jg - Świdnik - wysokich lotów

poniedziałek, 30 kwiecień 2018 14:22

Kłęby dymu w południe

Sześć zastępów straży pożarnej gasiło pożar, do którego doszło na terenie składu budowlanego przy ul. Kusocińskiego. Na szczęście, w zdarzeniu nikt nie ucierpiał.

Tuż przed godziną 12.00, świdniccy strażacy otrzymali mnóstwo sygnałów o kłębach gęstego dymu w okolicy supermarketu Kaufland. Na miejsce wysłano 20 mundurowych.

- Płonęły materiały budowlane, folie oraz styropian. Trudno w tej chwili mówić o przyczynach pożaru. Jedna z hipotez zakłada przypadkowe zaprószenie ognia - mówi Paweł Dańko z KP PSP w Świdniku.

Na szczęście ogień nie przeniósł się na pobliskie zabudowania. Straty oszacowano na kilkanaście tysięcy złotych.

wtorek, 01 maj 2018 10:21

Gołębie kością niezgody

Ptaki stały się przyczyna sąsiedzkiego sporu. Jeden z mężczyzn, chcąc rozwiązać „problem”, zaczął do nich strzelać. Teraz grożą mu nawet 3 lata więzienia.

Na policję zgłosił się mieszkaniec Świdnika, który złożył zawiadomienie o przestępstwie. Mężczyzna na swojej działce hoduje ponad 50 gołębi, co nie podoba się sąsiadowi. Gdy ptaki przylatują na teren jego posesji i siadają na dachu stodoły - strzela do nich z wiatrówki. Według zgłaszającego, ucierpiało kilkanaście ptaków.

- Mężczyzna tłumaczy, że prowadzi warsztat samochodowy, a zwierzęta zanieczyszczają mu samochody klientów oraz teren całej posesji - informuje Elwira Domaradzka z KPP w Świdniku.

Policjanci zabezpieczyli wiatrówkę. Teraz prowadzone będzie dochodzenie w kierunku art. 35 ustawy o ochronie zwierząt, które za takie zachowanie przewiduje nawet do 3 lat pozbawienia wolności.

poniedziałek, 30 kwiecień 2018 10:48

Dąb Tadeusz zasadzony

„100 dębów na 100-lecie Niepodległości” to akcja zainicjowana przez Lubelski Urząd Wojewódzki, w którą włączyła się Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w Lublinie. Jedno z drzewek, będące symbolem obchodzonego w tym roku jubileuszu, ale również leśnej siły, potęgi i trwałości, posadzono w poniedziałek przed Szkołą Podstawową nr 3 w Świdniku.

Zanim jednak to się stało, Marek Kwieciński, dyrektor SP nr 3, odczytał list od Jerzego Sądla, dyrektora Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Lublinie, skierowany do społeczności szkolnej: - „Udział w tak cennej inicjatywnie ma dla nas, leśników, szczególny wymiar, zarówno patriotyczny, jak i przyrodniczy. W 100. rocznicę odrodzenia się państwa polskiego zasadzimy drzewa szczególne, bowiem na nas, leśnikach, spoczywa odpowiedzialność za lasy, wielkie dziedzictwo naturalne Polski. Liczymy, że wy, młodzi ludzie, będziecie wspierać nasze starania o jak najlepszą kondycję polskich lasów. Wierzymy, że dzisiejszy dzień zapisze się w waszej pamięci jako niezwykłe patriotyczne wydarzenie, zaś zasadzony dąb będzie stanowił pamiątkę nie tylko bohaterskiej przeszłości narodu polskiego, ale także symbol działań łączących pokolenia”.

Wspólnie z dyrektorem drzewko zasadzili przedstawiciele uczniów. Dąb otrzymał również imię - Tadeusz.

