Joanna Pąk 2017 - Świdnik - wysokich lotów

Ten album nie zawiera żadnych elementów

Joanna Pąk 2017

22 grudnia 2017 r.

Świdnicka Grupa Teatralna -„Teatr drogi” i jej „Świąteczne impresje”

Kocham spektakle, nie robię z tego tajemnicy, bo nie ma się czego wstydzić. Odkąd w naszym mieście zaczęła istnieć Świdnicka Grupa Teatralna - „Teatr drogi”, dzięki uprzejmości młodych ludzi chętnych do pomocy mogłam zobaczyć już kilka sztuk. Skupię się na tej ostatniej (wystawionej 18 grudnia w Sali kameralnej MOK), ponieważ jej temat łączył się z obecnie przeżywanym przedświątecznym okresem.

„Świąteczne impresje”

Sztuka „Świąteczne impresje” to zlepek krótkich scenek ż życia ludzi z różnych warstw społecznych. Tematem przewodnim są różne postawy osób wobec nadchodzących świąt Bożego Narodzenia. Począwszy od tych lekceważących tradycję ubieranie choinki, aż po duchowe refleksje, przemyślenia tematów duchowych, spotkania się przy jednym stole nie tylko w gronie rodziny.

Spektakl robił wrażenie autentyczności przedstawianych scen. Wyraz twarzy aktorów emanował prozą życia, przenosił na widza emocje i reakcje, które sprawiały, że oglądający stawali się uczestnikami przedstawianych scenek. Taka gra świadczy o talencie aktorów oraz o dobrym przygotowaniu całości spektaklu przez reżysera.

Amatorzy jak profesjonaliści

Świdnicka Grupa Teatralna - „Teatr drogi” działa przy Świdnickim Miejskim Ośrodku Kultury już drugi rok. Aktorami są amatorzy, osoby z wielu środowisk, parające się różnymi zawodami. Łączy ich jeden wspólny mianownik: pasja przez duże P. Artyzm, jaki przejawiają w swojej grze na scenie nie odbiega od kunsztu profesjonalnych aktorów pracujących na dużych scenach wielkich teatrów. Z pewnością jest to ogromna zasługa Anety Stodulskiej - Sowa, która czuwa nad każdym aspektem sztuki. To od reżysera aktorzy uczą się profesjonalnej gry, dbają o każdy szczegół, aby dotrzeć do widza, dać mu chwilę na refleksję, uśmiech, a nawet na zapomnienie o troskach dnia codziennego. Czekając na kolejne spektakle „Teatru drogi” życzę, aby Melpomena była dla nich łaskawa i prowadziła naszych aktorów na deski wielkich teatrów, oczywiście gościnnie…


19 grudnia 2017 r.

Zielone drzewko

Choinka bożonarodzeniowa wpisała się w polską tradycję, mimo że przyszła do nas w XIX w. z Alzacji. Świerkowe drzewko ozdobione papierowymi ozdobami było symbolem trwania i płodności. Symbolizowało także rajskie drzewo poznania dobra i zła, pod którym zgrzeszyli pierwsi rodzice. Dzisiaj nikt nie wyobraża sobie świąt Bożego Narodzenia bez pięknie ubranej choinki.

Zapach igliwia

Już na początku grudnia zauważamy zainteresowanie choinkami. Nie tylko tymi sztucznymi, ale także żywymi, pachnącymi lasem, igliwiem i… dzieciństwem. W latach 70-80-tych ubiegłego stulecia moda na sztuczne drzewka zdawała się wypierać żywe drzewka. Teraz na szczęście obserwujemy powrót do natury i zainteresowanie pachnącymi choinkami przeżywa swój renesans.

Sprzedający oferują szeroki wybór drzewek. Ceny uzależnione są od gatunku, wielkości choinki oraz czy rośnie ona w doniczce, czy jest gotowa do obsadzenia w stojak. Niestety wybór jest trudny, ponieważ nawet te doniczkowe mogą okazać się oszukane. Wszystko zależy od uczciwości handlujących.

Dwa dni radości

Było to parę lat temu na dwa dni przed wigilią. Ktoś doradził mojej znajomej, aby kupiła sobie choinkę w doniczce. Argument? Dłużej będzie stała, a na wiosnę można przecież postawić świerk na balkonie, a w grudniu znów może pełnić zaszczytną rolę bożonarodzeniowego drzewka ozdobionego w piękne świecidełka. Rada była bardzo ekonomiczna więc szybko została zrealizowana. Znajoma wybrała tę najpiękniejszą, w końcu miała służyć przez wiele lat i cieszyć oczy niejednego gościa. Donica też była solidna, gliniana, malowana w ludowe wzory. Nastał dzień wigilii. Ubrana choinka prezentowała się pięknie. Niestety już na drugi dzień zaczęło z niej opadać igliwie. Nie doczekała nawet Nowego Roku. Zrozpaczona pani domu zastanawiała się, co zrobiła nie tak w hodowli choinki. Sumienie nie wyrzucało jej popełnianych błędów. Postanowiła w końcu rozstać się z suchym drzewkiem. Żal jej było wyrzucać na śmietnik kolorowej doniczki. Wyjęła więc suchy pień drzewka i oniemiała z wrażenia. Choinka, która miała rosnąć przez wiele lat nie miała korzeni. Moja znajoma zrozumiała, że padła ofiarą oszustwa. Za późno było na jakąkolwiek interwencję, reklamację.

Wniosek z podanego przykładu jest taki jak w przysłowiu: „nie kupujmy kota w worku”. Doniczkowe choinki powinny mieć w donicy otwory, przez które są widoczne korzenie drzewka. I taki świerk możemy kupić. Korzenie są przecież podstawą do życia i wzrostu wszystkich roślin.


8 grudnia 2017 r.

Mikołajki

6 grudnia to dzień najbardziej wyczekiwany przez dzieci. Piszą listy do Św. Mikołaja, przygotowują dla niego różne smakołyki, aby nie odszedł od nich głodny w tą grudniową zimną noc. Miło na to patrzeć z boku. Takie przygotowania niejednemu z nas przywołują na pamięć obrazy z naszego dzieciństwa.

Jedna taka noc

„Nie każdej nocy święci przychodzą z nieba” - takie stwierdzenie usłyszałam z ust znajomego chłopca. To prawda, pomyślałam i przed oczami jak w filmie przesunęły się kadry mojego dzieciństwa. A było to tak…

W wigilię imienin dobrotliwego świętego, czuło się w domu podekscytowanie nie tylko wśród dzieci, ale i ich rodziców. Wszyscy czekali na wieczorną wizytę Gościa z nieba. Dzieci z pewną obawą, że zamiast prezentu dostaną rózgę, a dorośli z niepokojem, czy wszystko przebiegnie zgodnie z planem. Od wczesnego popołudnia zaczynały się tajemnicze szepty dorosłych, wymykanie się do sąsiadów, taskanie pod pachą rzeczy tylko im wiadomym. Dzieci niby zajęte zabawą bacznie obserwowały ten ruch, ale nie widziały w tym nic podejrzanego, bo przecież trzeba poczynić było przygotowania na tą niecodzienną wizytę.

Jeden taki wieczór

Wreszcie nastawał wieczór. Głośne pukanie do drzwi pobudzało dziecięcą wyobraźnię. Tak, to był ON Święty Mikołaj. Ubrany w strój biskupa dźwigał na plecach wór prezentów. I choć niejednemu dziecku zadrżało ze strachu małe serduszko, a usta przybrały kształt podkówki wszystkie wyciągały ręce po wymarzone prezenty. Teraz dopiero - jako dorosła osoba - przypominam sobie radość w ich oczach. Zdarzało się, że dorastające nastolatki wątpili w przebraną postać św. Mikołaja, jednak możliwość otrzymania upragnionego upominku zamykała im usta i dlatego nie było uświadamiania młodszych dzieci z sąsiedztwa. Dorośli też otrzymywali prezenty. Miły to był wieczór, którego czas nie wytarł z pamięci.

Dzisiejsi „święci”

Obecnie również z nie mniejszą niż w ubiegłych latach niecierpliwością dzieci oczekują Świętego Mikołaja. Oczekują go z ciasteczkami i szklanką mleka. Trochę to przykre, że już ta postać przeszła metamorfozę, gdyż nie jest to dostojny biskup lecz przerośnięty krasnal w czerwonym kubraczku. Tylko w kręgach kościelnych dzieci oczekują na świętego przychodzącego wprost z nieba, a nie z dalekiej Laponii. Jest to efekt dawnej sekularyzacji naszego Kraju. Jednak najważniejsze jest w tym dniu czynić dobro niezależnie od tego kto zapuka do naszych najmłodszych: czerwony krasnal z zaprzęgiem reniferów czy zdrożony biskup podpierający się pastorałem.


5 grudnia 2017 r.

Ten czas…

Grudzień nawet mroźny i śnieżny jest najcieplejszym miesiącem w roku. W ten szczególny czas otwierają się serca, by obdarowanym prezentem przedłużyć dzieciom pamięć o Świętym Mikołaju i złotopiórym Aniołku. Nie tylko najmłodsi oczekują zielonej choinki i tej przedświątecznej krzątaniny, która w wigilijny wieczór uwieńczona zostanie ciepłym słowem, gestem i miłością podaną w białym opłatku. Czy tak jest w każdej rodzinie?

Jeden dzień w roku

Byli mieszkańcami naszego miasta. Rodzina szczęśliwa, bo pełna. Każde święta spędzali razem. Z biegiem lat córki założyły swoje rodziny, jednak na Wigilię zawsze wracały do rodzinnego gniazda. Było gwarnie, a wesoły śmiech wnucząt, wypatrujących pierwszej gwiazdki rozlegał się dookoła.

Parę lat później właśnie w wigilijny wieczór nieubłagana śmierć zabrała ojca rodziny. Od tego czasu matka w każdą rocznicę zamykała drzwi swojego mieszkania. Chciała ten wyjątkowy wieczór spędzać zanurzona we wspomnieniach o mężu, na modlitwie za jego duszę. Przy zapalonej świecy przed portretem męża płynęły z ust żony ciche modlitwy. Brała w ręce kawałek opłatka i dzieliła się nim z niewidzialnym lecz ciągle obecnym w jej sercu ukochanym. W Boże Narodzenie szła do dzieci i wracał już normalny rytm świętowania przy wspólnym stole.

Dzieci rozumiały wigilijną potrzebę samotności matki, ale sąsiedzi uważały jej alienację za egoizm. Uważam, że robiąc coś z potrzeby serca żaden czyn nie powinien być poddawany krytyce.

Święta poza domem

W obecnych czasach coraz więcej osób wybiera formę spędzania świąt poza domem. Wynika to z potrzeby zmiany otoczenia, uniknięcia przemęczenia związanego z przygotowaniem świątecznych potraw. Czasami uciekamy tym sposobem od bolesnych wspomnień… czymkolwiek się kierujemy pamiętajmy, aby w ten dzień nikt nie był samotny wbrew własnej woli.


23 listopada 2017 r.

Warto pomagać?

W dzisiejszych czasach pomaganie innym jest na topie. A może było tak zawsze tylko po prostu nikt tego nie nagłaśniał w mediach. Istnieją stowarzyszenia, fundacje, hospicja które potrzebują dyspozycyjnych wolontariuszy. Jednak co stanie się, gdy zachoruje wolontariusz? Czy może liczyć na pomoc tych, którym pomagał? Zapewne nie, ponieważ oni nadal potrzebują wsparcia. Jednak myślę, że jeśli jest grupa wspierających to tak samo powinna pomóc wolontariuszowi, z którym dotychczas współpracowała. Nic bardziej mylnego…

Trudne życie małego dziecka

Od początku życie Piotra było pogmatwane. Matka odeszła, ojciec topił troski w alkoholu… kompanem do kieliszka był jego brat. Ciągłe awantury ojca ze stryjem nie wpływały korzystnie na rozwój psychiczny małego porzuconego dziecka. Nauka też nie przychodziła mu łatwo, wzrastając w tej burzliwej atmosferze. Prawną opiekę nad Piotrem sprawowali dziadkowie oraz… kurator. Dorósł. On jeden z kilkanaściorga rodzeństwa ma być alkoholikiem. Wiedział, jakie spustoszenie w rodzinie czyni wódka i dlatego stronił od budek z piwem. Rzucił się w wir pomocy słabszym, ubogim. Wracał do domu na ciepły obiad ugotowany przez babcię. Niestety, długo nie cieszył się tym jedynym kochającym go sercem. Babcia zmarła, a Piotr przez wiele lat opiekował się dziadkiem chorującym na Alzhaimera. W tym czasie nie zrezygnował z funkcji wolontariusza. Dzielił swoje domowe obowiązki z pomocą chorym i niepełnosprawnym. odbywał też liczne szkolenia i staże. Był nagradzany za prace społeczne, za sumienność w powierzonych mu zadaniach. Medale wiszą do dziś na ścianie… na ścianie jego pustego domu. Piotr został sam dosłownie sam.

