? Chyba jak każdego sportowca - reprezentowanie Polski na olimpiadzie. Dlatego robię wszystko, aby je spełnić.

Jacek Gański
Magazyn Świdnik - wysokich lotów nr 22 / luty 2018

czwartek, 08 marzec 2018 12:10

Zaczarowany świat baletu

W kwietniu, świdniczanie będą mogli zobaczyć najsłynniejszy balet Piotra Czajkowskiego, w wykonaniu Narodowego Lwowskiego Teatru Opery i Baletu. 

Royal Lviv Ballet to zespół złożony z najlepszych solistów, który zdobywa prestiżowe, międzynarodowe nagrody. W Świdniku, artyści zaprezentują arcydzieło sztuki baletowej - „Jezioro Łabędzie”. Dziewczęta zaklęte w łabędzie, Zły Duch i uczucia przekraczające granice życia i śmierci wciąż wzruszają widzów na całym świecie.

• • •

Jezioro Łabędzie w Świdniku

6 kwietnia, godz. 19.00, sala widowiskowa Centrum Kultury

bilety: 80 zł (normalny), 70 zł (grupowy - od 10 osób), 65 zł (dla uczestników zajęć baletowych w MOK)

Strona 8 z 312