- Cieszę się bardzo, że właśnie to imię zostało wybrane, bo przecież patronem szkoły jest Tadeusz Kościuszko, który walczył o niepodległość naszej ojczyzny. Akcję sadzenia drzewek prowadzimy co roku, ale ta ma wymiar szczególny. Jest nie tylko lekcją przyrody, ale przede wszystkim patriotyzmu, przeprowadzoną w 100. rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości - mówi Marek Kwieciński.

aw

poniedziałek, 30 kwiecień 2018 07:22

Uwaga mieszkańcy

Uprzejmie informujemy, że w środę, 2 maja Urząd Miasta Świdnik będzie nieczynny.

niedziela, 29 kwiecień 2018 10:29

Hallera i inne

Urząd Miasta ogłosił przetarg na remont bądź modernizację trzech ulic: Hallera, Akacjowej i Brzegowej. Chętni na wykonanie robót mogą zgłaszać się do 7 maja. W związku z tym, iż postępowanie udzielane jest w częściach, wykonawca może złożyć oferty częściowe na wszystkie zadania, bądź na dowolną liczbę, przez siebie wybranych, spośród trzech.

W przypadku ulicy Brzegowej chodzi o 454-metrowy odcinek od ul. Vetterów w kierunku południowymi. Na ulicy Hallera modernizacja będzie dotyczyła 270 metrów, a w przypadku ul. Akacjowej 412 metrów drogi.

- Remont i modernizacje będą polegały na wymianie nawierzchni jezdni. W przypadku ul. Brzegowej będzie to dywanik asfaltowy, na Hallera i Akacjowej położymy kostkę - tłumaczy Maciej Olechnowicz z wydziału inwestycji i zamówień publicznych UM.
W budżecie miasta, na wszystkie te przedsięwzięcia, przeznaczono 1,6 mln zł.

niedziela, 29 kwiecień 2018 10:35

Przed życiową szansą

Młoda, pracowita, utalentowana. Nina Furmaniak - 20-letnia nadzieja „białego sportu”, od roku znów reprezentująca lotnicze miasto. Jest na etapie, że musi wypłynąć na głębsze wody. W Polsce osiągnęła niemal wszystko - tak mówi o niej trener. Teraz stanęła przed życiową szansą. Czy wyjazd za ocean stanie się jej przepustką do dalszej kariery?

- Twoja przygoda ze sportem rozpoczęła się bardzo wcześnie..

- Rzeczywiście pierwsze kroki na korcie stawiałam jako mała dziewczynka. Mój tata był trenerem sekcji sportów walki. Kiedy prowadził zajęcia, zauważyłam na korcie obok trenujące dzieci. Tak mi się spodobało, że stwierdziłam, że muszę w to grać (śmiech). Namówiłam rodziców na zakup rakiety i tak, w wieku 6 lat, zaczęła się moja przygoda ze sportem. Na początku uczyłam się podstaw. Musiałam dowiedzieć się jak trzymać rakietę, poruszać po korcie. Moją trenerką była Beata Kołodyńska. Z czasem pojawiły się wyjazdy na turnieje, małe sukcesy. Pierwszym, który pamiętam, to mistrzostwa województwa skrzatów, w którym startowałam mając 11 lat. Dwa lata później trafiłam do lubelskiej UKS Akademii Tenisa Pol-Sart. Na początku trenowałam z Markiem Oratowskim oraz Marcinem Kwiatkowskim. W tym czasie poznałam także Radka Siczka, z którym pracuję obecnie. Zaczęły się starty w turniejach ogólnopolskich, turniejach klasyfikacyjnych. Stwierdziłam, że mogę rywalizować z dziewczynami na wyższym poziomie.

- Sukcesem zakończył się Twój udział w mistrzostw Polski juniorek.

- W turnieju startowałam, kiedy miałam 17 lat. W drodze po medal, w 1. rundzie pokonałam Maję Pindelską, następnie wygrałam z Zuzanną Wilk. W ćwierćfinale poradziłam sobie z Weroniką Foryś. W półfinale rywalką była Julia Oczachowska, która okazała się lepsza. Nie ukrywam, że liczyłam na medal i po to jechałam do Warszawy. Szczególnie, że podczas letnich mistrzostw Polski dotarłam tylko do ćwierćfinału.