„Krzyk” Piotra

Wołanie o pomoc przeczytałam na jednym z komunikatorów. Był to krzyk… Piotra! Tego dzielnego Piotra, który do tej pory był dyspozycyjny dla wszystkich proszących o pomoc. Teraz on jej potrzebuje i prosi o obecność przy nim, zwykłe pogadanie, zjedzenie wspólnego obiadu czy pójście z nim do lekarza. Mur się kruszy, a co mówić o psychice człowieka, który tyle wycierpiał? Niestety, pod jego postem nie od razu pojawiły się komentarze z ofertami pomocy. Te jego posty pojawiały się parę razy zanim… zanim ktoś napisał: „Pomógł bym, gdybym mieszkał bliżej”. Dalsze posty ograniczały się do wysyłania infantylnych serduszek i misiaczków. Nawet otwarte drzwi jego mieszkania dały nic do myślenia sąsiadom, że obok za ścianą coś się dzieje. W tej sytuacji zadaję sobie pytanie, gdzie są koledzy i koleżanki Piotra, z którymi on chodził, aby innym nieść pomoc i serce?


10 listopada 2017 r.

Rozwijanie patriotyzmu

Patriotyzm powinien być rozbudzany w sercach dzieci już od najmłodszych lat. Dom rodzinny jest najlepszą szkołą społecznego wychowania. Niestety nie wszędzie tak jest. Ustawowo wolny od pracy dzień wykorzystuje się na odpoczynek w domowych pieleszach, mimo że w miastach organizowane są Wieczornice zachęcające do wspólnego świętowania. Cieszy jednak fakt, że nie wszyscy wybierają bierną formę wypoczynku. Dzieci nauczone patriotyzmu przykładem rodziców będą nadzieją naszej Niepodległej.

Pragnienie świętowania

Wracając myślami do lat studenckich bardzo miło wspominam Święta Niepodległości Polski. Na naszej uczelni (KUL) odbywały się wtedy akademie, Wieczornice Patriotyczne. Oprócz tych podniosłych uroczystości z udziałem Władz i profesorów my studenci naszej Alma Mater zbieraliśmy się w akademiku lub na stancjach, aby indywidualnie uczcić Dzień Niepodległości Polski. Czuliśmy niedosyt tego, co prezentowane było podczas oficjalnych obchodów. Chcieliśmy przeżywać to na swój indywidualny sposób. Każdy przychodzący uczestnik przynosił fragment tekstu mówiącego o walce narodu polskiego, walce o suwerenność naszego Kraju. Literatura przeplatana była piosenkami z danego okresu. Był to naprawdę przejmujący wieczór słowno – muzyczny. Studenci byli z kilku Wydziałów, jednak prym wokalny i instrumentalny wiedli oczywiście żacy z muzykologii. Swoim pięknym głosem śpiewali: „Rotę”, „Pieśń Konfederatów Barskich” czy „Rozkwitały pąki białych róż” i wiele innych utworów opiewających walkę o niepodległość Rzeczpospolitej. Była to swoista lekcja historii i patriotyzmu wychodząca z naszych pragnień. Nikt nam nie kazał gromadzić się w listopadowe wieczory, a jednak czuliśmy potrzebę podtrzymywania tradycji i urzeczywistnienia patriotyzmu.

Kontynuacja lekcji…

Obecnie kontaktując się z dawnymi znajomymi wiem, że nadal spotykają się na podobnych Wieczorach Niepodległościowych. Mają już swoje rodziny, uczą dzieci pięknych wartości, które zostały im przekazane przez rodzinny dom lub uczelnię. Katolicki Uniwersytet Lubelski oprócz kształcenia studentów na wielu Wydziałach ma za zadanie rozwijanie patriotyzmu w młodych sercach Polaków i jak widzimy doskonale wywiązuje się z tego obowiązku.


7 listopada 2017 r.

II Zaduszki Świdnickie

Listopad w naszej polskiej tradycji jest miesiącem zadumy i modlitwy nad grobami bliskich. Pokonujemy wiele kilometrów, aby zapalić znicz pamięci na mogiłach tych, którzy wyprzedzili nas w ziemskiej wędrówce do wiecznej szczęśliwości. Potrzebę modlitwy za zmarłych czujemy wszyscy. Dlatego proboszcz Leszek Surma z parafii Chrystusa Odkupiciela już po raz drugi zorganizował Zaduszki Świdnickie, które jak widzimy wpisały się w kalendarz lokalnych uroczystości.

Wieczór pełen modlitwy i nostalgii

Niedzielny wieczór 5 listopada po wcześniejszych pogodowych anomaliach był spokojny. Aura sprzyjała organizacji II Zaduszek Świdnickich. W Kościele po wieczornej Mszy św. licznie zgromadzeni wierni cierpliwie czekali na występ znamienitych gości, którzy uświetnili program modlitewno - poetycko - muzyczny. Konstanty Andrzej Kulka - światowej sławy skrzypek oraz nie mniej znany Robert Grudzień - wirtuoz organów, a także nasz rodzimy chór „Salve Regis” pod dyrekcją Agaty Szlązak pięknymi utworami przypomnieli kompozytorów, którzy dzięki swojej wspaniałej twórczości nigdy nie zostaną zapomniani.

Pamięć, która nie gaśnie

Do programu włączyła się także młodzież oraz nauczyciele z I LO im. Władysława Broniewskiego w Świdniku. Pani wicedyrektor Aneta Jagieła, pełniła rolę narratora. Swoim ciepłym głosem czytając piękne wiersze polskich poetów wprowadziła słuchaczy w nastrój zadumy i tęsknoty za tymi, którzy już odeszli do wieczności. Zapalane znicze w rękach młodzieży były symbolami pamięci o tych, którzy przez lata tworzyli naszą świdnicką społeczność. A byli to ludzie kultury, medycyny, lotnictwa, budowniczy miasta i obiektów sakralnych. Płonące znicze stawiane obok relikwii Świętych przypominały nam zgromadzonym, że droga do świętości jest zawsze otwarta, wystarczy tylko kroczyć po niej z miłością do drugiego człowieka.

Listopadowy wieczór minął bardzo szybko zwłaszcza, że myśli nasze spotykały się duchowo z tymi, którzy odeszli, ale nadal żyją w naszej pamięci. Ich miłość i zasługi dla miasta nie pozwolą, aby poszli w zapomnienie.


27 października 2017 r.

Wspomnień czas...

Zbliżający się Dzień Wszystkich Świętych skłania nas do porządkowania grobów naszych bliskich zmarłych oraz do refleksji nad życiem i przemijaniem. Patrząc na te eschatologiczne sprawy zauważam pewną różnicę między spostrzeżeniami dziecka, a człowieka dorosłego.

Cmentarz kolorowy

Mając około 3-4 lat bardzo lubiłam chodzić na cmentarz. W tej wędrówce towarzyszyli mi rodzice oraz ich znajomi. W naszym miasteczku ziemia wiecznego spoczynku była naprzeciwko parku pełnego huśtawek i karuzeli, ale ja mimo to zawsze wybierałam spokojne spacery między grobami. Nie mając świadomości, że w każdym grobowcu leży ktoś bliski, podziwiałam kolorowe sztuczne kwiaty na nich leżące, aniołki z rozłożystymi skrzydłami, a nade wszystko ceniłam sobie cmentarną ciszę. Zabierałam ze sobą ulubioną lalkę, aby i ona mogła zaczerpnąć coś z tej oazy spokoju. Bawiła mnie piaszczysta droga biegnąca pod górkę, ponieważ wzdłuż niej spotkać można było białe anioły, których z czasem przybywało i były one coraz piękniejsze… z innego kamienia. Z chęcią kładłam u ich stóp zerwane polne kwiaty. Parę lat później dotarło do mnie, że był to po prostu dziecinny cmentarzyk. Każdy grób zroszony był łzami oraz obolały tęsknotą rodziców. Dla mnie jednak były to tylko białe aniołki, które symbolizowały radość nie z tego świata.

Ziemia mokra od łez

Wszystko zmieniło się, gdy zaczęło ubywać moich bliskich. Już wiedziałam, kto leży pod płytami grobowców. Mimo smutku, żalu i tęsknoty nie miałam chęci odwiedzać ich grobów. Musiałam oswoić się z myślą, że zmarła osoba już nie wróci do mojego świata. Był to mój indywidualny czas żałoby, który chciałam przeżyć sama. Po tym okresie mogłam już z potrzeby serca stanąć nad grobem osoby zmarłej. Tak jest do chwili obecnej. Już wiem, że cmentarna ziemia przesiąknięta jest łzami tych, którzy złożyli w grobie najbliższą sercu osobę. Kolorowe kwiaty, wieńce i znicze są tylko widzialnym symbolem naszej pamięci. Cicho szeptana modlitwa w intencji zmarłych ma teraz dla mnie ogromne znaczenie, ponieważ wierzę, że tylko ona dociera tam, gdzie nie dotrze żaden nawet najpiękniejszy kwiat czy znicz. Oby tej modlitwy nie zabrakło nad żadnym grobem.


19 października 2017 r.

Spotkanie Literackie w Schronisku dla Mężczyzn w Lublinie

Ulica Dolnej Panny Marii w Lublinie należy do tych najstarszych w tym Grodzie. Na tejże ulicy znajduje się kamienica z wyglądu niczym nie różniąca się od innych wolnostojących domów. Wchodząc do wnętrza spotkamy tam mieszkańców, których pogmatwane losy przywiodły w progi jej domu.

Uśmiech, jak promień słońca

Przytulna, niewielka jadalnia zgromadziła ok. 20 pensjonariuszy chcących posłuchać mojej poezji. Na zaproszenie dyrekcji przybyłam tam 18 października 2017 roku wraz z moim przyjacielem, który od niedawna komponuje muzykę do moich wierszy. Już od progu można było odczuć domową atmosferę tego miejsca. Zapach świeżo parzonej kawy oraz słodki aromat pieczonego ciasta wyłożonego na stoły tworzył iście domowy klimat.

Spotkanie literackie, a właściwie słoneczne Południe Poezji Śpiewanej przeplatanej opowieściami z mojego życia otworzyło serca zgromadzonych tam pensjonariuszy. I znów, kolejny raz wiersze otworzyły mi drzwi do innego świata. Nawzajem opowiadaliśmy wraz ze słuchaczami o tym, co jest w życiu ważne, co inspiruje i dodaje skrzydeł do działania. Mimo niełatwych dróg pensjonariusze Schroniska potrafią być chłonni wiedzy, potrzebują liryzmu, są wrażliwi na słowo pisane i śpiewane. Przekonałam się o tym i doznałam wielu wzruszeń. W ich oczach pojawiały się łzy… w moich też. Wspólnie otwieraliśmy drzwi do swoich światów. Po skończonym recitalu Bogusława Kędziory - przyjaciela śpiewającego moją poezję przy subtelnym akompaniamencie gitary – dziękowaliśmy sobie nawzajem za spotkanie, które nas wewnętrznie ubogaciło nie tylko w sferze duchowej, ale i tej widzialnej, fizycznej. Zobaczyliśmy, że aby się spełniać w życiu, nie potrzeba luksusowych warunków, ani kosztownego warsztatu pracy. Wystarczy chęć ubogacenia siebie przez słuchanie tego, co inni mają nam do powiedzenia. Przykłady z życia mogą być dla niektórych wsparciem oraz inspiracją do działania.

Wychodząc ze Schroniska im. Św. Brata Alberta w Lublinie, czułam nie tylko uczucie spełnienia, ale także chęć pogłębiania wiedzy w kierunku naszej najnowszej historii. Spotkanie z Braćmi bezdomnymi stało się początkiem drogi do zdobywania tego, co nie zawsze jest łatwe do zdobycia, bo przy odrobinie wyrzeczenia bardziej to zostanie przeze mnie docenione.


17 października 2017 r.

