jg - Świdnik - wysokich lotów

sobota, 05 maj 2018 09:33

W odnowionej siedzibie

Po trwającym kilkanaście tygodni remoncie, sfinansowanym przez Spółdzielnię Mieszkaniową, siedziba Klubu Seniora „Spokojna Przystań” znów otworzyła swoje podwoje. W ubiegły czwartek, symbolicznego przecięcia wstęgi dokonali Anna Polanowska, dyrektor SDK, Helena Czerwonogrodzka, przewodnicząca klubu, a także Konrad Sawicki, przewodniczący Rady Nadzorczej SM. Wśród gości pojawili Jan Pyszniak, po. prezesa SM, Paweł Walczak, przewodniczący Społecznej Rady Programowej SDK, Beata Portka, kierownik Miejskiego Centrum Usług Socjalnych oraz członkowie „Spokojnej Przystani”.

W pomieszczeniach przy ul. Niepodległości 27 seniorzy spotykają się od wielu lat. Niedawny remont sprawił, że nabrały one nowego charakteru. W części kuchennej położono glazurę, wstawiono nowe szafki i kuchenkę gazową. W toalecie wymieniono sanitariaty, są też nowe kafelki na ścianach. W korytarzu pojawiła się lamperia.

- Dziękujemy władzom Spółdzielni Mieszkaniowej za to, że zadbały o naszą siedzibę. Podczas remontu spotykaliśmy się w Spółdzielczym Domu Kultury, bo jesteśmy jak wielka rodzina i tęsknimy za sobą, kiedy dłużej się nie widzimy. Życzę wszystkim wielu miłych chwil w naszym odnowionym klubie. Mam nadzieję, że będziemy się tu zawsze dobrze czuli - mówiła Helena Czerwonogrodzka.

Czwartkowe spotkanie było również doskonałą okazją do rozmów i wspomnień, a nawet śpiewów. Seniorzy podkreślali, że przynależność do klubu mobilizuje ich do podejmowania różnych działań.

Mamy wiele pomysłów

Klub Seniora powstał w 1969 roku. Jego założycielką i pierwszą opiekunką była Anastazja Sady. Po 17 latach, funkcję przewodniczącej objęła Helena Typek. W 2012 roku rządy w klubie przejęła Helena Czerwonogrodzka. Obecnie seniorska rodzina liczy 30 osób. Spotkania odbywają się raz w tygodniu, we wtorki, w godz. 16.00-19.00, w siedzibie przy ul. Niepodległości 27.

- Te spotkania są oderwaniem się od codziennych obowiązków i często jedynym sposobem na walkę z samotnością - wyjaśnia przewodnicząca klubu. - Z roku na rok zwiększa się zastęp ludzi starszych, dlatego nasz działalność ma ogromne znaczenie. Chociaż nie jesteśmy już tacy młodzi, mamy wiele energii i pomysłów na spędzanie czasu. Organizujemy wieczorki okolicznościowe, na przykład andrzejki, opłatek, imieniny, urodziny. W lecie są to spotkania plenerowe i wycieczki. Nasz zespół śpiewaczy bierze udział w różnych wydarzeniach z życia miasta i powiatu, współpracuje z innymi placówkami. Występowaliśmy, między innymi, w Niedrzwicy, Dąbrówce, Kocudzy. 3 czerwca będzie nas można posłuchać w Świdniku, podczas odchodów Papieskiego Dnia Rodziny. Zachęcamy, szczególnie panów, do zasilenia naszych śpiewaczych szeregów. Próby odbywają się w każdy poniedziałek, w godz. 17.00-19.00.

Od kilku lat, jedną z ciekawych propozycji klubu skierowaną do świdniczan, są letnie potańcówki, które odbywają się w muszli koncertowej MCUS. W tym roku rozpoczną się 5 lipca, a do tańca przygrywać będą zespoły oraz didżej.

poniedziałek, 07 maj 2018 08:00

Częściej do Lublina

Autobusy MPK łączące Świdnik z Lublinem już jeżdżą częściej. Według zapowiedzi, jest to dopiero początek zmian w rozkładzie.

W kwietniu ratusz poinformował, że zwiększona zostanie liczba kursów linii nr 55. Zmiany w rozkładzie obowiązują już od 28 kwietnia.

- W ubiegłym roku przeprowadziliśmy wśród mieszkańców Świdnika ankietę, z której wynikało, że najbardziej popularną linią komunikacji miejskiej jest autobus nr 55. Pasażerowie wielokrotnie podkreślali potrzebę zwiększenia ilości jego kursów. Wychodząc naprzeciw ich potrzebom, wprowadzamy dodatkowe przejazdy w najczęściej wskazywanych godzinach - mówi Waldemar Jakson, burmistrz Świdnika.