- Podczas ostatniego turnieju wywalczyłaś tytuł mistrzyni Polski w deblu do lat 23.

- W zawodach reprezentowałam już Avię, do której wróciłam w ubiegłym roku. Do Gliwic jechałam z wielkimi nadziejami, bo wiem, że solidnie przepracowałam okres przygotowawczy. Ciężkie treningi zaowocowały. Wspólnie z Pauliną Mattik, reprezentującą KT GAT Gdańsk, udało nam się stanąć na najwyższym stopniu podium. Mam teraz rok przerwy między liceum, a rozpoczęciem studiów, dlatego chcę spróbować startów w turniejach zagranicznych i ogólnopolskich.

- Wspomniałaś, że ciężko pracujesz. Za Twoimi sukcesami stoi talent, mocny charakter czy ciężkie treningi?

- Myślę, że to wypadkowa tych składników. Na pewno dochodzi także kwestia moich rodziców. Tata, jako sportowiec, zaszczepił we mnie miłość do ciężkiej pracy. Już od najmłodszych lat trenowałam 5 razy w tygodniu. Dodatkowo, chodziłam do klasy sportowej, uczyłam się grać na fortepianie. Nie były to lata, które wspominam jako beztroski okres, jednak to zaprocentowało. Dziś jestem bardzo dobrze przygotowaną fizycznie zawodniczką.
W profesjonalnym sporcie nie można opierać się tylko na talencie czy cechach charakteru. Oczywiście, pomaga to odnieść sukces, jednak nie jest do niego kluczem.

- Które cechy charakteru uważasz za najważniejsze?

- Uwielbiam rywalizację. Już od najmłodszych lat, wchodząc na kort, starałam się dawać z siebie wszystko. Ważna jest też determinacja. Codziennie mam dwa, dwugodzinne treningi, plus ćwiczenia ogólnorozwojowe. Bywają dni, szczególnie w zimie, kiedy nie chce się zwlec z łóżka (śmiech). W sporcie liczy się też konsekwencja, szczególnie, gdy trzeba powtarzać setki razy dane ćwiczenie, czy uderzenie. W moim przypadku ważny jest też optymizm. Zauważyłam, że gdy wchodzę na kort pozytywnie nastawiona, gra mi się lepiej.

- Jakie masz plany na dalszą karierę?

- Już od jakiegoś czasu zaczęły pojawiać się propozycje wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Nasiliły się, kiedy umieściłam w sieci film prezentujący moje umiejętności. Po długich rozważaniach zdecydowałam się, żeby skorzystać z jednej z nich. Nie ma co ukrywać, że w tym sporcie ważne są pieniądze i sponsorzy. Większą szansę na ich pozyskanie będę miała za oceanem. Jedna ze szkół sfinansuje mój pobyt, naukę i treningi. Będę miała szansę ćwiczyć z zawodniczkami notowanymi w światowych rankingach. Żal będzie opuszczać Świdnik, ale grzechem byłoby nie skorzystać z takiej okazji…

sobota, 28 kwiecień 2018 09:53

Co mi w duszy gra

Muzyka zawsze ją pociągała. Bardzo lubiła jej słuchać. W przedszkolu, do którego uczęszczała, w jednej z sal stało pianino. Choć nie umiała jeszcze grać, próbowała odnajdować na nim różne melodie i dźwięki. Później, gdy trochę podrosła, rodzice zapisali ją do Państwowej Szkoły Muzycznej I stopnia w Świdniku. Tam uczyła się gry na gitarze, a dziś sama dzieli się swoją wiedzą. W rozmowie, Kamila Krzeszowiec opowiada o swojej muzycznej drodze.

- Kto zaszczepił w Pani miłość do dźwięków?

- Pochodzę z rodziny, która nie jest zawodowo związana z muzyką. Moi bliscy są inżynierami, architektami, plastykami. Jednak z tego co wiem, mój dziadek był uzdolniony muzycznie. Ponoć grał ze słuchu na różnych instrumentach, łącznie ze skrzypcami i grzebieniem. Nie miałam okazji go poznać, ale być może przekazał mi tę pasję.