Co zostało w nas…

39 lat temu wiadomość o wyborze Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową obiegła cały świat. Jeszcze wtedy nie było wiadomo, co wniesie pontyfikat kardynała z dalekiego Kraju. Dziś wielu z nas twierdzi, że dzięki Janowi Pawłowi II zmieniło swoje dotychczasowe życie.

Fenomen Papieża Polaka

Jan Paweł II swój pontyfikat rozpoczął przesłaniem: „Otwórzmy drzwi Chrystusowi”. Sam, swoim życiem dawał przykład, jak otwierać granice, serca i symboliczne drzwi temu, który dla każdego chrześcijanina jest Synem Bożym – Zbawicielem człowieka. Uczył odwagi, przebaczania i zrozumienia. Zraniony na Placu Świętego Piotra wybaczył cudem niedoszłemu mordercy. Czy ktoś z nas by tego dokonał? Wybaczyć z serca! Tylko on otwierał granice zwaśnionych państw, afrykańskich plemion, które przyjmowały Go z dziecięcą radością. Uczył, że tu na ziemi największą wartością jest człowiek. We właściwy sobie sposób potrafił wejść w każde środowisko. Rozumiał problemy ludzi młodych i starszych, niepełnosprawnych i zdrowych. W swoich Listach i homiliach starał się tłumaczyć sens cierpienia i pomoc potrzebującym.

Gromadził wokół siebie tłumy, które akceptując Jego naukę gromko Go oklaskiwały. Słowa Jana Pawła II budziły zachwyt, a jego książki stawały się bestsellerami. Nawet Jego śmierć dawała nadzieję na wspólne spotkanie w Domu Ojca.

Zapomnieliśmy?

Po śmierci Papieża jakby wszystko ucichło. Nikt już tak jak On nie gromadzi wokół siebie tłumów. Znów w wielu domach trwa pogoń za pieniądzem, nie mając czasu dla najbliższych. Znów dyskutuje się o wprowadzeniu aborcji i eutanazji na życzenie. Czy zapomnieliśmy o wartościach, które ukazywał nam Papież? Tylko w dniach 16 października i 2 kwietnia świat zatrzymuje się na chwilę, aby wspomnieć Wielkiego Rodaka. Może nie wszystko zostało zapomniane?


12 października 2017 r.

Zielono mimo jesieni

Statystyki mówią, że jest nas 17 milionów na całym świecie. Nas… czyli osób z mózgowym porażeniem dziecięcym. Niby mamy jedną chorobę, jednak nie wszyscy jesteśmy w jednakowym stanie. Nasza niepełnosprawność uwarunkowana jest uszkodzeniem mózgu (CUN) w czasie ciąży lub okresu okołoporodowego. Przyczyny mogą być różne: konflikt serologiczny, wcześniactwo, urazy głowy lub przebyte choroby np. zapalenie opon mózgowych.

Nasze Święto

W dniach 4-6 października 2017 roku nasze miasto przyłączyło się do akcji, której celem jest wyrażanie jedności z osobami chorymi na dziecięce porażenie mózgowe. Głównym organizatorem tego pionierskiego przedsięwzięcia był Miejski Ośrodek Kultury w Świdniku. W godzinach wieczornych budynek MOK oświetlony był kolorem nadziei. Zielone światło przypominało o tym, że wszyscy jesteśmy równoprawnymi mieszkańcami naszego miasta, pomimo deficytów widocznych w naszej fizjonomii.

Oprócz iluminacji budynku Centrum Kultury wiele osób włączyło się w akcję przesyłając swoje zdjęcie, aby w ten sposób wyrazić jedność, zrozumienie i akceptację dla osób niepełnosprawnych. Serce rośnie, gdy ogląda się Galerię zdjęć, utworzoną na portalu Świdnik – Wysokich Lotów. Patrząc na te fotografie dostrzega się życzliwość w ludzkich sercach, ponieważ jest to akt dobrowolnego uczestnictwa w tym pierwszym przedsięwzięciu na naszym terenie.

Świdnik Jesteśmy TU

Uważam, że „Świdnik na zielono” pomoże zrozumieć młodemu (i nie tylko) pokoleniu, że nawet chorzy, bezbronni ludzie czują, mają swoje potrzeby oraz pragną włączenia w zdrową społeczność naszego miasta. Być może w przyszłym roku znów spotkamy się jesienią, aby dać zielone światło nadziei tym, którzy może nie są dostrzegani w sposób adekwatny do ich odczuwania. Dziękuję Panu Burmistrzowi Waldemarowi Jaksonowi za objęcie swoim Patronatem całej akcji oraz za czynne w niej uczestnictwo. Wyrazy wdzięczności kieruję również do dyrekcji Miejskiego Ośrodka Kultury w Świdniku, do Pracowników Portalu Świdnik – Wysokich Lotów za pomoc w organizacji tego szczytnego przedsięwzięcia. Słowa podziękowania ślę również do wszystkich mieszkańców miasta, którzy pokazali swoją solidarność z chorymi na MPD. Dzięki Waszej postawie czujemy się tu bezpieczni.


29 września 2017 r.

Dwie Korony

Ostatnie czasy pokazują nam, jak bardzo wzrosło zapotrzebowanie na produkcję filmów biograficznych ludzi znanych z kart historii Polski lub zapisanych w Żywotach Świętych. 28 września 2017 roku w lubelskim kinie „Bajka” odbył się przedpremierowy pokaz filmu pt.: „Dwie Korony” w reżyserii Michała Kondrata. Ekranizacja przedstawia życie św. Maksymiliana Marii Kolbego na tle dwóch wojen światowych.

Wiara i heroizm o. Maksymiliana

Film przedstawia życie franciszkanina, któremu w dzieciństwie objawiła się Matka Boża Niepokalana. Chłopiec ma do wyboru: Koronę życia w czystości i Koronę męczeństwa - wybiera obie! Od tego momentu uczy się, pracuje i żyje dla Maryi. Dokonuje wyborów… aż po ten ostatni w Auschwitz! Na oczach dostojników kościelnych oraz współbraci zakonnych dokonują się cuda za pośrednictwem młodego franciszkanina: założenie drukarni w Teresinie, wydawanie „Rycerza Niepokalanej”, wyjazd do dalekiej Japonii mimo braku środków finansowych oraz znajomości języka, rozpowszechnianie kultu Maryi przez cudowny medalik. Reżyser uwzględnił także „przewidywania” (proroctwa) o. Maksymiliana dotyczące wybuchu bomby w Nagasaki.

Pamięć i dzieło trwają nadal

Reżyser podzielił film na dwie części: część fabularną i dokumentalną, które się przeplatają. W tej ostatniej dokumentalnej zamieścił wypowiedzi ludzi związanych z Kościołem oraz bezpośrednim świadkiem męczeńskiej śmierci ojca Maksymiliana - Kazimierzem Piechowskim. Ile trzeba mieć wiary i odwagi, by swoje życie oddać za współwięźnia? Był to ostatni wybór. Do dziś decyzja o. Kolbe zadziwia, a zarazem dodaje wiary w to, co jest dla nas najważniejsze, że to nasze doczesne życie jest przemijalną wartością. Życie w zgodzie z własnym sumieniem przynosi nadzieję nawet w obliczu śmierci. Postawa o. Maksymiliana do dziś zadziwia, a zarazem jest świadectwem miłości do drugiego człowieka nawet wśród panującej nienawiści. Miłość dokonuje wielkich dzieł, które są ponadczasowe i zasługują na kontynuację.


25 września 2017 r.

Koniec świata

Powodzie, tajfuny, trzęsienia ziemi w końcu uderzenie tajemniczej Planety X. Oto zapowiadane kataklizmy poprzedzające koniec świata, który miał nastąpić 23 września 2017 roku. Jak widzimy nic się nie sprawdziło, poza tym co nawiedza nasze kraje z racji ociepleń klimatu i niekorzystnych działań nas samych na nasz stary glob.

Fałszywi prorocy

W Nowym Testamencie jest kilka wzmianek o końcu świata. Jezus zapowiada, że nastąpi on w najmniej oczekiwanym momencie, o którym wie tylko Bóg: „Lecz o dniu owym i godzinie nikt nie wie, nawet aniołowie niebiescy, tylko sam Ojciec” (Mt 24,36; por. Mk 13,32)” Tak więc jeżeli mianujemy się ludźmi wierzącymi i codziennie czytamy Biblię ze zrozumieniem to nie powinniśmy głosić plotek o „kodach” w niej wyczytanych, mówiących rzekomo o dokładnym terminie nadejścia końca świata. Jeżeli jest inaczej, jesteśmy współtwórcami bzdurnych przepowiedni. Fałszywych proroków było wielu. Nikt nie wie, co nimi kierowało, aby wpędzać ludzi w histerię, strach przed zbliżającą się Apokalipsą. Uważam, że te „przepowiednie” miały przynieść ich autorom popularność. A co teraz? Jest nowy dzień, a świat nadal istnieje. Nadal cieszymy się nowym dniem, idziemy do pracy, szkoły, do swoich obowiązków. Czy kolejny raz za parę lat znów uwierzymy w zapowiedź końca świata? Zastanawiam się, jak teraz taki pseudo prorok David Meade`a spojrzy w oczy tym, którzy uwierzyli w jego przepowiednię?

Codzienny koniec świata

Jak zdążymy zauważyć dla wielu z nas świat kończy się codziennie, niespodziewanie lub poprzedzony znakami - symptomami choroby. Śmierć! Jest to naturalny, indywidualny koniec świata, który jest wpisany w życie każdego człowieka. Nawet ciężko chora osoba ma nadzieję na życie, chociaż by na poprawę swojego stanu zdrowia. Zdrowi ludzie nie myślą o kresie swego życia, zawsze mają coś do zrobienia, żyją dla innych. Wykonują swoje zadania, jak najlepiej potrafią. Zadaję sobie pytanie, jakim wybitnym biblistą jest David Meade`a, który wprowadził „teorię kodu” na karty Nowego Testamentu i Apokalipsy? Kolejny fałszywy prorok?!


15 września 2017 r.

Zakończenie sezonu letniego

Połowa września to czas, kiedy jesień zaczyna zaglądać w nasze okna. Na razie nieśmiało. Zaczyna od dojrzewania się owoców i warzyw, kwiatów zakwitających o tej porze roku: astrów, wrzosów, chryzantem. Dzwoniący o szyby deszcz to też symptom wskazujący na to, że słoneczne lato odchodzi, powoli lecz niezaprzeczalnie.

Koniec wakacji

Dla mnie koniec lata od zawsze kojarzył się z rozpoczęciem nowego roku szkolnego. Szkoła wyznacza inny rytm życia. Więcej czasu trzeba poświęcać zajęciom edukacyjnym niż beztroskiej zabawie. Myślę, że nie tylko ja tak uważałam. Kończący się czas urlopów również nastrajał do refleksji nad przemijaniem. Powroty do domu z wczasów wyznaczały także inny rytm dnia i trzeba było przestawić się na bardziej napięty grafik codziennych zajęć.

Zmieniające się kolory przyrody

Tak jest i teraz. Nic się w tej kwestii nie zmieniło. Trzeba tak samo wracać do szkoły, pracy, codzienności. Tylko czy ta codzienność zawsze musi być szara? Uważam, że nie. Jesień też ma swój urok, zwłaszcza ta nasza polska. W kroplach deszczu przebija się promień słońca, osiada na koralach dojrzewających jarzębin tworząc ciekawe sploty korali. Kolory kwiatów cieszą oczy i są ozdobą bukietów i innych jesiennych dekoracji. Odlatujące ptaki zwiastują astronomiczną jesień, ale także nadzieję, że z wiosną znów będziemy patrzyli na ich powroty do polskich gniazd

Powroty z plenerów

Niższe temperatury powietrza skłaniają organizatorów letnich imprez do przeniesienia ich w mury ośrodków na ten cel przeznaczonych. Zakończyły się trwające dwa miesiące Letnie potańcówki organizowane co czwartek w świdnickiej muszli koncertowej. Dla niejednego mieszkańca były one jedyną formą rozrywki i rehabilitacji, komunikacji z drugim człowiekiem.

„Do zobaczenia za rok” - padły słowa pożegnania z ust organizatorów. Rok dla jednych jest czasem intensywnej pracy zawodowej lub społecznej, a dla innych czasem cierpienia i samotności. Dlatego podczas takich okazji powinniśmy cieszyć się każdą chwilą spędzoną razem, aby właśnie ta chwila zaowocowała cenną przyjaźnią w długie jesienno-zimowe wieczory.


7 września 2017 r.