W rozkładzie obowiązującym w dni powszednie pojawią się dodatkowe 4 przejazdy. Autobusy z przystanku os. Choiny w Lublinie wyjadą o godz. 10:19, 13:24 (przez stadion), 19:05 i 21:32 (przez stadion). Natomiast z przystanku pod świdnickim helikopterem odjadą o godz. 11:28, 13:30, 14:47 i 20:24. Jak zapowiadają włodarze, jesienią czekają nas kolejne zmiany. Przypomnijmy, że od początku roku zostały wprowadzone darmowe przejazdy dla dzieci do 15 roku życia, które uczą się w Lublinie.

niedziela, 06 maj 2018 08:55

Supermoce świdniczanina

Bartosz Apanasienko, uczeń klasy gimnazjalnej 2 f Szkoły Podstawowej nr 5, zdobył wyróżnienie w ogólnopolskim konkursie „Moja Supermoc”. Jego organizatorem była spółka Librus, właściciel portalu z dziennikiem elektronicznym, z którego korzysta placówka, celem zaś uświadomienie wagi mocnych stron i talentów w procesie edukacji.

Uczestnicy, w trzech kategoriach wiekowych - uczniowie szkół podstawowych, oddziałów gimnazjalnych oraz szkół ponadgimnazjalnych, mieli do wykonania tylko jedno zadanie. Musieli nakręcić krótki film, w którym zaprezentują swoje talenty, pasje i mocne strony, a także to, kim dzięki nim mogą zostać w przyszłości. Jak się okazało, nie było to wcale proste, bo konkursowa praca nie mogła przekroczyć 2 min.

- Mam wiele pasji, więc ciężko było pokazać je wszystkie w ciągu zaledwie 2 min. – wyjaśnia Bartosz. – Opowiedziałem o kinematografii, montażu filmów, astronomii i muzyce. Interesują mnie również geografia oraz język angielski. Lubię odkrywać nowe miejsca, poznawać ludzi i codziennie patrzeć na świat z innej perspektywy.

Świdniczanin uwielbia też podróże. W ramach szkolnej wymiany młodzieży był już w Stanach Zjednoczonych, Anglii i Hiszpanii. W wakacje jedzie na Litwę. Marzy o zwiedzeniu Islandii i Azji, a także o ponownym wyjeździe do Ameryki.

- W liceum chciałbym wziąć udział w programie Flex, dzięki któremu mógłbym przez rok mieszkać i uczyć się w USA. Jeśli chodzi o dalszą przyszłość, to chyba wybiorę zawód związany z komputerami, bo całkiem dobrze się w tym odnajduję. A może coś związanego z astronomią albo robotyką? Tak naprawdę jeszcze nie wiem – dodaje drugoklasista, który w nagrodę za zdobyte wyróżnienie uzyskał bezpłatny dostęp do portalu indywidualni.pl. Będzie mógł z niego korzystać przez 6 miesięcy.

aw

czwartek, 03 maj 2018 11:23

Święto Konstytucji

W tym roku inaczej, bo przy kościele pw. NMP Matki Kościoła zebrali się świdniczanie, by wspólnie obchodzić 227. rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 maja.

W uroczystościach wzięły udział władze miasta i powiatu, a także delegacje, między innymi ze świdnickich instytucji, organizacji, stowarzyszeń, szkół i przedszkoli. Nie zabrakło okolicznościowych przemówień, w których nawiązywano do historii oraz obecnej sytuacji w kraju. Złożono także wiązanki przy grobie ks. J. Hryniewicza. Święto Narodowe Trzeciego Maja uświetniły występy Helicopters Brass Orchestra oraz miejskiego chóru Canto z ZSO nr 1. Po nich uczestnicy przeszli do kościoła na mszę św. w intencji ojczyzny.

środa, 02 maj 2018 13:58

Odszedł Ryszard Kasperek

W wieku 87 lat zmarł Ryszard Kasperek. Jeden z najwybitniejszych świdnickich lotników. Zwycięzca zawodów rangi mistrzostw Polski, instruktor samolotowy i śmigłowcowy.

Ryszard Kasperek urodził się 17 maja 1931 r. w Niemcach k. Lublina. Po skończeniu szkoły podstawowej uczęszczał do Gimnazjum Mechanicznego w Lublinie, a następnie do tamtejszego Liceum Mechanicznego. Brał udział w zajęciach prowadzonych przez Mieczysława Opalińskiego w Modelarni Wojewódzkiej. Pracę zawodową rozpoczął w lubelskim oddziale Ligi Lotniczej. Kolejnym etapem w jego podniebnej edukacji była Szkoła Szybowcowa w Polichnie.

W latach 1951-1954 odbywał służbę wojskową, początkowo w Technicznej Szkole Wojsk Lotniczych w Zamościu, a następnie w warszawskim pułku lotniczym. Od 1954 r. pracował w Aeroklubie Robotniczym w Świdniku. Najpierw jako szef techniczny, później pilot, a od 1963r. jako instruktor samolotowy. W WSK „PZL-Świdnik” podjął pracę na stanowisku starszego kontrolera (1961-1976). W 1977 r. uzyskał uprawnienia instruktorskie do lotów na śmigłowcach.

W lata 1976-1980 pracował głównie za granicą, jako pilot „agro”, w takich krajach, jak Libia, Egipt, Sudan, Nigeria, Kamerun i Czechosłowacja. Później również w Hiszpanii i Portugalii.

W 1996r. Ryszard Kasperek przeszedł na emeryturę, ale nie rozstał się z lotnictwem. Brał udział, jako sędzia, w najważniejszych zawodach samolotowych, zarówno w kraju, jak i za granicą. W 1998 r., w finale IV Ogólnopolskiego Konkursu na Najsympatyczniejszego Instruktora Lotniczego, został uznany przez czytelników „Skrzydlatej Polski” najlepszym instruktorem śmigłowcowym w kraju.