- Naukę zaczęła Pani od gry na gitarze.

- To było chyba w drugiej klasie szkoły podstawowej. Nie wiem, dlaczego wybrałam właśnie ten instrument. Moja siostra miała gitarę i pamiętam, że grała na niej ogniskowe piosenki. Natomiast czy to ona była inspiracją? Nie potrafię odpowiedzieć. Lubiłam uczyć się grać. Nie czułam, że to obowiązek, który nade mną wisiał i zawładnął całym moim czasem. Traktowałam to raczej jak przyjemność i formę relaksu, chociaż nie zawsze grałam to, co miałam przećwiczyć. Szukałam też swojej drogi, swoich utworów.

- I chyba udało się ją znaleźć, bo dziś występuje Pani przed publicznością. Jak wygląda proces tworzenia utworów?

- Jest dźwiękiem, brzmieniem, motywem, który pojawił mi się w głowie i w jakiś sposób mnie absorbuje. Wokół niego prowadzę obszar poszukiwań i do niego wracam. Zdarza się, że improwizuję. Nie skupiam się na teorii, tylko na tym, co mam ochotę zagrać, co mi się podoba, co chcę wyrazić i co jest przyjemne dla mojego ucha. Czasami miewam jakieś odczucie, w wyobraźni widzę obraz i staram się znaleźć dla niego odpowiednik w muzyce. Jakiś przebieg dźwięków, który oddałby charakter tego wrażenia czy stanu. To chyba rodzaj muzyki ilustracyjnej, bo nawet tytuły moich utworów mają związek z obrazami.

- Pani droga związała się z muzyką, choć chyba nie do końca była Pani co do tego przekonana.

- Po Państwowej Szkole Muzycznej I stopnia w Świdniku, zaczęłam naukę w Szkole Muzycznej II stopnia im. Tadeusza Szeligowskiego w Lublinie, a później także na Akademii Muzycznej w Gdańsku. Natomiast w związku z tym, że gry na gitarze zaczęłam uczyć się trochę później niż poszłam do szkoły publicznej, między tymi cyklami była różnica dwóch lat. Jeszcze nie skończyłam szkoły muzycznej, a już miałam maturę. Żeby nie tracić czasu, zaczęłam studiować edukację artystyczną na UMCS. Podobały mi się zajęcia, rozwijały mnie na wielu obszarach. Choć wydaje się, że od początku planowałam zajmować się muzyką, wcale tak nie było. Jeszcze w liceum nie miałam pewności, czy moje życie zawodowe będzie tak wyglądało. Miałam na siebie różne pomysły. Przez chwilę chciałam studiować filologię klasyczną. Ostatecznie jednak kierowałam się sercem i wewnętrznym instynktem, który podpowiadał mi, że muzyka jest tym, co chcę robić w życiu.

- Została Pani pedagogiem.

- Na uczelni było dużo przedmiotów związanych z pedagogiką i psychologią, które bardzo mnie interesowały. Nawet zastanawiałam się, czy iść w kierunku gitary, czy jednak psychologii muzyki. Uważam, że to, że mogę rozwijać się na różnych poziomach i kierunkach, tworząc w ten sposób spójną całość, jest ubogacające.

- Dzięki temu, że ma Pani tak bogate doświadczenie łatwiej jest pracować z uczniami?

- Na pewno staram się sobie przypomnieć, jakie uczucia towarzyszyły mi, kiedy sama się uczyłam. Wiadomo, że nie będziemy czuć tego samego, bo każdy jest inny, ma inne cechy. Ale to bardzo pomaga spojrzeć na ucznia bardziej empatycznie.

- Świdniccy uczniowie mają talent?

- Jest bardzo dużo osób, które są uzdolnione. Natomiast w praktyce zawsze wygrywają ci, którzy są pracowici i rzetelnie realizują program nauczania. Nawet osoby, które nie są obdarzone dużym talentem potrafią pięknie grać, jeśli tylko nad tym pracują. Ale jednocześnie osoby utalentowane potrafią wiele zaprzepaścić albo nie zrobić nic sensownego ze swoim darem.