„Niespodzianki”

Któż z nas nie lubi niespodzianek? Prezenty otrzymywane bez zapowiedzi są przeważnie miłym zaskoczeniem dla odbiorcy. Niestety nie zawsze tak bywa. Zwłaszcza jeżeli zawierają coś, co wzbudza w nas uczucie strachu i obrzydzenia.

„Prezenty lecą mi z nieba”

Odkąd zaczęłam korzystać z balkonu już na drugi dzień pojawiły się na nim obierki z warzyw oraz wyłuskana tarcza słonecznika. Myślałam, że jest to drobny incydent lub nieuwaga sąsiadów z wyższych pięter. Myliłam się! mniej więcej co 2 dni na podeście balkonu zaczęły pojawiać się inne rzeczy tym razem wzbudzające strach. Jak tłumaczyć fakt, gdy znajduje się nadpalony papier toaletowy, rozbite pomidory i ziemniaki w mundurkach? Takie śmieci sprząta moja mama. Przykre, że w jej wieku musi to wszystko przechodzić.

Zamiast relaksu na balkonie rozglądam się, czy coś nie spadnie mi na głowę. Aż boję się myśleć, co by się stało, gdyby nadpalony papier spadł mi na włosy. Zemsta sąsiadów? Ale za co?! Za to, że chcę w miarę normalnie korzystać z życia? Co oni by czuli, gdyby nasze role się odwróciły?! Przykre jest to, że weszłam w mało empatyczne środowisko. Najbardziej zdumiewa mnie fakt, że mój podjazd i balkon najbardziej przeszkadza sąsiadom mieszkającym przy końcu bloku.

Hipokryzja

Pamiętam jak rok temu po naszej przeprowadzce wszyscy byli dla nas mili i na powitanie odpowiadali „dzień dobry” z szerokim uśmiechem. Wszystko się zmieniło, gdy zaczęłam robić podjazd. O utarczkach słownych już wspominałam w poprzednich artykułach i nie chcę do nich wracać. Myślałam, że sąsiedzi nabrali dystansu do tej sprawy.

Dziś wiem, że ten deszcz „prezentów” jest formą cichej zemsty za ich bezradność. Mieli nadzieję, że mój podjazd zostanie poddany demontażowi. Gdy się tak nie stało obrali bardzo brzydką taktykę utrudniania mi życia. Pamiętam, że dawniej to dzieci robiły mi przykrość, ponieważ byłam „inna” niż one – zdrowe. Dzieci potrafiłam zrozumieć, gdyż nie były doświadczone życiem, przykładami. Teraz jest odwrotnie i to sprawia mi największy ból. Nie wiem, do czego jeszcze posuną się moi sąsiedzi, ale cokolwiek się wydarzy będę dla nich miła. Po prostu pozostanę sobą! Może to będzie dla nich przyjemna niespodzianka?


31 sierpnia 2017 r.

Moje miejsce na ziemi

Czas wakacji, urlopów dobiega końca. Dla wielu z nas był to piękny okres, zwłaszcza że słońce nie oszczędzało swoich promieni i zachęcało do letnich wojaży. Jednak wszystko na swój początek i koniec. Pozostają wspomnienia, refleksje, porównania odwiedzanych miejscowości. Takim wspomnieniami chcę się w tym miejscu podzielić.

Różnorodność krajobrazów, ale i setki barier

Zamość odwiedzam dość często nie tylko ze względów sentymentalnych, bo stąd wywodzą się korzenie naszego rodu, ale także wracam tam, ponieważ kocham jego architekturę. Tutaj odpoczywam, nabieram sił, otulam się ciszą Parku, który pomimo że jest usytuowany w środku miasta izoluje od szumu i gwaru przybywających na Rynek turystów prawie z całego świata. Nie bez kozery miasto zostało nazwane Padwą Północy…

Nazwa zobowiązuje, więc Władzom Miasta powinno zależeć aby każdy mógł zwiedzić liczne zabytki Zamościa, ale także nowe osiedla. Czy jednak są one dostępne dla wszystkich turystów? Otóż nie. Sama się o tym przekonałam jadąc wózkiem przez nowe osiedla. Jadąc do Zamościa cofamy się w czasie nie tylko na Starówce, na także na głównych i bocznych ulicach. Wózkowicze powinni być przygotowani na wysokie krawężniki, które bez pomocy drugiej osoby trudno pokonać. Zjazdy też nie spełniają podstawowych norm UE: są zbyt strome, wąskie i bez barierek. Nawet dla matek z dziecinnym wózeczkiem taki zjazd jest zbyt ryzykowny, nie mówiąc o osobach niepełnosprawnych poruszających się z pomocą wózków inwalidzkich. Chodniki również mają wiele do życzenia. Jadąc nimi miałam wrażenie, że jestem na górzystym terenie. O doznaniach podczas tej jazdy już nie wspomnę. Wiem jedno: w Zamościu niewiele się zmieniło od czasów PRL. Mam nadzieję, że już niebawem bariery architektoniczne tym pięknym mieście będą chociaż w minimalnym stopniu zlikwidowane i osoby niepełnosprawne będą mogły bezpiecznie dotrzeć na w miarę dostępną Starówkę.

Kolejnym miastem, które odwiedziłam tego lata była Rabka – Zdrój. Myślałam, że ten bądź co bądź kurort z licznymi dziecięcymi sanatoriami będzie rajem pod względem dostępu do sklepów, kościołów i innych obiektów publicznych. Sytuacja jak z zamojskiego obrazka: wysokie krawężniki utrudniały naszym wolontariuszom prowadzenie osoby niepełnosprawnej nie tylko na wózku, ale również idącej z laską. Wyszczerbione schody stwarzały dodatkowe zagrożenie więc aby je zminimalizować trzeba było przy wejściu do obiektu angażować do pomocy 2-3 osoby. W tym miejscu chylę czoła przed naszymi wolontariuszami, którzy dzielnie dziali nas razem z ciężarem wózka.

Nasz Świdnik

Moje miasto to inny świat, jakby wyprzedził o jedną epokę Zamość i Rabkę. Tutaj czuję się bezpieczna na każdej ulicy i w każdym zakątku miasta. Wiem, że dojadę do celu bez szwanku nawet z mniej doświadczonym kierowcą wózka. Jest to od wielu lat moje miejsce na ziemi, do którego chcę wracać nawet z najpiękniejszych zakątków świata. Trzeba nieraz przemierzyć tysiące kilometrów, aby się przekonać, co jest naszym azylem.


25 sierpnia 2017 r.

Świat widziany z perspektywy balkonu

Balkon - namiastka małego podwórka, poszerza pole widzenia, daje swobodę i możliwość oddechu na świeżym powietrzu. W naszym mieście nie wszyscy mieszkańcy parterów mogą cieszyć się tym dobrodziejstwem. Stare budownictwo bloków ich nie posiada. Architekci w swoich planach po prostu balonów nie uwzględnili, nie wiedzieć czemu. Teraz jest możliwość budowy balkonu, niestety na koszt własny lub z częściowym dofinansowaniem funduszu organizacji do tego celu powołanych.

Popołudniowy wypoczynek

Dla mnie, osoby niepełnosprawnej szeroki balkon z podjazdem jest konieczny, ponieważ nie zawsze jestem w stanie wyjść na dwór i pooddychać świeżym powietrzem. Nie ukrywam, że moja choroba postępuje i coraz ciężej mi jest schodzić po schodach nawet z pomocą many.

Po wielu miesiącach załatwiania zezwolenia i innej biurokratycznej papirologii tego lata usiadłam na moim własnym balkonie. Mogłam swobodnie siedząc w fotelu obserwować ruch uliczny, ptaki i samoloty krążące po niebie i ludzi śpieszących się do kogoś i do nikąd…

Dla większości osób mój balkon był w miejscu mojego obecnego zamieszkania czymś „nowym”, do czego należy się po prostu przyzwyczaić. Niektórzy patrzyli na mnie jakby mnie pierwszy raz (od wielu lat) zobaczyli, inni postrzegali jak eksponat, a co bardziej ciekawscy pytali o koszt tej inwestycji. Znajomi podchodzili do mnie i wyrażali w słowach swoją radość, że w końcu zakończy się moja wspinaczka po (w moim przypadku) karkołomnych schodach. Oni rozumieją, że balkon daje poczucie wolności z możliwością częstszego kontaktu ze społeczeństwem, zważając też na moje poetyckie i charytatywne poczynania.

Mała rączka chłopca

Siedząc tak i rozmyślając o wszystkim i o niczym pod balkon podszedł mały chłopiec i nie pytając o nic pomachał mi rączką na powitanie. Ten gest bardzo mnie rozczulił. Uświadomiłam sobie, że dla małych dzieci może być wszystko normalne i na odpowiednim miejscu.


18 sierpnia 2017 r.

A miało być tak cudnie…

Ciepłe lato, czas wolny od pracy, wakacje… kuszą, aby to wykorzystać i wyjechać na odpoczynek. Jest on potrzebny każdemu, aby nabrać nowych sił do całorocznej aktywności zawodowej lub po prostu zwyczajnie wypocząć w innym mieście, środowisku.

Uległam pokusie…

Nie ukrywam, że obecny czas był (i jest) dla mnie bardzo wyczerpujący. Przeprowadzka do innego mieszkania, załatwianie spraw urzędowych związanych z uzyskaniem zgody na wymarzony balkon i podjazd wyczerpało mnie fizycznie i psychicznie. podjęłam desperacki krok, aby wraz z grupą osób niepełnosprawnych odpocząć w górskim klimacie. Zostawiłam wszystkie troski oraz budujący się w tym czasie podjazd i wyruszyłam na podbój Tatr.

Kocham góry, lubię patrzeć na ich szczyty, marząc czasami, że na nich stoję i oczami wyobraźni widzę wszystkie okoliczne doliny, lasy i owce pasące się w ich cieniu. Pomarzyć sobie można.

Wyprawa zapowiadała się fajnie, bo jechałam z towarzystwem, które znałam od wielu lat. Na miejscu okazało się, że jest jeszcze fajniej niż sobie to wyobrażałam. Warunki lokalowe odpowiadały standardom dla osób z różnymi dysfunkcjami. To nic, że góry nie sprzyjają „wózkowiczom”, nasi wolontariusze stanęli na wysokości zadania. Nieraz w pocie czoła pomagali nam zwiedzać okolice, chodzić na koncerty, potańcówki. Było pięknie i bardzo wesoło. Myślałam, że tak będzie do końca turnusu. Niestety się pomyliłam.

Telefony, telefony…

Pewnego pięknego poranka zadzwonił do mnie szefowie ekip, które podjęły się montażu mojego podjazdu. Wiadomości które usłyszałam zwaliły mnie z nóg. Okazało się, że moi niektórzy sąsiedzi są bardzo niezadowoleni z projektu, który otrzymałam i który został zatwierdzony przez trzy świdnickie instytucje. Zrobili pod blokiem aferę, grożąc, że podjazd na pewno będzie zdemontowany. Wiedziałam, że nic nie jest robione nielegalnie, a mimo to bardzo się zdenerwowałam. Było mi bardzo przykro z powodu braku empatii starszych ludzi, którzy w myśl przysłowia są mądrością narodu. Widocznie nie każdego narodu. Od tamtej chwili moje wczasy zmieniły się diametralnie: było mi przykro, bałam się odbierać kolejnych telefonów z nowymi nieprzyjemnymi wiadomościami. Patrzyłam tylko na górskie krajobrazy i zastanawiałam się, co będzie się działo, gdy wrócę do domu. Wróciłam. Moja mama na dzień dobry usłyszała z ust jednej sąsiadki, że moje kalectwo jest wykorzystywane do podejmowania takie inwestycji, a sąsiad podburzony przez tą rozgniewaną panią zagroził, że spotkamy się w sądzie! Czekam więc na pozew w sprawie (ich zdaniem) za dużego podjazdu i balkonu.

Nie potrafię zrozumieć postawy tych osób. Argumentami przemawiającymi za ich wzburzeniem są fakty, że nikt z tych protestujących nie miał, nie ma w rodzinie osoby niepełnosprawnej. Oby takie dobrodziejstwo nie było nikomu potrzebne. Nie wiedzą też, jakim dla mnie jest trudem pokonanie kilku schodków nawet z pomocą drugiej osoby. Nie znają procedur załatwiania podjazdu i jak długo to trwa nie mówiąc o kosztach, które częściowo pochodzą z moich oszczędności. O co więc ten krzyk?


27 lipca 2017 r.