Ryszard Kasperek zasłynął jednak głównie w sportach lotniczych jako członek klanu Kasperków. Brat Stanisław oraz syn Janusz byli wybitnymi pilotami akrobacyjnymi.

Największe triumfy świecił w latach 60. Jego główne osiągnięcia to pięciokrotne zwycięstwa w Lubelskich Zimowych Zawodach Samolotowych w zespole z Eugeniuszem Milcarzem, srebrne i brązowe medale zawodów akrobacji zespołowej w tandemie z bratem - Stanisławem, dwa brązowe medale mistrzostw Polski w akrobacji samolotowej oraz dwa II miejsca, z Henrykiem Jaworskim i Eugeniuszem Milcarzem, w Samolotowych Mistrzostwach Polski Rajdowo-Nawigacyjnych..

W 1980 Ryszard Kasperek otrzymał tytuł Mistrza Sportu. Był członkiem Klubu Seniorów Lotnictwa w Świdniku.

czwartek, 03 maj 2018 10:03

Świdniccy laureaci i finaliści

Niedawno prezentowaliśmy laureatów i finalistów kura­toryjnych konkursów przed­miotowych z klas gimnazjal­nych. Dziś przyszedł czas na ich młodszych kolegów. W świdnickich szkołach pod­stawowych jest kilkunastu.

Dwoma laureatami może pochwalić się Szkoła Podstawowa nr 5. Tytuł ten otrzymali: Wiktoria Wiącek (op. Monika Kabza) - konkurs języka angielskiego, a także Maciej Misz­kurka (op. Wioletta Koc) - konkurs historyczny. Finalistami konkur­su matematycznego zostali Julia Wrońska i Krystian Skwarczyński (op. Piotr Błądek).

 - To sukces przede wszystkim młodzieży, która uczy się znakomicie, ale także nauczycieli oraz rodziców wspierających na co dzień swoje dzieci. Gratulujemy wszystkim i cieszymy się z tych osiągnięć. Stanowią motywację dla innych uczniów, mobilizują ich do podejmo­wania podobnych wysiłków - mówił Tomasz Szydło, dyrektor SP nr 5.

Szkoła Podstawowa nr 3 ma laure­ata z konkursu języka angielskiego. Jest nim Wiktor Gnyp (op. Ilona Chechlińska-Szewczuk). Do gro­na finalistów należą: z konkursu ortograficznego Natalia Terlecka (op. Anna Iwańska-Kuśmierz) i Julia Duda (op. Anna Iwańska-Ku­śmierz), która jest także finalistką konkursu polonistycznego.

Dyrektor SP nr 3 Marek Kwieciński oraz nauczycielki są dumni ze swoich wychowanków, bo liczba laureatów ze wszystkich konkursów świadczy o stopniu trudności kuratoryjnych olimpiad.

- Tym bardziej więc należy pogratulować naszym uczniom i ich nauczycielom sukcesu. Trzeba dodać, że Wiktor uzyskał 37 na 40 punktów, co daje mu drugą lokatę w województwie - podkreśla M. Kwieciński.

W Szkole Podstawowej nr 7 wśród finalistów znaleźli się: Stanisław Nóżka (op. Marzena Kasprzak) - konkurs matematyczny, Jeremiasz Ścirka (op. Monika Lorek) - kon­kurs z języka polskiego i Paweł Bo­rowiecki (op. Katarzyna Kondra­cka) - konkurs historyczny.

Uczniowie przyznają, że konkur­sy nie należały do najłatwiejszych. Spore zaskoczenie stanowiły orto­graficzne zmagania, ponieważ za­miast tradycyjnego dyktanda, jak to miało miejsce w latach ubiegłych, przygotowano zadania ze słowo­twórstwa czy odmiany wyrazów. W konkursie języka angielskiego, oprócz gramatyki i słownictwa, na­leżało wykazać się dużą wiedzą z zakresu kultury.

- Wyniki osiągnięte przez chłopców są potwierdzeniem dobrej pracy naszych nauczycie­li - mówi Grażyna Kwiecińska, zastępca dyrektora SP nr 7. - Zwłaszcza, że w tym roku wyjątkowo trudno było przecisnąć się do czołówki. Wszyscy trzej uczniowie mają szansę wypaść równie dobrze, jeśli nie lepiej, w przyszłorocznych zmaganiach.

Niezwykłą wiedzą wykazał się również Jakub Machnikowski. Uczeń Szkoły Podstawowej nr 4 jest jedynym ze Świdnika laureatem kuratoryjnego konkursu historycznego "Losy żołnierza i dzieje oręża polskiego". Do zmagań przygotował go Łukasz Czapla.

Laureaci otrzymają najwyższą rocz­ną ocenę klasyfikacyjną z przed­miotu, z którego brali udział w kon­kursie. Nie będą musieli również zdawać egzaminu ósmoklasisty z tego przedmiotu.

piątek, 04 maj 2018 08:08

Orszak daje nam siłę

Od 5 lat, w święto Objawienia Pańskiego, ulice naszego miasta wypełniają się barwnym, rozśpiewanym korowodem, podążającym za trzema monarchami. Również i w tym roku Świdnik dołączył do grona blisko 700 miast w Polsce i poza jej granicami, hołdujących tradycji Orszaku Trzech Króli. Jego inicjatorką i koordynatorką jest Barbara Hajkowska-Pirek.