- Zajmowała się też Pani muzykoterapią.

- Zaraz po nauce na Akademii Muzycznej, zaczęłam studia podyplomowe z muzykoterapii. Uważałam, że dźwięk ma różne cechy i wpływa na ludzi, na ich stan psychiczny, emocjonalność, kontakt z drugim człowiekiem. Tak naprawdę w tamtym czasie zajmowałam się bajkoterapią i z niej też pisałam pracę dyplomową. W zajęcia, które wtedy prowadziłam w przedszkolu integracyjnym, wplatałam muzykę. To była opowieść słowna z różnymi elementami pozawerbalnymi. Bajki dotyczyły głównie tolerancji dla innych osób, akceptacji tego, że ktoś może mieć inne cechy, ale dotykały też takich problemów, jak złość, agresja, wycofanie. Te spotkania miały przygotować pełnosprawne dzieci do kontaktu z niepełnosprawnymi rówieśnikami i odwrotnie. Moja bajka zawsze była ilustrowana muzyką, graną przeze mnie na gitarze. Dzieci żywo reagowały na ćwiczenia z instrumentami. Aktywnie z nimi pracowały, ilustrując w ten sposób stan strachu czy zadowolenia. Za pomocą dźwięku mogły też nawiązać dialog pozawerbalny, co było bardzo cenne.

- Czego nauczyło Panią to doświadczenie?

- Muzykoterapia i kontakt z dziećmi nauczyły mnie, by cieszyć się małymi rzeczami. Zrozumiałam, że nawet niewielki sukces może być dla kogoś kamieniem milowym. Czasami przecież wydaje się, że to drobiazg, a później okazuje się, że buduje on most do kolejnego osiągnięcia. Warto zwracać uwagę na takie małe sukcesy, bo czasami się je deprecjonuje.

- Czym jest dla Pani muzyka?

- Dla mnie dźwięk wiąże się z obrazem, kolorem, światłem, światłocieniem. Kiedy do mnie dociera, powoduje dodatkowe wrażenia wizualne, ale nie tylko. Czasami przynosi ciarki, rozdrażnienie. Innym razem niesie ze sobą ukojenie. Moim zdaniem muzyka jest rodzajem języka. Mam takie odczucie, że muzyk może być akrobatą, aktorem, kiedy gra, ale dopiero wtedy, gdy zaczyna muzykę przepuszczać przez własną osobistą prawdę i subiektywny sposób odczuwania - nabiera ona zupełnie innej niepowtarzalnej jakości. W takich momentach nawet gdy pojawią się niedociągnięcia, to one nie przeszkadzają, nie mają znaczenia dla odbioru i wartości całości wykonania. W przypadku gry w zespole, zaczynają grać rolę jeszcze inne czynniki - porozumienie, współodpowiedzialność i ogólnie wiele różnych "współ-". To bardzo ciekawe.

- Jakie ma Pani plany na przyszłość?

- Cały czas uczę się grać na gitarze, bo mam świadomość, że jeszcze wielu rzeczy nie potrafię. Czasami trochę mnie to przeraża. Tak naprawdę chciałabym teraz zainwestować
w siebie, w swoją grę solową.

Agata Flisiak

sobota, 28 kwiecień 2018 12:30

Każda zasługuje na opiekę

Agnieszka Kais i Ewelina Wosiak-Chojecka od lat są położnymi. Poznały się w świdnickim szpitalu, gdzie razem pracowały. Wreszcie wpadły na pomysł, by założyć własną działalność i przekazywać wiedzę okołoporodową kobietom w ciąży. Dziś wspólnie prowadzą „Ixchel - Twoja położna.”

- Kiedy rozpoczęły Panie praktykę?