Zostały mu tylko ptaki

Czym jest pasja dla starszych ludzi? Jest odskocznią od samotności, jest spełnieniem i radością, satysfakcją, jeżeli wiąże się z pomocą dla słabszych. Niekiedy pasja staje się sensem życia.

Historia pewnego człowieka

Będzie to opowieść o jednym z mieszkańców naszego miasta. Pewnego dnia został sam. Dzieci pozakładały własne rodziny, żona zmarła. Większość czasu spędzał na ławce przy bloku. W deszczowe i zimowe dni nudził się w czterech ścianach małego pokoju. Któregoś dnia zauważył zziębniętego głodnego gołębia, który przysiadł na Zewnętrznym parapecie kuchennego okna. I tak zaczęła się miłość do skrzydlatych przyjaciół, którzy coraz częściej zaglądali dyskretnie w okna samotnego pana. Ptaki nigdy nie odlatywały głodne. Zima nie była im straszna, bo wiedziały, że w oknie pewnego bloku czeka na nie stęskniony przyjaciel, mający dla nich w ręce coś, co pozwalało zasycić głód i przetrwać siarczyste mrozy.

Latem przed wejściem do klatki schodowej owego pana zaczęły pojawiać się ptasie rodziny: kawki, wrony i gołębie. Siadały gromadnie na trawniku, jak bociany przed odlotem i cierpliwie czekały na swojego żywiciela. Gdy pojawiał się w drzwiach siadały mu na ramionach, głowie i dłoniach. Te dłonie otwierały się i sypały w trawę okruszki chleba. Samotny pan celowo rzucał ten pokarm na trawnik, aby nie zanieczyszczać chodnika. Mimo to zaczęły się szemrania sąsiadów, że nie powinien dokarmiać ptaków zwłaszcza latem, gdy na polach złocą się łany zbóż. Zdarzały się nawet skargi do Straży Miejskiej, aby zaprzestał tych aktów miłosierdzia względem skrzydlatych przyjaciół. Straszą paragrafami i mandatami.

Dwie strony medalu

Rzeczywiście ptaki bardzo szybko przyzwyczajają się do ludzi, którzy je karmią. Jednak jest to przyjaźń dwustronna, ale nikt nie bierze pod uwagę uczuć starszego pana. Rozumieć też trzeba okolicznych mieszkańców osiedla, ponieważ boją się chorób roznoszonych przez ptaki. Nie wiadomo, jak do tej sprawy ustosunkują się służby miejskie. Nie ja o tym decyduję :) . Myślę, że człowiek o gołębim sercu i jego podopieczni będą nadal się wspierać fizycznie i psychicznie, bo… zostały mu tylko ptaki.

Wiem jednak, że w większych miastach gołębie nie stanowią przeszkód w zwiedzaniu zabytków, wręcz są dodatkową atrakcją dla turystów. Czemu więc nasze miasto nie miałoby mieć takiego urozmaicenia?


20 lipca 2017 r.

Carpe diem

Chwytaj dzień - mówił Horacy w swojej poezji. Czy łatwo jest tę myśl zastosować w dzisiejszym świecie? W pogoni za dobrami materialnymi bardzo często umyka nam dzień za dniem, a potem budzimy się, jak ze snu i uświadamiamy sobie, że zostało nam to co nie ma już dla nas znaczenia.

„Niech chociaż one tam pojadą…”

Rozmawiając ze starszymi ludźmi słyszę z niektórych ust, że życie przeciekło im przez palce lub jakby przez sito. Co to znaczy? W młodości dorabiali się, oszczędzając na mieszkanie, meble, działki i inne dobra materialne kosztem rezygnacji ze swojego wypoczynku, przyjemności. To nic, że byli zmęczeni, cieszyli się każdym zdobytym przedmiotem. Dorastające dzieci też musiały mieć wszystko to, co miały ich rówieśnicy z klasy. Rodzice bardzo często pracowali na kilka etatów, aby wystarczało funduszy na wymagania ich pociech. W wolnych chwilach „chwytali chwile” przed telewizorem, oglądając ponadczasowe komedie lub wyjeżdżali na niedzielne popołudnia do rodziny bądź znajomych podczas, gdy ich dzieci wypoczywały w mazurskich lub nadbałtyckich kurortach. „Niech chociaż dzieci nasze tam pojadą” - mawiali. We wspomnieniach moich rozmówców pojawia się okres studiów. Oczywiście wtedy też pomagali swoim przyszłym magistrom. Wynajęcie stancji w innym mieście to był luksus, ale czego się nie robi dla dzieci, które kiedyś będą należały do elity kraju. Niektóre marzenia rodziców się spełniły. Mniej lub bardziej został doceniony ich wysiłek. Ich dzieci z naukowymi tytułami wyjechały gdzieś w Polskę, a nawet poza jej granice, założyły rodziny. Owszem, odwiedzają rodziców dwa może trzy razy w roku. Przywożą wnuki, które bardzo często nie potrafią dogadać się z dziadkami z powodu bariery językowej. Angielski język stał się językiem międzynarodowym więc po co dzieci żyjące poza Polską uczyć języka ich dziadków? Trzy tygodnie szybko miną, a na migi też można porozmawiać. Dziadkowie nie potrafią porozumiewać się z wnukami to przecież ich problem, bo dawniej język angielski nie był tak powszechny jak teraz, co najwyżej rosyjski…

Korzystajmy z dobrych rad

Dzisiaj starsi ludzie idąc ulicami miasta dowiadują się o chorobach swoich znajomych, że ten lub tamten nie może zejść ze schodów i jest więźniem swojego wymarzonego domu. Z nekrologów wyczytują, kto się przeniósł na „tamtą stronę”. Takie sytuacje uświadamiają niejednemu człowiekowi, że w młodości nie potrafili cieszyć się życiem nieustannie się dorabiając. Kto inaczej postępował, wydając pieniądze na podróże i przyjemności uważany był w oczach niejednego dorobkiewicza za życiowego nieudacznika, ponieważ żył skromnie lecz używał życia wraz ze swoimi dziećmi. Czy rzeczywiście tak postępowali nieudacznicy?

Teraz większość zmęczonych życiem starszych już osób daje dobre rady tym z młodszego pokolenia: „Carpe diem” póki pora, bo za parę lat może być za późno na to postanowienie.


13 lipca 2017 r.

Zdrowa żywność - na targu czy w sklepie?

W dzisiejszych czasach wiele się mówi o zdrowym trybie życia. Dotyczy to nie tylko stosowania codziennych ćwiczeń w domu, ruchu na wolnym powietrzu, ale także zdrowego odżywiania. Kładziemy tu nacisk, aby warzywa i owoce, które spożywamy pochodziły z ekologicznych pól. Taki produkt daje nam gwarancję dłuższego życia bez chorób i dolegliwości.

„Zdrowe bez oprysków…”

Takie zapewnienie słyszymy często z ust rolników, zachwalających swoje owoce na miejskim targowisku. Do tych słów podchodzę sceptycznie, ponieważ nie bardzo wierzę, by jakikolwiek dorodny owoc nie był tknięty środkami chemicznymi. Żaden sprzedawca nie przyzna się do stosowania chemii na dojrzewające warzywa czy owoce. Nie twierdzę, że wszyscy hodowcy ją używają. Dzięki ociepleniu klimatu od paru lat zimy nie są mroźne więc nie można liczyć na naturalną eliminację szkodników, atakujących drzewa owocowe. Możliwe, że rolnicy przestrzegają zasad oprysku lecz nie wszyscy. Dodatkowo podnoszą ceny, tłumacząc, że ich produkty są zdrowe i piękne z wyglądu. Zawartości środków chemicznych w warzywach i owocach nikt z kupujących nie jest w stanie zmierzyć. Trzeba ufać słowom rolnika i ryzykować własnym zdrowiem - kto nie ryzykuje ten nie je.

Na sklepowych półkach

W supermarketach i małych sklepikach także widzimy piękne owoce, warzywa. Wyglądają zachęcająco, są nawet tańsze niż te z giełd i targowisk. Sprzedający te dorodne okazy nie mają bladego pojęcia czy dostawcy kupowali je od prawdomównych właścicieli gospodarstw rolnych. W tym przypadku odpowiedź ekspedientki nie będzie jednoznaczna. I znów pozostaje nam ryzykować zdrowiem wybierając piękny owoc, ale już bez zapewnień że pochodzi z ekologicznie czystego terenu. Niska sklepowa cena także kusi klienta do nabycia towaru. Czym się sugerować przy wyborze letnich smakołyków?

Z doświadczenia wiem, że książki nie ocenia się po okładce i nie jest złotem wszystko to, co się świeci. Tak jest z owocami. Nie każde jabłko rumiane z wyglądu jest piękne w środku i nadaje się do spożycia. Natomiast to mające maleńką plamkę na skórce może posiadać więcej witamin i mieć lepsze walory smakowe.


6 lipca 2017 r.

Niebieskie pola parkingowe

W większych miastach zmotoryzowani inwalidzi bardzo często mają spory problem z zaparkowaniem swojego auta. Na miejscach wyznaczonych do tego celu pojawiają się samochody zdrowych osób tzn. nie posiadające wymaganych uprawnień. Mimo nałożonych za to wykroczenie niemałych kar pieniężnych ich właściciele nadal korzystają z miejsc uprzywilejowanych.

Niebieskie strefy w naszym mieście

Spacerując ulicami Świdnika moją uwagę zwróciły niebieskie miejsca wyznaczone przy parkingach. Intuicja podpowiadała mi, że chodzi tu o widoczniejsze miejsca parkingowe dla mobilnych inwalidów. Nie myliłam się. Pod znakiem dla osób uprzywilejowanych oraz posługujących się Kartą Parkingową pojawiły się niebieskie place.

Bardzo często zdarzało się, że parkingowe „koperty” zajęte były przez samochody nie posiadające uprawnień do korzystania z tych miejsc. Niepełnosprawni lub ich opiekunowie zmuszeni byli zgłaszać ten fakt do Straży Miejskiej. Zdrowi właściciele aut tłumaczyli się iż nie zauważyli „koperty” z oznakowaniem. Natomiast inwalidzi przyjeżdżający do naszego miasta również mieli problem z odnalezieniem miejsca wyznaczonego na zaparkowanie samochodu. Po prostu oznaczenia parkingowe były słabo widoczne i z tego powodu wynikał ten galimatias.

Parkingi bardziej widoczne dla wszystkich

Z polecenia Gminy miejscami parkingowymi dla osób niepełnosprawnych zajął się PEGIMEK. Do końca wakacji mają być oznaczone te parkingi, które mają miejsca dla aut uprzywilejowanych. Kolor niebieski jest bardziej widoczny niż mała tabliczka z jeszcze mniejszym znaczkiem czyli graficznym logo osoby niepełnosprawnej. Mam nadzieję, że ta inicjatywa w znacznym stopniu przyczyni się do usprawnienia ruchu drogowego a także zlikwiduje bariery komunikacyjne w naszym mieście, a przepisy z tym związane będą respektowane przez wszystkich kierowców.


30 czerwca 2017 r.

Bilans roku w nowym domu

Powiedzenie, że starych drzew się nie przesadza nie do końca się sprawdza, a może to zależy nie od drzewa lecz od gleby, w którą je posadzono? Mogłam się o tym przekonać rok temu, gdy z przyczyn zdrowotnych musiałam zmienić mieszkanie, gdzie zamieszkiwałam około 40 lat. Przeprowadzki bardzo się obawiałam, adaptacji jeszcze bardziej. Czy słusznie?

Tęsknota za przeszłością

W nowym mieszkaniu wszystko było nowe: zapach farby po remoncie, nowi sąsiedzi, inny widok z okna. Brakowało mi znajomych twarzy, pociągów, do których też się przyzwyczaiłam, dzwonu na kościelnej wieży, który wzywając do modlitwy budził mnie co rano, a wieczorem kołysał do snu. Mój pokój też wydawał się inny, mimo że starałam się aby nowym umeblowaniem wizualnie przypominał mi tamten… stary. Jesień zeszła mi na tzw. obsiedinach, czyli podejmowaniu gości. Były „ochy” i „achy”, które ja nie zawsze podzielałam, bo w głębi duszy tęskniłam za przeszłością.

Nowe środowisko

Pierwsze święta nadeszły bardzo szybko, jak szybko pędzi czas. Nie było problemu z ustawieniem rozłożystej choinki w salonie, ponieważ pokój gościnny jest obszerniejszy niż ten w dawnym bloku.