Podobno pomysł na Orszak w Świdniku podsunął Pani najmłodszy syn…

- Tak, w 2012 roku mieliśmy jechać razem na przemarsz ulicami Lublina. Było wtedy bardzo mroźno i nie chciałam narażać małego dziecka na przeziębienie.Wtedy syn zapytał - dlaczego nie ma orszaku w Świdniku? Pomyślałam, że to pytanie nie jest pozbawione sensu. Dlaczego nie możemy mieć własnego orszaku? Wykorzystałam to, że pracuję w przedszkolu, znam dzieci, rodziców, innych nauczycieli. Zaczęłam zarażać tą ideą kolejne osoby. Spodobała się również dyrekcji przedszkola oraz ówczesnemu zastępcy burmistrza do spraw oświaty Tomaszowi Szydło. Znalazłam w Internecie adres warszawskiej fundacji Orszaku, a ta nakreśliła mi plany realizacji przedsięwzięcia. Początkowo myślałam, że będzie to skromny przemarsz przebranych dzieci. Jednak wkrótce okazało się, że wydarzenie objęło swym zasięgiem, jeśli nie całe, to na pewno większość miasta.

Jaka siła tkwi w Orszaku, skoro tak szybko zaskarbił sobie sympatię świdniczan?

- Pierwszy Orszak – spontaniczny i żywiołowy, miał duży odzew, bo była to pewnego rodzaju nowość. Ludzie byli zaintrygowani, czuli potrzebę wspólnego kolędowania i dzielenia się radością świąt. Jego największa siła napędowa, czyli dzieci reprezentujące placówki oświatowe nie zawiodły. Ale niezwykłe było też to, że przyszli dorośli, których nikt nie namawiał. Zabrali oni również swoje pociechy, by z potrzeby serca wziąć udział w tej uroczystości. Do realizacji kolejnych edycji zaprosiłam Wspólnotę Świdnicką, która ma duże doświadczenie w organizacji imprez masowych. Otrzymuję też wsparcie w mniejszej skali, ale jakże potrzebne, mojej rodziny. Ogromną rzeszę wolontariuszy pracujących przy uroczystości też wspierają rodziny, szkoły, parafie. Właśnie w tym widzę sens Orszaku, potężnej siły scalającej i umacniającej rodziny, manifestacji wiary, ale też zaproszenia do święta tych, którzy nie czują się szczególnie blisko związani z Kościołem Katolickim. Chodzi nam o to, aby podczas uroczystości zabrzmiał szerszy wydźwięk – religijny, kulturowy i jednocześnie spajający lokalną wspólnotę.

Orszakowi zawsze towarzyszą poboczne wydarzenia edukacyjne, kulturalne i charytatywne…

- Regularnie prowadzimy jakąś akcję charytatywną dla osoby, która znalazła się w trudnym momencie życia i potrzebuje wsparcia finansowego. Zbieraliśmy już pieniądze dla Jasia Karwowskiego, dla rodziny państwa Cieślaków, Pawełka Łagowskiego. Zawsze spotykamy się z odzewem społeczeństwa. Zbiórkami zajmuje się Szkolne Koło Caritas, przy SP nr 5. Organizujemy też w ramach Orszaku konkursy, na przykład plastyczne, promujące wartości kultury narodowej i chrześcijańskiej.

Pamięta Pani jakiś Orszak szczególnie trudny pod względem organizacyjnym?

- Każdy jest na swój sposób trudny. Zawsze stoimy przed wieloma pytaniami, dużo wcześniej analizujemy prognozy pogody. Na pewno trudny był ubiegłoroczny, kiedy temperatura spadła do – 20 stopni Celsjusza. Baliśmy się, że sprzęt nagłaśniający odmówi posłuszeństwa, co miałoby katastrofalne skutki dla przebiegu wydarzenia. Nie wiedzieliśmy też czy ze względu na niską temperaturę dopisze frekwencja. Była trochę mniejsza niż zwykle, ale udało się wszystko spiąć i orszak szczęśliwie ruszył.

Jednak w tym roku frekwencja wyjątkowo zaskoczyła organizatorów…

- Po raz pierwszy przygotowaliśmy pamiątkowe, drewniane obrazki dla dzieci, w formie ikon oraz pierniczki. Ze wstępnych obliczeń wyszło nam, że upominki dostaną nawet najmłodsi, którzy nie reprezentowali placówek oświatowych. Przybyło jednak tak dużo osób, że nawet pierniczki, a było ich około 300, natychmiast znikły. Podczas gali podsumowującej akcję podeszła jedna z mam i podzieliła się spostrzeżeniem, że niektóre dzieci płakały zawiedzione, bo nic nie dostały. Zrobiło się nam głupio. Chcąc zatuszować gafę, zamówiliśmy gadżety i rozdaliśmy, tym którzy wcześniej nie mieli szczęścia. Jak widać, frekwencja stale rośnie i chyba nie jesteśmy w stanie przewidzieć, ile dokładnie osób zechce uczestniczyć w nadchodzącym wydarzeniu.