Ewelina Wosiak-Chojecka: Działalność założyłyśmy 2 listopada 2016 roku. Od tego czasu, ku naszej radości, usługi są coraz lepiej odbierane przez społeczeństwo. A o to właśnie chodziło, żeby panie mogły dzwonić, pytać i prosić o poradę. Myślę, że udało nam się to osiągnąć. Mamy bardzo fajne pacjentki, które zamiast zajrzeć do internetu w poszukiwaniu informacji, wolą zadzwonić do nas. To bardzo budujące. Widzimy, że istnieje zapotrzebowanie na to, co robimy.

- Zbudowały sobie Panie autorytet wśród przyszłych mam.

Agnieszka Kais: Po części na pewno tak. Wybierając nas na swoje położne, już po 21 tygodniu ciąży ciężarne mogą spotykać się z nami na zajęciach edukacyjnych, podczas których rozmawiamy o ich stanie, porodzie, połogu, pielęgnacji niemowlęcia, jego toalecie i karmieniu. W ramach edukacji oferujemy warsztaty z chustonoszenia. Kobiety spotykają się też z rehabilitantem, dietetykiem, psychologiem oraz ratownikiem medycznym, który opowiada, jak udzielić pierwszej pomocy. Oprócz tego, mogą wybrać się na ćwiczenia dla pań w ciąży w Studio43. Ponieważ Ewelina nadal pracuje w szpitalu, ma z nimi kontakt także tam. Później odwiedzamy je w domu. Czasami pacjentki dzwonią do nas nawet po roku od porodu, bo mają jakieś pytanie. To dla nas duża satysfakcja. Dzięki temu, że mamy kontrakt z NFZ, nasza oferta jest bezpłatna.

- Współpracujecie z wieloma osobami.

A. K.: Mamy to szczęście, że na naszej drodze pojawiają się fajni ludzie. Współpraca z nimi owocuje świetnymi zajęciami. Same staramy się być otwarte i empatyczne i chyba dlatego przyciągamy takie osoby.

E. Ch.-W.: To przede wszystkim specjaliści w swoich dziedzinach. Wiedzą, jak pomóc pacjentkom. Są na nie otwarci i bardzo oddani. Łatwo nawiązują kontakt, a w razie potrzeby, służą radą także poza naszym gabinetem.

- To niezwykłe, móc uczestniczyć w czyimś życiu niemal od początku.

E. W.-Ch.: Tak naprawdę chęć bycia częścią życia kobiety, to główny bodziec do pracy w charakterze położnej. Jest ona bardzo specyficzna. To właściwie powołanie. Bez niego nie można być dobrą położną. Każda z nas chce dać drugiemu człowiekowi trochę siebie.

A. K.: Położna nie powinna być osobą anonimową. Zamysłem naszej pracy było wdrożenie na świdnickim rynku idei akuszerki z wyboru i na całe życie. Osoby kompetentnej i zaufanej - tak działa to w Europie i się sprawdza. Chociaż oczywiście, mamy wśród pacjentek również panie, które zgłosiły się do nas dopiero na opiekę środowiskową. Mimo to, udaje nam się nawiązać dobrą relację i utrzymujemy kontakt przez długi czas.

- Co sprawia trudność młody mamom?

E. W.-Ch.: Przede wszystkim należy podkreślić, że mają prawo pewnych rzeczy nie wiedzieć, potrzebować wsparcia i tego, by ktoś nimi pokierował. Zdajemy sobie sprawę, że czasami problemem może okazać się pierwsza kąpiel niemowlęcia, zmiana pieluchy, przystawienie do piersi czy utrzymanie laktacji. Kobiety pytają też o powrót do formy, aktywność po połogu czy pielęgnację. Te zagadnienia są naprawdę z różnych półek.

A. K.: Kłopotliwa jest też obserwacja niemowlęcia albo dieta mamy, która zastanawia się, czy może ją poszerzyć. Generalnie pamiętajmy, że teraz nie mówi się już o diecie dla kobiet karmiących. Panie mogą jeść wszystko, zachowując zdrowy rozsądek. Oczywiście nie wchodzimy w kompetencje lekarza pediatry czy ginekologa.

- Czego potrzebują?