Z nadejściem wiosny zaczęłam częściej wychodzić na dwór. Mijający mnie sąsiedzi zaczęli z uśmiechem mówić mi „dzień dobry” oraz wymieniać grzecznościowe gesty. Jestem na ludzi otwarta, jednak obawiałam się, że to oni będą na mnie zamknięci. Przenosząc się w inne środowisko obawiałam się, że znów zacznę być postrzegana jako roślinka, która do życia potrzebuje tylko wody i pokarmu. A ja jak każdy normalnie żyjący człowiek tęsknię za obecnością drugiego człowieka z tą różnicą, że trzeba mnie „odkrywać”, bo sama nie mam na to odwagi. Może z upływem lat zacznę sama wychodzić do ludzi z dobrym słowem i przyjaznym gestem? Liczę na to, gdy będę miała podjazd. Nie zmieni on radykalnie mojego życia, ale go usprawni, umożliwi mi częstszy kontakt z drugim człowiekiem, a także uczestnictwo w imprezach kulturalnych.


28 czerwca 2017 r.

Dbajmy o ptaki

Nadeszło długo oczekiwane lato. Częściej będą upalne dni. W tym czasie potrzebujemy więcej nawadniać swój organizm, nawilżać skórę, by promienie słoneczne nie stały się przyczyną chorób. Wśród czynności związanych z pielęgnacją i ochroną swojego ciała nie zapominajmy także o ptakach, którym jest znacznie trudniej w upały zdobyć pokarm i ugasić pragnienie.

Skrzydlaci sąsiedzi

Człowiek od zarania dziejów jest związany z naturą. Nie mam tu na myśli wyłącznie wsi, gdzie łatwiej jest zaobserwować ten związek z ptakami i zwierzętami. To one dają nam pożywienie. Pomagają też w tępieniu owadów szkodliwych dla życia roślin, a także zagrażających zdrowiu człowieka, niekiedy nawet życiu. Ptaki są więc naszymi sąsiadami. Jak na dobrych znajomych przystało powinniśmy im pomagać zwłaszcza kiedy same mogą mieć trudności w radzeniu sobie podczas suszy, upalnych dni lub gwałtownej ulewy. Do pomocy zachęcajmy także dzieci, które bardzo chętnie to uczynią w formie zabawy. Zachęćmy swoje pociechy do obserwacji świata przyrody ciekawymi opowieściami oraz przykładami pomocy ptakom i zwierzętom zamieszkującym nasze osiedla, parki.

Czas na rewanż

W mieście nasi skrzydlaci przyjaciele nie mają łatwego dostępu do zdobywania pożywienia i gaszenia pragnienia. Aby żyć i nam pomagać potrzebują naszej pomocy nie tylko, gdy są siarczyste mrozy, ale także podczas upałów. Woda jest podstawą życia każdej ziemskiej istoty. Ptaki także jej potrzebują, aby nawadniać swój organizm i utrzymać w porządku swoje upierzenie. Dlatego w tym celu podczas upalnych dni powinniśmy stawiać poidełka z czystą zimną wodą. Pojemniki można stawiać wśród krzewów, które stanowią dobrą ochronę przed palącym słońcem oraz podczas burzy. Zacienione miejsca pozwalają dłużej utrzymać chłodniejszą temperaturę wody oraz pokarmu. Nie znaczy to, że nie trzeba tego wymieniać. Woda w poidełkach szybciej się nagrzewa, a więc należy ją regularnie wymieniać. Pokarm także podczas upalnych dni szybciej się psuje i ulega rozkładowi, stanowiąc zagrożenie dla zdrowia i życia ptaków. Aby tego uniknąć resztki pokarmu wyrzucajmy do śmietnika, aby toksyny nie trafiły do spragnionych żołądków naszych skrzydlatych sprzymierzeńców. Nie dopuszczajmy do ich śmierci, której przyczyną może być zatrucie, odwodnienie lub głód.

Właśnie teraz nadeszła pora, abyśmy mogli się zrewanżować ptakom, które przez cały rok nam pomagają, mimo że tak rzadko to dostrzegamy.


22 czerwca 2017 r.

Dzień Ojca

Rodzice są osobami, które dają nam życie, opiekują się, wychowują i nas kochają. Przez szacunek dla nich w kalendarzu polskim ustanowione są piękne daty, przypominające o i ich świętach.

Dni szczególne

Każdy z nas wie, że Dzień Matki obchodzony jest w Polsce 26 maja. Ustanowiony został w 1914 roku. Dzień Ojca przypada 23 czerwca i świętuje się go nieco krócej, bo dopiero od 1964 roku. Mimo, że obojgu rodzicom należy się szacunek w przedszkolach i szkołach łączy się te święta chociaż mają odrębne daty. Bardzo często Dzień Ojca zbiega się z zakończeniem roku szkolnego. Odnosi się wrażenie, że rola taty w życiu dzieci jest umniejszana niż rola mamy. A przecież ich role są równoznaczne w wychowaniu potomstwa - nie licząc oczywiście rodzin o charakterze patologicznym.

Rola ojca w rodzinie

Zdarza się, że współczesny ojciec przejmuje obowiązki mamy, gdy ona w tym czasie poświęca się robieniem kariery zawodowej. Będąc na urlopie tacierzyńskim współcześni ojcowie radzą sobie świetnie z przewijaniem maleństwa, karmieniem i innymi czynnościami związanymi z pielęgnacją niemowląt.

W wielu rodzinach na barkach ojców spoczywa utrzymanie niepełnosprawnego dziecka oraz jego niepracującej matki. Dzieli wraz z żoną trud leczenia chorego malucha lub dorosłego już syna czy córki, którzy nigdy nie będą w stanie żyć samodzielnie. Tacy ojcowie są ogromnym wsparciem dla swojej rodziny. Oczywiście nie każdy tata wytrzymuje psychicznego i fizycznego dźwigania ciężaru związanego z chorobą dziecka, ale jest to już odrębny temat, którego nie chcę poruszać w przeddzień tego pięknego święta.

Dla wielu z nas tata jest uosobieniem miłości i siły (nie mylić z przemocą!), poczucia bezpieczeństwa oraz bezgranicznej odwagi. Należy pamiętać, że w dorosłym życiu dzieci wychowujące się w normalnej rodzinie będą brały przykład z zachowań własnych ojców i tworzyć zdrowo funkcjonujące pokolenia.


19 czerwca 2017 r.

Wakacje tuż…

Miesiąc czerwiec w naszym mieście od kilku lat wpisał się w kalendarz imprez szkolnych i festynów rodzinnych poświęconych bezpiecznym spędzeniu wakacji głównie dzieci i młodzieży. Z pogadanek mogą też skorzystać osoby dorosłe wybierające się na letni wypoczynek

Czerwcowe niedziele

Świdnickie stowarzyszenia przy nieocenionej współpracy Policji, Straży Miejskiej oraz Zespołu Ratownictwa Medycznego organizują niedzielne festyny, podczas których uczestnicy najczęściej w formie zabawy uczą się, w jaki sposób zachować bezpieczeństwo na drogach i w sytuacjach ratujących życie.

Dzięki takiej czynnej edukacji dzieci już od najmłodszych lat uczą się zasad ruchu drogowego oraz bezpiecznego poruszania się po ulicach bez obecności osób starszych. Bardzo ważną rzeczą jest umiejętność radzenia sobie lub pomagania innym w udzielaniu pierwszej pomocy, gdy staniemy się świadkami kolizji bądź wypadku drogowego. W takiej sytuacji liczy się każda nawet najmniejsza podpowiedź lub czynność. Bardzo często uczestnicząc w tych zdarzeniach uruchamia się retrospekcja i w jednej dosłownie chwili wykorzystujemy nabytą kiedyś wiedzę. Każda minuta oraz refleks może uratować życie uczestnikom wypadku. Dlatego nie należy lekceważyć żadnej podpowiedzi nawet jeśli padnie ona z ust dziecka. Obecnie dzieci i młodzież wykazują większe zainteresowanie przepisami ruchu drogowego oraz udzielaniu pierwszej pomocy niż miało to miejsce w latach ubiegłych. Być może ma to związek z masowym rozwojem motoryzacji, popularnością edukacyjnych gier komputerowych, które pozytywnie wpływają na rozwój młodego człowieka. Organizacje czuwające nad bezpieczeństwem naszego miasta wychodząc naprzeciw zainteresowaniom dorastających pokoleń również przyczynia się do bezpiecznego korzystania z dróg i ulic. Dzięki akcjom jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że będzie tyle samo szczęśliwych powrotów, co wyjazdów na zasłużony odpoczynek.

Majowy dzień

Majowe piękne dni co roku przynoszą mi na pamięć pewne przykre zdarzenie z dzieciństwa.

Halinkę pamiętam jako wesołą 9-latkę mającą wiele koleżanek. Wraz z grupą drugoklasistek przygotowywała się do I Komunii Świętej. Z tej okazji miała mówić piękny wiersz...

Tydzień przed uroczystością zdarzył się wypadek. Halinka nawoływana przez koleżankę przebiegała przez ulicę wprost pod koła ciężarówki. Niestety dziewczynki nie udało się uratować. Wiersz, który ona sama miała recytować przeczytano nad jej małym grobem.

W tamtych czasach organizowano akcje jedynie w szkole, raz w roku. Akcje miały na celu zdobycie karty rowerowej. Uczestnikami byli przeważnie chłopcy. Uważam, że ten wypadek nie miałby miejsca, gdyby ówczesna gmina w której wtedy zamieszkiwałam lub szkoła bardziej zadbała o bezpieczeństwo uczniów.


7 czerwca 2017 r.

Ławeczki

Sezon wiosenno - letni w pełni. Pierwsze ciepłe promienie słońca zachęciły do odważniejszego wychodzenia z domu na skwery i place w naszym mieście. jest to jedna z możliwych form wypoczynku np. w weekendy lub święta. W letnie popołudnia i wieczory starsze osoby korzystają z ławek przed klatkami schodowymi. Niestety, nie każdy ma to „dobro” na wyciągnięcie ręki.

Poduszka i jest git!

Już niedługo będzie rok jak zamieszkałam na osiedlu, na którym ławka przy klatce schodowej stanowi ewenement. Podobno w zamierzchłych czasach one tutaj były i pełniły swoją funkcję, jednak nie wszyscy byli z tego zadowoleni. Co rozmowniejsi sąsiedzi zdradzili nam powód zabrania ławeczek sprzed bloków. Podobno w latach pamiętających niechlubny system przed klatkami schodowymi gromadziły się grupy wyrostków czyt. nastolatków z pobliskiej szkoły i rozpoczynały się lekcje palenia papierosów oraz nauka języka tzw. podwórkowej łaciny. Nie pomagały upomnienia zmęczonych sąsiadów, ani interwencje odpowiednich do tego celu organów. Ławeczki dnia pewnego zniknęły po skutecznym skierowaniu pisma do administratora budynków. Nastała cisza! Przy jednej z klatek zostały tylko dwie ławki z tamtej epoki. Obecnie relikty są chyba w modzie bo nadal siedzą na nich starsze panie nie zważając na ubytki w szczebelkach i wystające zardzewiałe gwoździe. A co tam, podłożą sobie poduszkę i jest git!

Jest cool!

Mnie „git” nie było, bo chciałam mieć „cool”. Balkonu nie mam więc pragnęłam mieć chociaż ławkę, na której mogłabym odpocząć od siedzenia na wózku, a przy okazji korzystać ze świeżego powietrza. Wraz z mamą zaczęłyśmy o tym mówić głośno. Oczywiście zaczęto nam odradzać ten pomysł, tłumacząc, że znów zaczną się schadzki pod klatkami i smród petów. Nie wierzyłam w to, że znów powrócą tamci pseudo nauczyciele od palenia papierosów i podwórkowi lingwiści.

- Dobrze, będzie ławka, ale tylko pod pani klatką - usłyszałam od administratora budynku.

- OK. - odpowiedziałam uradowana.

Po paru dniach panowie fachowcy zamontowali mi przed klatką zgrabną ławeczkę pachnącą drewnem. Początkowo odradzający mi to przedsięwzięcie sąsiedzi ukradkiem i nieufnie spoglądali na upragniony obiekt moich starań, a nocami być może nasłuchiwali, kiedy odezwą się pod oknami krzyki przeszłości. Gdy nic takiego nie nastąpiło sami zaczęli na niej przysiadać. No cóż, ludzie się zmieniają, gdy nabiorą ufności. Sąsiedzi z następnych klatek również zaczęli pisać wnioski o nowe ławki, bo raptem te stare stały się niewygodne, a wystające na nich ostre gwoździe podarły poduszki. Starsi też chcą mieć ławeczki cool! Właśnie im je montują :)


30 maja 2017 r.