Nie boi się Pani, że Orszak kiedyś spowszednieje?

- Istnieje takie zagrożenie, dlatego staramy się nie układać programu w sposób sztampowy. Co roku maszerującym przyświeca inne hasło, rozgrywamy odmienne scenki. Ostatnio dodaliśmy nową atrakcję - wypuszczanie balonów do nieba, zaś królowie, zamiast na koniach, ruszyli w drogę dorożką. Nie było też przemarszu uczestników z trzech parafii. Bardzo dużych zmian nie wprowadzimy, bo infrastruktura miasta na to nie pozwala. Nie stać nas, na przykład, na ustawienie sceny za 10 tys. zł. Wykorzystujemy więc to, co mamy: dachy, schody, podwyższenia. Liczymy też na inspiracje wolontariuszy i uczestników orszaku.

Nie jest Pani rodowitą świdniczanką?

- Moja przygoda ze Świdnikiem zaczęła się w 2000 roku. Mój mąż miał tu mieszkanie, więc wyprowadziliśmy się z Lublina. Gdy urodził się nasz pierwszy syn, poczułam, że jesteśmy w domu. Poznałam tu wielu wspaniałych ludzi, nawiązałam przyjaźnie. Jest tu świetna infrastruktura. Wszystko, co potrzebne do życia jest w zasięgu ręki. Mamy poczucie bezpieczeństwa, a społeczność lokalna jest na tyle mocna, że udają się takie przedsięwzięcia jak Orszak. W Świdniku znalazłam satysfakcjonującą pracę. Jestem dyplomowanym nauczycielem w Przedszkolu nr 4, gdzie prowadzę zajęcia w grupie Montessori.

Jak Pani wypoczywa w czasie wolnym od pracy?

- Najchętniej z rodziną. Mąż uwielbia chodzić po Tatrach. Odkąd jesteśmy razem, jeździmy tam przynajmniej raz w roku. Odkrywamy też powoli przepiękne Karkonosze. W wolnych chwilach czytam polskie kryminały, na przykład autorstwa Zygmunta Miłoszewskiego.

Zdradzi nam Pani swoje najbliższe plany i marzenia?

- Chciałabym, aby Orszak nabierał coraz większego rozmachu i angażował kolejne środowiska. Może zabrzmi to egoistycznie, ale życzyłabym sobie, by ten religijny happening dawał moim własnym dzieciom możliwość ciągłego pogłębiania wiary. Chciałabym być z nich dumna i przekonana, że w przyszłości staną się szczęśliwymi, szlachetnymi, godnymi zaufania ludźmi.

Sławomir Socha

niedziela, 06 maj 2018 09:10

Świat należy do marzycieli…

…mówi Monika Kowalczyk. Patrząc na to, jak potoczyło się jej życie, można śmiało przyznać temu stwierdzeniu rację. Dwudziestoczterolatka zawsze chciała być piosenkarką i aktorką. Pierwsze kroki w artystycznym świecie stawiała na przedszkolnej scenie. Dziś ma na swoim koncie występy na dużych muzycznych festiwalach, pierwszy album, a nawet Dziecięcy Chór Gospel, z którym dzieli się doświadczeniem. I choć wydawałoby się, że miłość do muzyki zdominowała jej życie, Monika wciąż marzy.

- Twoja przygoda z muzyką zaczęła się od przedszkolnych występów.

- Od zawsze mi towarzyszyła. Uwielbiałam jej słuchać, tańczyć, śpiewać. Osoby, które stanęły na mojej drodze, zauważyły, że mam predyspozycje do śpiewania - i tak się zaczęło. Myślę, że słuchanie dobrej muzyki pogłębia wrażliwość człowieka. Na scenie, już od pierwszych występów, czułam się jak ryba w wodzie. Do dziś, przed graniem czy śpiewaniem bardzo się denerwuję. Jednak po wejściu na scenę trema momentalnie opada. Ktoś kiedyś nazwał mnie żartobliwie „zwierzęciem scenicznym”. Może coś w tym jest.

- Swoje umiejętności szlifowałaś w Świdnickim Ognisku Muzycznym. Jednak gitara, która dziś towarzyszy Ci podczas koncertów, nie była Twoim pierwszym instrumentem.

- Pierwszy był keyboard, czyli potocznie mówiąc „klawisze”. Dzisiaj, niestety, niewiele z tego pamiętam, ale lekcje z panem Dariuszem Szymurą z pewnością dały mi podstawy wiedzy muzycznej. Chcę powrócić do grania na instrumentach klawiszowych. Moim marzeniem jest akompaniowanie sobie również na pianinie lub fortepianie.

- Marzyłaś o tym, że zostaniesz piosenkarką?

- Chciałam zostać piosenkarką i aktorką. Kiedyś także projektantką mody, choć później mi to przeszło. Czasami zmieniałam plany, ale tylko na krótko. Jeśli chodzi o marzenia związane z przyszłym zawodem, to raczej byłam wierna tym artystycznym zamierzeniom. Nawet w filmie, który nakręcono w naszej szkole z okazji Pierwszej Komunii Świętej, na pytanie o wymarzony zawód odpowiedziałam - „W przyszłości
chciałabym zostać piosenkarką.”