E. W.-Ch.: Czasem po prostu powiedzenia, że są super i że ze wszystkim świetnie sobie radzą. Bo czasami wydaje im się, że są beznadziejne i nic im nie wychodzi. Staramy się znaleźć w każdej dziewczynie potencjał i przypomnieć jej o nim. Mówimy, co robi dobrze, a co jeszcze trzeba poprawić i w jaki sposób to zrobić. To naprawdę bardzo pomaga i świetnie się sprawdza. Mamy znów zaczynają w siebie wierzyć. Każda z nas zasługuje na dobrą opiekę, dlatego staramy się dać ją naszym pacjentkom.

- Patrząc na ilość pozytywnych komentarzy w internecie, wasze podejście sprawdza się.

E. W.-Ch.: Jest nam bardzo miło, aczkolwiek zawsze po przeczytaniu takich wpisów czujemy presję odpowiedzialności i trochę się stresujemy. Wszystkie opinie motywują nas do tego, by dalej działać. Jednocześnie, nie chcemy się też zagalopować w samozadowoleniu.

- Cały czas mówimy o współpracy z mamami. A jak to wygląda, jeśli chodzi o ich najbliższych?

E. W.-Ch.: Tatusiowie są równie ważni. Bardzo chętnie uczestniczą w zajęciach. To chyba znak obecnych czasów, że opiekują się żonami jeszcze przed porodem, ale także po. Często angażują się do pomocy w pielęgnacji niemowlęcia. Natomiast z babciami, dziadkami czy ciociami bywa różnie.

A. K.: Zdarzają się takie babcie, które nie zgadzają się z naszymi radami, bo same inaczej dbały o dzieci. Niemniej jednak są też panie, które chętnie uczestniczą w spotkaniach, bo chcą o coś zapytać, zdobyć nową wiedzę i po prostu być pomocne. Bardzo dobrze współpracuje nam się też ze starszym rodzeństwem.

- Bierzecie na siebie dużą odpowiedzialność. W jaki sposób odpoczywacie?

E. W.-Ch.: Szybko i intensywnie. Każda wolna minuta to czas dla rodziny, która jest dla każdej z nas bardzo ważna. Mam dwoje wspaniałych i wyrozumiałych dzieci. Oliwia i Dawid wiedzą, że w pracy jestem zajęta obowiązkami, ale gdy wracam do domu, jestem cała dla nich. Mój mąż też zdążył się już przyzwyczaić, że w naszym domu wszędzie leżą moje notatki i książki. Nauczyliśmy się korzystać z każdej wolnej chwili. Wyjeżdżamy, kiedy tylko możemy, lubimy też razem wychodzić. Walczymy o każdą minutę. Nie wypada inaczej, skoro zawodowo dbamy o rodziny innych osób?

A. K.: Ja na szczęście mam wolne weekendy, więc łatwiej znaleźć mi chwilę na odpoczynek. Mam dorosłe dzieci, 16-letnią córkę i 20-letniego syna, którzy również są wyrozumiali dla mojej pracy. Mąż też doskonale rozumie moje zawodowe „wyskoki”, na przykład wyjazdy na szkolenia czy ciągłe podnoszenie kwalifikacji. Wie, że nawet poza godzinami pracy odbieram telefony od pacjentek. Myślę, że ani ja, ani Ewelina nie czujemy się wypalone zawodowo. Akuszerki zawsze prowadziły życie na walizkach, gotowe służyć pomocą o każdej porze dnia i nocy.

Więcej informacji o działalności, a także o opiece nad kobietą i edukacji okołoporodowej można uzyskać na facebookowym profilu wpisując Ixchel-Twoja-Polozna. Panie Agnieszka i Ewelina przyjmują też w gabinecie mieszczącym się przy ul. Ratajczaka 9/2. Czynny jest w poniedziałki, od godz. 15.00 do 18.00 oraz od wtorku do piątku, w godz. 8.30-11.30.