Godność człowieka chorego

Od wielu już lat obchodzi się uroczyście dni, które przypominają o godności osób chorych fizycznie, intelektualnie, ludzi starszych i innych grup społecznych. W tym tekście skupię się bardziej na osobach niepełnosprawnych i ich godności.

Godność dana czy nadana?

„Godność osoby ludzkiej ma podstawę w stworzeniu jej na obraz i podobieństwo Boże” - czytamy w Katechizmie Kościoła Katolickiego. Dla wierzącej części naszego społeczeństwa jest sprawą oczywistą, że z chwilą poczęcia dostajemy tę godność i nie ma znaczenia, w jakiej fazie rozwoju jest człowiek, który jest odbiciem tego, Który go stworzył. A więc nikt nikomu nie nadaje godności, ponieważ jest ona wrodzona. Drugi człowiek powinien szanować ten skarb, jako swój własny.

Niestety, nie zawsze ten szacunek jest okazywany nawet w kręgach ludzi, którzy sami uważają się za osoby głęboko wierzące. Aby nie być gołosłowną w tym temacie przytoczę wypowiedź mamy niepełnosprawnego chłopca:

„Filip miał dziś rocznicę I Komunii Świętej. Zaczęło się od samego początku.... żadne dziecko nie usiadło obok młodego w ławce, a siedzieliśmy w pierwszej, jak przyszło do przekazania znaku pokoju wszystkie dzieci odwróciły głowy, nikt nawet nie skiną głową w naszą stronę i Pani mama z bardzo obfitym dekoltem i otwarta buzią podziwiająca młodego jak radzi sobie z opłatkiem, czy mu wypadnie? Czy może się zakrztusi. Nie mam pretensji do dzieci... bo to rodzice ich wychowują. To dorosły powinien wziąć za rękę i pokazać drogę. Podobno wykształceni prawi ludzie... W tamtym roku dzieci brały razem komunie, znają Filipa nie spotkali go pierwszy raz. Gdzie jest problem? Bo nie chodzi z nimi do klasy czy szkoły, bo nie mówi, bo nie chodzi???”

Dzień Godności czy zwykły festyn?

Wiele razy w roku słyszy się o wspomnianych dniach godności osób niepełnosprawnych fizycznie lub intelektualnie. Miasta lub gminy organizują je z czynnym udziałem dzieci z dysfunkcjami po to, aby pokazać szerszemu gronu społeczeństwa, że wszyscy jesteśmy jednakowi mimo różnicy w postawie fizycznej czy intelektualnej. Te braki w zachowaniu chorych dzieci nie dają przyzwolenia, aby z nich się naśmiewać lub stosować przemoc fizyczną. Takie Dni powinny o tym przypominać.

Bardzo często jest tak, że rodzice przychodzą ze swoimi zdrowymi dziećmi niczego im nie tłumacząc: jaki jest cel tej „Imprezy”, dlaczego w programie artystycznym tańczą lub śpiewają dzieci na wózkach inwalidzkich? Jedni przychodzą, bo mają wolne popołudnie, spędzą czas z rodziną, zjedzą smaczny deser, a potem wracają do domu niczego z tej imprezy nie wynosząc poza smakiem zjedzonych lodów lub cukrowej waty. Inni natomiast są pod ogromnym wrażeniem występów artystycznych dzieci, z którymi terapeuci spędzają wiele godzin, aby nauczyć je prostego układu choreograficznego. Do niektórych osób cel ten dociera i starają się zrozumieć zachowania chorych dzieci nie zawsze odpowiednie z ogólnie przyjętą normą.

Jeśli jednak nadal sytuacje jak ta, o której opowiada mama niepełnosprawnego Filipa będą się powtarzały… w kościele, w szkole, na ulicy. Marzeniem moim jest, aby takie Dni Godności przestały istnieć, aby każdy dostrzegał w każdym tę godność, którą zostaliśmy bez wyjątku obdarowani (niezależnie od wyznania), aby dzieci niepełnosprawne przestały udowadniać zdrowemu społeczeństwu, że też są wartościowi. Choroba nie pozbawia nikogo szacunku, o którym często zdrowi ludzie zapominają, rozmawiając w obecności chorego dziecka tak, jak miało to miejsce w obecności Filipa.


26 maja 2017 r.

Nasze Mamy

Polski kalendarz oprócz zaznaczonych kolorem czerwonym świąt wolnych od pracy ma jeszcze jedną szczególną datę – 26 maja, czyli Dzień Matki. Chociaż jest to zwyczajny roboczy dzień prawie każdy z nas odwiedza wtedy swoją mamę, by podziękować jej za trud urodzenia i wychowania.

Mama niejedno ma imię

Jakie są mamy? To pytanie jest bardzo trudne, aby udzielić natychmiastowej odpowiedzi, zwłaszcza żyjąc w tak trudnych czasach, jak obecne. Zbyt często słyszymy w mediach o porzuconych noworodkach, skrzywdzonych niemowlętach, które dopominały się od swoich matek minimum uwagi, troski i podstawowych czynności aby ich dzieci mogły wzrastać w pełnej rodzinie. Nie wiem, co myśli matka wyrzucając swoje dziecko z okna, bo domagało się pokarmu lub chciało poczuć dotyk jej rąk.

Dane mi było poznać porzucone dzieci. Dorosłe już, ale bardzo tęskniące do matczynych ramion, mimo że te ramiona się przed nimi zamknęły… żyją obok, ale tak jakby były obcymi dla siebie ludźmi. Ich dzieci wychowywane przez dziadków musiały same – metodą prób i błędów – nabywać doświadczenia bez możliwości porady czy zwyczajnych zwierzeń. Czy powinny pójść do nich z kwiatami i poprosić o podanie przyczyny takiego zachowania?

Znam mamy adopcyjne, które wybrały niemowlę z widoczną, wrodzoną lub nabytą niepełnosprawnością, pokochały je, leczyły, rehabilitowały, siedziały przy nim całe noce na szpitalnej Sali, podając do ust zwilżoną szpatułkę, ponieważ tylko w ten sposób mogły ulżyć cierpieniu dziecka w pierwszych dobach po operacji. Uśmiech zdrowiejącego dziecka jest dla nich największym prezentem.

Są też matki chore na oddziałach szpitalnych, miesiącami tęskniące do swoich dzieci. Wiele by dały, aby chociaż przez moment ujrzeć twarzyczkę swojego dziecka, przytulić je, pogłaskać po włosach. To właśnie te dzieci są dla nich motywacją do dalszego leczenia oraz walki o życie i często ją wygrywają

W wielu domach mieszkają matki zapomniane… wykształciły swoje „pociechy”, a teraz własna rodzina lub kariera zawodowa przysłania im oczy i nie mają czasu bądź pamięci, aby odwiedzić matkę, która tęskni. W przeszłości być może to właśnie ona odmawiała sobie wielu przyjemności po to, by jej dziecku żyło się dostatniej. Teraz została pustka i niema, ale jakże wymowna kartka z kalendarza z datą 26 maja.


19 maja 2017 r.

Wiosenny spacer po Świdniku

Przez wiele lat marzyłam, by nasze miasto było przyjazne dla wszystkich, którzy tu mieszkają, a także dla tych, co je odwiedzają. Nie myślałam wyłącznie w tej kwestii tylko o ludziach, ale także o architekturze Świdnika. Od tych marzeń upłynęło wiele czasu i dużo się zmieniło w mentalności mieszkańców oraz dostosowaniu publicznych miejsc, które dawniej nie były dostępne dla osób niepełnosprawnych i matek z dziecięcymi wózkami.

Spełnione marzenie

Chodząc (w moim przypadku jeżdżąc) po mieście można być pewnym, że większe sklepy dostosowane są do możliwości i potrzeb osób poruszających się przy pomocy lasek oraz wózków inwalidzkich. Galerie handlowe, przychodnie i inne budynki stanowiące użytek publiczny wyposażone są w windy, ruchome schody. Miła obsługa personelu to dodatkowy atut w załatwianiu niezbędnych spraw. Przyjemnie jest zwłaszcza wiosną i latem korzystać z promieni słońca siedząc przy kojącej stresy fontannie, która szumem wody uspokaja szarą codzienność.

Osiedlowe dróżki

Zanim dotrzemy do tych idyllicznych miejsc musimy pokonać osiedlowe uliczki, które dla nas niepełnosprawnych stanowią niemałą barierę. Obniżone w wielu miejscach krawężniki wcale nie zapewniają komfortu podczas spaceru. Bardzo często zjazdy dla wózków i niskie krawężniki są zablokowane przez nieuważnych kierowców, którzy właśnie w takich miejscach parkują swoje auta. Pół biedy jeśli jego właściciel jest w środku i na naszą prośbę zareaguje. Trudniej jest, gdy auto czeka na swojego pana, który nie wiadomo kiedy wróci. Co wtedy robić? Nikt nie wie,, jak ciężko jest podnieść wózek inwalidzki wraz z siedzącą na nim często bezwładną osobą i wjechać na wysoki krawężnik. Nikt o tym nie wie, kto nie ma z tym do czynienia na co dzień. Przypuszczam, że ci bezmyślni kierowcy nie zwracają uwagi na te udogodnienia przeznaczone dla inwalidów lub matek z dziecięcymi wózeczkami. Proszę, nie utrudniajmy sobie życia, które dla jednych są drobiazgami, a dla innych stanowią przeszkodę nie do pokonania.


4 maja 2017 r.

Miłośnicy kwiatów

Nareszcie nadeszła długo oczekiwana wiosna. Na targu zaroiło się od sprzedających sadzonki różnego rodzaju drzewek, krzewów i kwiatów. Kupują je działkowcy, ale także ci, którzy mają kawałek ziemi np. pod swoim oknem.

Przyblokowe ogródki

Przechodząc osiedlowymi uliczkami można spotkać panie, tworzące oryginalne ogródki kopiąc najpierw trawę na trawnikach przynależących do ich mieszkań. Głównie są to mieszkanki parterów. Praca ciężka, ale wdzięczna i przyjemna zwłaszcza dla estetów. Zakwitają już pierwiosnki, zawilce, niezapominajki i kolorowe tulipany. Spacerując alejkami większość mieszczuchów ma namiastkę ogrodu botanicznego lub powrotu w czasy dzieciństwa, gdy cieszyły oczy rozkwitające magnolie czy zwykłe lazurowe fiołki w babcinym ogródku. Posiadacze mini działki podczas pracy fizycznej odstresowują się, zostawiając chociaż na chwilę swoje zmartwienia. Nie myślą o tym co boli, zapominają o zmartwieniach dnia codziennego, mając wizję zaplanowanego ogródka. Czasami jest to jedyna forma zagospodarowania wolnego czasu, ale jakże przyjemna!

Zrozpaczona ogrodniczka

Podczas spacerów na moim osiedlu zaznajomiłam się z pewną panią, która codziennie dopieszczała swój przyokienny ogródek. Sadziła cebulki tulipanów, mieczyków, siała kwiaty rabatowe, sadziła kolorowe bratki, które zdawały się swoimi buźkami uśmiechać do każdego przechodnia. Odwiedzałam właścicielkę ogródka prawie codziennie. Widziałam jak rozmawia z pączkami rozchylających się kwiatów. Nie szczędziła siły, aby jej ulubieńcy nie zarosły chwastami, dbała by promienie słońca miały dostęp do każdego kwiatka.

Pewnego dnia zastałam ją bardzo smutną, była zrozpaczona. Siedziała na ławce i ocierała łzy. Zaczęłam dociekać, co się stało? Okazało się, że w nocy ktoś zerwał kwiaty z jej ogródka, a ona nawet nie zdążyła się nimi nacieszyć. Razem z nią nie mogłam pojąć, jak można wyciągnąć rękę po cudzą własność. Ten, kto tego niechlubnego czynu dokonał nie zdawał sobie sprawy, że odebrał ochotę do robienia rzeczy pożytecznych, a przede wszystkim sprawił ogromną przykrość właścicielce ogródka. Przysłuchujący się naszej rozmowie mały chłopiec doradził, aby okradziona pani zamiast estetycznym płotkiem obsadziła swój ogródek pokrzywami i ostami. Takie naturalne ogrodzenie zabezpieczy kwiaty przed ich zachłannymi „miłośnikami”. Trudno nie przyznać chłopcu racji.