- Kiedy w twoim życiu pojawił się teatr? Ciężko było połączyć obie pasje?

- W trzeciej klasie szkoły podstawowej. Muzyka i teatr łączą się ze sobą w wielu elementach. Fakt, czasami dwa występy wypadają tego samego dnia i trzeba wybierać. Te pasje raczej się dopełniają i pokazują razem szersze perspektywy działania, niż robiłyby to „w pojedynkę”.

- Co dały Ci występy na scenie i te wszystkie doświadczenia? Czego się nauczyłaś?

- Występy i różnorodne artystyczne wydarzenia zbudowały ogromną część mojego doświadczenia. Przede wszystkim współtworzą mnie - to, kim jestem, mój charakter i wspomnienia. Pomogły przystosować się do stresujących sytuacji, rozwinąć kreatywność, otwartość, pewność siebie, wzbogacić moją wiedzę o kulturze i ulepszyć umiejętność organizacji. Dzięki nim poznałam wielu wspaniałych ludzi, którzy mają podobne zainteresowania i plany, jak ja. Poza tym, zwiedziłam również porządny kawał Polski. Myślę, że nigdzie indziej nie nauczyłabym się tyle i nie doświadczyłabym takiego bogactwa uczuć i przeżyć. Bez tego moje życie byłoby bardzo ubogie.

- Jesteś nie tylko wokalistką i aktorką. Swoją wiedzą dzielisz się też z młodszymi. Skąd pomysł na Dziecięcy Chór Gospel?

- Przez krótki czas sama byłam członkinią Świdnik Gospel Choir działającego w Miejskim Ośrodku Kultury. Dwa lata temu dyrektor ośrodka zwrócił się do mnie z propozycją poprowadzenia grupy dziecięcej, którą założył Grzegorz Głuch. Miałam już w pewnym sensie doświadczenie w prowadzeniu zajęć, ponieważ od kilku lat współprowadziłam Scholę „Boża Radość” przy parafii pw. Chrystusa Odkupiciela.

- Jak pracuje Ci się z tak młodą grupą? W końcu różnica wieku między wami jest niewielka.

- Jednak da się odczuć różnicę pokoleniową - w świecie zdominowanym przez technikę zmiany zachodzą jeszcze szybciej. Praca z dziećmi jest nieustannym uczeniem się czegoś nowego. Czasami bywa zabawnie, innym razem wzruszająco. Są świetne, otwarte i ciekawe świata. Oczywiście, czasami też trzeba zapanować nad ich nadmierną energią. Dzieci są bardzo utalentowane i kreatywne, każde z nich jest inne. To bardzo ciekawe zadanie, choć nie ukrywam, że czasami wymagające.

- Czego chcesz ich nauczyć?

- Przede wszystkim staram się pomóc rozwinąć ich kreatywność i otwartość - nie tylko sceniczną i muzyczną, ale otwartość życiową na marzenia, innych ludzi, bycie sobą. Ćwiczymy śpiewanie zespołowe i solowe. Mam nadzieję, że pomaga im to stać się bardziej odważnymi i pewnymi siebie. Chciałabym, aby w miarę dorastania nie tracili swobody działania artystycznego i szczerej radości, którą, niestety, nieraz trudno jest znaleźć u dorosłej osoby. Chcę, aby czuli się jednością i działali razem dla wspólnego dobra. Przekazuję też podstawowe informacje dotyczące zasad poprawnego śpiewania czy zachowywania się na scenie.

- Rok temu wydałaś też swój debiutancki album pt. „Piosenki”. Pracujesz nad kolejnym?

- Obecnie chcę skupić się na graniu z zespołem, na koncertowaniu z grupą zaufanych osób, tak, aby utwory nabrały nowych brzmień. Dopiero, kiedy dobrze będzie nam się razem grało, pomyślimy nad nagraniem drugiej płyty, która, marzę o tym, byłaby już płytą długogrającą. Niemniej jednak planuję, żeby nowe piosenki czy wykonania stopniowo pojawiały się w mediach społecznościowych.

- Teatr chyba powoli odchodzi w zapomnienie i skupiasz się głównie na muzyce. Ostatnio, na przykład wzięłaś udział w eliminacjach do Jarocińskich Rytmów Młodych. Ale to chyba twoje nie jedyne zamierzenia na przyszłość...

- W najbliższych planach jest finał Festiwalu im. Andrzeja Zauchy w Bydgoszczy, a także premiera najnowszego spektaklu Teatru „Puk - Puk”, w którym gram. Tak więc - teatr nie odchodzi w zapomnienie. Gram także w spektaklach dla dzieci Teatru „Kto Tam?”, z którym prowadzimy warsztaty w szkołach i przedszkolach. Jest trochę marzeń do spełnienia, stare są zastępowane nowymi, może coraz śmielszymi... ale świat należy do marzycieli. Co jakiś czas zdarzają się momenty, przez które zaczynam wątpić w to stwierdzenie. Później jednak przychodzą lepsze, a wtedy utwierdzam się w przekonaniu, że warto marzyć.