Agata Flisiak

piątek, 27 kwiecień 2018 10:21

Do „Narcyza” na piechotę

Kolej postawiła tablicę zakazującą wjazdu na swój teren i z dnia na dzień działkowcy „Narcyza” stracili jedyne miejsce do parkowania aut w sąsiedztwie wejścia do ogrodu. Stało się to przed dwoma tygodniami. Sprawa stanęła na środowej sesji Rady Miasta, za sprawą radnego Piotra Karwowskiego.

- Parkowaliśmy samochody w miejscu, gdzie wydawało się, że nie będą one przeszkadzać pracy kolei. Wiemy, że możliwość jego przejęcia na budowę parkingu z prawdziwego zdarzenia graniczy z cudem i, w najlepszym razie, może trwać latami. Dlatego stawialiśmy auta na terenie PKP, ale do tej pory nikomu to nie przeszkadzało. Teraz straciliśmy ostatnią możliwość zaparkowania w sąsiedztwie działki, a za podjęcie tego ryzyka grożą nam kary. Problem dotyczy 110 działek, uprawianych w większości przez ludzi starszych - mówił Piotr Karwowski.

Radny poinformował również, że działkowcy zbierają podpisy pod petycją do burmistrza, w której proszą go o interwencję u władz kolei.

Okazało się, że Urząd Miasta podjął już działania w tej sprawie: - Wyłączenie miejsc na południe od ulicy Żwirki i Wigury, na których działkowcy parkowali samochody, spowodowały prace remontowe rozpoczęte przez kolej. Jak nas zapewniono,
jest to stan tymczasowy. Co do rozwiązania docelowego, czyli budowy parkingu, nie sądzę, by tę działkę udało się od kolei odkupić. W grę wchodzi ewentualna dzierżawa, ale oprócz jej kosztów, budowa parkingu byłaby inwestycją trwale związaną z gruntem nienależącym do gminy. Niestety, w pobliżu ogrodu „Narcyz”, gmina własnych gruntów nie posiada - tłumaczył Andrzej Radek, zastępca burmistrza.

Roman Kozak, zastępca przewodniczącego RM, poinformował również o deklaracji złożonej przez władze kolei, że po skończeniu remontu torowiska, nie będą robiły problemów właścicielom parkujących samochody. Ostrzegł również, że pozostawiane tam obecnie pojazdy mogą być narażone na przypadkowe uszkodzenie podczas prowadzenia prac. Wygląda więc na to, że działkowcy „Narcyza” muszą poczekać, aż kolej zakończy remont.

jmr

czwartek, 26 kwiecień 2018 08:02

Mistrzowie polskiej ortografii

26 uczniów klas III szkół podstawowych wzięło udział w XV Powiatowym Konkursie Ortograficznym, który odbył się w Szkole Podstawowej nr 4. Przyszło im się zmierzyć z takimi wyrazami, jak: szemrzący, przejażdżka, czeremcha, rozżarzone, pszczółki, ówdzie, pszenica, iskrzyło, ważka, trzepot, świdniczanie czy pokrzepiający. Jak się okazało, z językowymi pułapkami poradzili sobie znakomicie.

Mistrzem Ortografii 2018 został Adam Krasowski ze Szkoły Podstawowej nr 3. I miejsce zajął Jakub Bereza (SP nr 7), II Jagoda Smus (SP nr 7), III Maja Misztal (SP nr 5), IV Wiktor Gawliński  (SP nr 5), Weronika Morawska (SP nr 4) i Szymon Wójcik (SP nr 5).

- Pamiętajcie o jednej rzeczy. Zwyciężyliście wszyscy, bo skoro pojawiliście się dzisiaj u nas, oznacza to, że jesteście mistrzami ortografii w swoich szkołach. Gratuluję wam serdecznie - podkreślała Marzena Szymecka, wicedyrektor ZSO nr 1, wręczając nagrody oraz pamiątkowe dyplomy za udział w konkursie.

Organizatorkami ortograficznych zmagań były Danuta Serafińczuk, nauczyciel edukacji wczesnoszkolnej, oraz Agnieszka Żembrowska, nauczyciel bibliotekarz. Tekst dyktanda ułożyła polonistka Magdalena Bartkowiak.

aw

Strona 6 z 303