Agata Flisiak

sobota, 05 maj 2018 09:54

Zaczęło się na Roztoczu

Bogusław Kocira pochodzi z Zamojszczyzny, z okolic Tyszowiec. Do Świdnika trafił w 1990 roku, po studiach na Akademii Rolniczej. Tu się ożenił i rozpoczął działalność gospodarczą. W 2008 roku zakładał klub rowerowy Alfa, przez który przewinęły się setki miłośników kolarstwa. Z zawodu jest informatykiem. Obsługuje oprogramowanie do prowadzenia rachunkowości. Ma pod opieką kilkadziesiąt firm z terenu Lubelszczyzny. Jak mówi, pęd technologiczny i ustawodawcy, wprowadzający ciągłe zmiany w przepisach, pozwalają z tego żyć.

- Świdnik dawał chłopakowi ze wsi sporo możliwości. W porównaniu z Lublinem można się tu było łatwiej i wygodniej urządzić, bez odczuwania przytłaczającej atmosfery wielkiego miasta. Z jednego końca na drugi można było przejść na piechotę w pół godziny, a ja zawsze czułem niechęć do komunikacji miejskiej. Jak jest do załatwienia większa sprawa, do centrum Lublina mamy bliżej niż z niejednej dzielnicy tego miasta. Chociaż przyznam, że kiedy przyjechałem tu pierwszy raz i wyszedłem na zakupy, to i w Świdniku się zgubiłem…

- Skąd wzięło się zainteresowanie rowerem?

- Miałem je od zawsze. Już jako maluch jeździłem rowerem do szkoły, a w Dzień Dziecka uczestniczyłem w wyścigach organizowanych przez wuefistę. I tak powoli rower wszedł mi w krew.

- Jest Pan współzałożycielem klubu Alfa. Czy nie łatwiej i przyjemniej jest jeździć samotnie lub w gronie rodziny czy też przyjaciół, niż brać na głowę całą grupę ludzi? Nawet jeśli będą zbiorowiskiem aniołów, to i tak znajdzie się powód do konfliktu.

- Pomysł klubu powstał, żeby robić coś nie tylko dla siebie. Nie żałuję tego. Pomimo znacznej rotacji osobowej jego trzon ciągle stanowi ok. 10 członków, którzy zakładali klub lub przystąpili do niego w pierwszych latach ...

- Pilnujecie „czystości składu” zespołu?

- Absolutnie nie. Na wyjazd może zapisać się każdy. I tak, na przykład, na wiosenne topienie Marzanny, wybrało się z nami kilkanaście osób niezrzeszonych. Bardzo mnie ucieszyło, że nasze wyjazdy przyciągają nowych sympatyków zorganizowanych wycieczek i rajdów. Niektórzy z nich zostają klubowiczami. Oficjalnie do Alfy należy ponad 30 członków.

- Nie słychać o tym, byście mieli ambicje sportowe. Raczej nastawiacie się na rekreację.

- Ale aspiracje są. W Świdniku nie ma tradycji wyczynowego uprawiania kolarstwa, z czym wiąże się brak wychowawców, trenerów oraz infrastruktury do treningów. Bliskość Lublina i duży ruch na drogach, nawet lokalnych, zwiększa niebezpieczeństwo treningu. Niebagatelne są też koszty – średniej klasy rower do ścigania to nierzadko wydatek kilkunastu tysięcy złotych. Z tego względu łatwiej trenować, na przykład, bieganie lub nordic walking.

- Nie jesteście jedynym klubem rowerowym w mieście. Jak żyjecie z konkurencją?

- Powiedziałbym, że się uzupełniamy. My bardziej zajmujemy się rekreacją, promocją zdrowego trybu życia, namawiamy do wyjazdu za miasto, gdzie nie jest istotne, czy jest tam ścieżka rowerowa, czy nie. Przy okazji uczymy młodych rowerzystów uczestnictwa w normalnym ruchu drogowym i z czasem nie sprawia im to już problemu. Może nie będzie szczególnie popularne co powiem, ale nie jestem za tym, by w każdym miejscu powstawały ścieżki rowerowe, ponieważ jest to przesadne i nawet niebezpieczne. Nagle ta ścieżka gdzieś się kończy i spotyka się dwóch uczestników ruchu, z których żaden nie wie, jak się zachować.

- Znam kierowców, którzy z powodu nagromadzenia różnych traktów: samochodowych, pieszych i rowerowych, natłoku informacji, sygnalizacji, przejść i przejazdów, unikają wjazdu do ścisłego centrum Świdnika.

- Miałem kiedyś taki pomysł, żeby wyznaczyć szerokie centrum miasta, poważnie ograniczyć w nim prędkość poruszania się i puścić wszystkich razem. Uczyłoby to ostrożności, uwagi i szacunku dla innych uczestników ruchu. A czy przejedziesz przez to centrum w 4 czy w 3,5 minuty, różnica jest chyba niewielka. Oczywiście była to tylko ogólna idea, a nie skonkretyzowany zamysł.

- Czyli nie jest Pan rowerowym szowinistą.

- Po Świdniku najbardziej lubię poruszać się pieszo. Kiedy wyruszam w drogę kolarzówką, muszę szukać trasy, gdzie nie ma ścieżki rowerowej, bo tego typu rowerem po ścieżce słabo się jedzie. Kiedy wybiorę się samochodem, wiadomo – korki, światła… A pieszo zawsze znajdę jakąś drogę na skróty.

- Czy któraś z wycieczek szczególnie utkwiła Panu w pamięci?

- Najbardziej te pionierskie, z początków Alfy, czyli, na przykład, wycieczka sprzed 10 laty na Roztocze, od której zaczęła się historia klubu. Później był wyjazd w Bieszczady, gdzie nikt nie wiedział, co nas czeka. No i przede wszystkim rajd do Gdańska, z okazji rocznicy powstania „Solidarności”, który dzięki pomocy samorządów i władz związku udał się bardzo dobrze. Poza tym objechaliśmy dookoła, wzdłuż granic, praktycznie całą Polskę. W zasadzie w tym roku zamykamy pętlę rajdem wzdłuż zachodniej granicy. A prywatnie, na zawsze w pamięci pozostanie mi ubiegłoroczna pielgrzymka do Rzymu.

- Jakie macie plany na przyszłość?

- Zastanawiamy się, w którą stronę pójdziemy. Myślimy o wyjazdach za granicę. Wiele osób ma jakieś prywatne związane z tym doświadczenia, ale w grupie jeszcze nie jeździliśmy. Marzy mi się rajd Szlakiem św. Jakuba, którego, dzięki Michałowi Piotrowiczowi, zastępcy burmistrza i zapalonemu rowerzyście, polski odcinek już przymierzyliśmy. Jednak trasa do samego Santiago de Compostella zajęłaby nam miesiąc, to chyba za długo, jak na jednorazowy wyjazd. No i wraca idea współzawodnictwa. Jeżeli znajdzie się wychowawca lub trener, rozpoczniemy zajęcia głównie dla młodszych. Oczywiście będziemy kontynuować rajdy dla mieszkańców Świdnika „O błękitną koszulkę serca”, „Na rowerowym szlaku” i pielgrzymkowe do Wąwolnicy.

- Zgłaszacie również inicjatywy, które wykraczają poza sferę aktywności rekreacyjnej.

- Jedną z nich było miasteczko ruchu drogowego, które w ramach Budżetu Obywatelskiego powstało przy Szkole Podstawowej nr 5. Mam też pomysł na niewielki tor dla dzieciaków, tak zwany pumptrack, ale najpierw musimy znaleźć miejsce i pieniądze.

- Ma Pan już trochę doświadczenia w pracy społecznej, organizacyjnej, kontaktach z ludźmi. Nie zastanawiał się Pan nad tym, żeby wykorzystać to, na przykład, w działalności w samorządzie?

- Od pewnego czasu chodzi mi to po głowie, ale nie podjąłem na razie konkretnych kroków. Jest kilka spraw, którymi mógłbym się zająć. Pewne rzeczy muszę rozważyć, przekalkulować, ale w przyszłości, kto wie…

środa, 02 maj 2018 08:46

Zmarła Wanda Wiłkomirska

Wczoraj zmarła Wanda Wiłkomirska, światowej sławy skrzypaczka i honorowa obywatelka miasta Świdnik. Miała 89 lat.

Wanda Wiłkomirska urodziła się 11 stycznia 1929 roku w Warszawie, w rodzinie znanych muzyków. Zaczęła grać na skrzypcach w wieku pięciu lat. Po raz pierwszy wystąpiła publicznie mając 7 lat. Uczyła się u najwybitniejszych polskich pedagogów skrzypiec. W 1947 ukończyła studia w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej, w Łodzi, w klasie skrzypiec Ireny Dubiskiej, a w 1949 - u Ede Zathureczky’ego w Akademii im. Ferenca Liszta w Budapeszcie.

Była laureatką wielu międzynarodowych konkursów. Koncertowała na pięciu kontynentach, dając recitale i grając z czołowymi orkiestrami, pod batutą takich mistrzów jak Otto Klemperer, Leonard Bernstein, Carlo Maria Giulini, John Barbirolli, Kurt Masur, Wolfgang Sawallisch, Zubin Mehta. Wanda Wiłkomirska przez 22 lata była solistką Filharmonii Narodowej w Warszawie, towarzysząc orkiestrze w jej podróżach. Brała udział, między innymi w inauguracji, odbudowanej po wojnie, Filharmonii Narodowej w Warszawie, otwarciu Barbican Hall w Londynie. Wystąpiła także na pierwszym koncercie orkiestry Sydney Symphony w Operze w Sydney.

Nagrywała dla EMI, Deutsche Grammophon, Polskich Nagrań, Philipsa, Hungarotonu i innych wytwórni płytowych. Za muzyczną działalność otrzymała wiele medali, nagród i wyróżnień, z których najbliższa jej sercu jest nagroda za propagowanie muzyki Karola Szymanowskiego w świecie.

W 2012 roku otrzymała tytuł Honorowego Obywatela Miasta Świdnika.

- Jestem bardzo dumna z tego tytułu. Dziękuję za niego i obiecuję, że zrobię wszystko, by nie splamić honoru Świdnika. Żyjecie państwo w pięknym i czystym miejscu, które ciągle się rozwija i ma przed sobą wspaniałą przyszłość. Postaram się odwiedzać je jak najczęściej - mówiła podczas pobytu w lotniczym mieście.

Rodzina Wiłkomirskich patronuje Państwowej Szkole Muzycznej w Świdniku.

www.historia.swidnik.net

Strona 4 z 302