2 maja 2017 r.

Mój „bieg” dla Jasia

Pasję „biegania” odkryłam w sobie dzięki moim koleżankom, które parę lat temu namówiły mnie do uczestnictwa w sponsorowanym Biegu Caritas w Lublinie. Cel był szczytny - pomoc dzieciom z ubogich rodzin. Kocham dzieci więc długo nie zastanawiałam się nad podjęciem decyzji. I tak już „biegam” prawie co roku wspierając potrzebujących. Zmieniają się tylko moi pomocnicy.

Bieg dla Jasia

O naszym małym Świdniczaninie zrobiło się głośno dwa lata temu. Jaś Karwowski po raz pierwszy wówczas rozpoczął walkę z siatkówczakiem oka. Leczenie było bardzo kosztowne. Nasz Narodowy Fundusz Zdrowia nie refunduje kosztów zagranicznego leczenia. Środki na ten cel musieli zebrać rodzice chłopca, a kwota była bardzo wysoka, jak na możliwości rodziny. Pomogła im w tym świdnicka społeczność organizując różnego rodzaju zbiórki i kwesty uliczne. Wtedy też odbył się I Bieg dla Jasia oraz licytacja cennych przedmiotów podarowanych przez hojnych mieszkańców naszego miasta.

W tym roku sytuacja się powtórzyła. Chłopiec po raz drugi podjął walkę o uratowanie oczka. Instytucje w naszym mieście w tym m.in. Miejski Ośrodek Kultury, Fundacja Rycerze i Księżniczki, Świdnicki Klub Motocyklowy "Usarz" oraz Stowarzyszenie „Biegający Świdnik” zorganizowały II Bieg dla Jasia.

Spełnić moralny obowiązek

Po przeczytaniu ogłoszenia bardzo chciałam w tym Biegu uczestniczyć. Chciałam dołożyć coś od siebie, coś co mogło by przyczynić się do ratowania wzroku Jasia. Aby moje marzenie stało się realne musiałam znaleźć chętnego człowieka, który przebiegnie ze mną i moim wózkiem od linii Startu, aż do Mety. Jakaż była moja radość, gdy taką chęć wyraził wielokrotny biegacz ze Stowarzyszenia „Biegający Świdnik” - Piotr Białoszewski. Problemem już została tylko deszczowa pogoda. Jako osoba wierząca miałam nadzieję, że 29 kwietnia 2017 roku Opatrzność przetrze chmury nad Świdnikiem i zaświeci słońce chociaż na czas trwania Biegu. Kolejny raz moja nadzieja i Pan z nieba rozgonili szare chmury. W czasie Startu wyjrzało słońce - deszczu nie było! Wybraliśmy krótszą trasę, ponieważ wraz z nami hulał na swej hulajnodze Szymon, kilkuletni synek mojego biegacza. Tą trasą biegły też inne dzieci np. na rowerkach, hulajnogach, rolkach i innych kółkach… to było bardzo budujące. Cieszyła mnie postawa rodziców, że uwrażliwiają swoje pociechy na potrzeby innych.

W moim sercu rosła radość z każdym przebytym odcinkiem drogi. Chciałam dać coś z siebie i dawałam dzięki sprawnym nogom Piotra. Do Mety dobiegliśmy zmęczeni lecz szczęśliwi, ponieważ spełniliśmy swój moralny obowiązek względem małego Jasia! Oby ten Bieg był ostatnim biegiem organizowanym dla tego chłopca, oby już raz na zawsze przegonił chorobę, która wymaga tyle wysiłku ze strony najbliższych.


21 kwietnia 2017 r.

Fundament

Często zadajemy pytanie parom z wieloletnim stażem, jaka jest recepta na trwały związek małżeński? Padają różne odpowiedzi: zaufanie, wzajemne uzupełnianie się w czynnościach domowych etc. etc. Każda z par ma swoje zdanie na ten temat.

Ona i On

Najpierw po obu stronach monitora była samotność. On odczuwał ją z powodu ograniczeń fizycznych i braku kontaktu z ludźmi na tyle, na ile tego pragnął. Ograniczał go wózek inwalidzki. Zawsze odczuwał pragnienie poznania drugiej osoby, która zaakceptuje go takim, jakim go stworzyła natura.

Ona - studentka, odczuwała podobnie mimo że była sprawna, niezależna. „Spotkali się” na portalu randkowym. Pisali ze sobą o życiu, o jego prozie i o marzeniach. Oboje otworzyli się przed sobą, stali się bratnimi duszami. Odległość, jaka ich dzieliła na razie nie była barierą. Umawiali się na rozmowy wieczorami, które trwały do północy, a Oni nie odczuwali nasycenia. Nic przed sobą nie ukrywali: stanu zdrowia i marzeń, które pragnęli realizować. Taki „związek” trwał około roku zanim odważyli spotkać się w realnym świecie.

Czekał na Nią na peronie z bukietem kwiatów w drżących dłoniach. Od razu przypadli sobie do gustu. Parę dni bycia razem pozwoliło Mu stwierdzić, że jest trochę szalona, wręcz zwariowana, ale w pozytywnym znaczeniu…

Ona zobaczyła w nim faceta, a nie tylko wózek. Zobaczyła Jego inteligencję a przede wszystkim dobre serce. Potem znów „spotykali się” wirtualnie, ale te spotkania były już inne niż dawniej, bo bardziej emocjonujące. Tęsknili. Byli pełni obaw zanim powiedzieli, że jednak chcą być razem na dobre i na złe.

Fundament

Dzień ślubu był Ich wymarzonym dniem. Ona w wianku z żywych kwiatów na głowie wyglądała bardzo dziewczęco niczym bajkowa rusałka. On w garniturze prezentował się bardzo dostojnie, jak na pana młodego przystało. Do ołtarza to Ona go prowadziła…

Prowadzi go do dziś. Przez ulice zatłoczonego miasta. Wracając ze spaceru do wynajętej kawalerki siada na Jego szczupłych kolanach i razem mkną na wózku wzbudzając w ludziach podziw, sensację czasami współczucie - dla Niej oczywiście!

Czy są ekscentryczni? Nie! Bo czy miłość jest ekscentryczna? Sami twierdzą, że to właśnie uczucie jest fundamentem Ich związku. Nie wypada się z tymi słowami nie zgodzić.


13 kwietnia 2017 r.

Nie dajmy się pochłonąć…

Zbliża się okres Świąt Wielkanocnych. Z przykrością obserwuję zanik obyczajów i tradycji związanych z tymi radosnymi Świętami. Od paru lat w nasze życie wchodzą nowe zwyczaje niekoniecznie lepsze, a wręcz uboższe duchowo.

Ile stół utrzyma…

Na tydzień przed Wielkanocą (a nawet wcześniej) rozpoczyna się gonitwa po sklepach. Zapobiegliwe panie domu „polują” na chudziutkie kiełbaski, szyneczki oraz boczki. Biedne kury nie nadążają znosić jaj tak bardzo mających związek z wielkanocną tradycją, bo są potrzebne nie tylko do „święconki”, ale także jako jedne ze składników do ciast i innych potraw przygotowywanych na tę okoliczność. Gdy już wszystkie produkty zalegają w domowych szafkach następuje ogólne sprzątanie mieszkania. Dzieje się to tak, jakby zapanowała choroba zakaźna w całym domu lub społeczne odrobaczanie. A przecież to tylko i aż Święta, które mają też wymiar duchowy, o którym często się zapomina albo zmęczeniem tłumaczy rezygnację z udziału w nabożeństwach Triduum Paschalnego, malowania pisanek, zajęcia tak bardzo lubianego kiedyś przez dzieci, integrującego kilka pokoleń przy jednym stole. Padanie na twarz z powodu szaleńczych przygotowań zubaża obecną generację w to, co przekazywali nam nasi przodkowie - w naszą polską tradycję. Zamiast tego uczymy młodzież pogoni za komercją, bez zatrzymania się, aby zrozumieć sens nadchodzących Świąt Wielkanocnych.

Nowa „tradycja?”

Dzisiaj powstaje nowa tradycja świąteczna zwana konsumpcją. Pisanki z czekolady można kupić w sklepie. Wolimy je podarować dzieciom w ramach prezentu zwanego „wielkanocnym zajączkiem”. Jest to niemiecki zwyczaj dawania wiosennych prezentów, który „biega” sobie po świecie od XIX wieku. W Polsce „zajączek” najbardziej rozpowszechniony jest w Wielkopolsce, na Śląsku i częściowo w województwie łódzkim i lubelskim. Nie dajmy się pochłonąć sprzątaniu i bieganiu po sklepach. Bardziej niż wymierny prezent potrzebny jest czas poświęcony bliskim, wspólny spacer czy nawet obejrzenie familijnego filmu, jeśli pogoda nie sprzyja wypadom na łono natury. Może takie spędzanie wolnych dni nabierze charakteru tradycji?


6 kwietnia 2017 r.

„Łańcuszki szczęścia” na komunikatorach internetowych

W ciągu ostatnich lat wzrosła popularność i dostępność do Internetu w naszych domach. Internet już nie tylko spełnia rolę źródła informacji naukowych lub informacyjnych, ale także jedną z form rozrywki. Mamy do dyspozycji wiele komunikatorów, które służą do porozumiewania się ze znajomymi (i nie tylko) na całym świecie. Czy to dobrodziejstwo techniki jest jednak dobrze wykorzystywane?

Papierowe „szczęście”

Dzisiaj chcę skupić się na tzw. „łańcuszkach szczęścia”, które przesyłane do kilkunastu osób obiecują szczęście lub nieszczęście w zależności od tego, czy ulegniemy ich wpływowi na naszą psychikę.

Dawniej również istniały takie „łańcuszki szczęścia”. Otrzymywali je adresaci w formie listów. Oczywiście zarabiała na tym poczta, jeśli ktoś zdecydował się przepisać ręcznie treść w kilkunastu egzemplarzach i rozesłać je do swoich znajomych. Niektórzy ułatwiali sobie tę czynność używając kalki. Niestety, nikomu to jednak obiecywanego szczęścia nie przyniosło, a ci którzy tego nie zrobili również mieli się dobrze mimo zapowiadanych nieszczęść, jeśli ktoś odważy się przerwać to listowne koło fortuny lub całkowitego bankructwa.

Wirtualna zapowiedź Idylli

W dzisiejszych czasach również istnieją „łańcuszki szczęścia”, jednak w formie o wiele wygodniejszej. Treść cudownego tekstu przesyłana jest przez komunikatory internetowe na zasadzie kopiuj – wklej, co odbiorcom bardzo ułatwia drogę do potencjalnego szczęścia bądź nieszczęścia, jeśli internauta przerwie tą wątpliwą zabawę bądź co bądź dorosłych ludzi. Zmieniła się jedynie forma przekazu. W ich treści nadal są obietnice sprzyjającej fortuny lub nieustannej opieki dobrych Aniołów, jeśli prześlemy tę wiadomość do wszystkich znajomych, znajomych znajdujących się na liście naszego komunikatora.

Jest też próba zastraszenia wypadkiem bliskich nam osób lub to, że jesteśmy bez serca, wyzbyci człowieczych cech, jeśli nie spełnimy zaleceń zawartych w tekście. Co wrażliwsi ulegną tym bzdurom. zastanawiam się jednak, kto na tym zyska, a kto straci? Uważam, że na pewno stracimy cenny czas, który moglibyśmy wykorzystać robiąc coś naprawdę pożytecznego zamiast skupiać się na wysyłaniu takich wiadomości, a potem oczekiwaniu wątpliwego szczęścia. Dajmy innym radość, angażując się w różnego rodzaju dobre wydarzenia. Będzie to na pewno czas należycie spożytkowany dający szczęście innym i sobie. To my bądźmy aniołami dla tych, którzy potrzebują naszych skrzydeł.


22 marca 2017 r.

Międzynarodowy Dzień Poezji

21 marca jest nie tylko pierwszym dniem wiosny, ale także Międzynarodowym Dniem Poezji. Z tej okazji w wielu placówkach o profilu kulturalnym organizuje się wieczory poezji i spotkania literackie, których celem jest prezentacja wierszy oraz przybliżenie sylwetki ich autora.

„Wszystko jest poezją”

Wieczór poezji pod takim tytułem zorganizowała Miejsko – Powiatowa Biblioteka Publiczna im. Anny Kamieńskiej w Świdniku przy czynnej współpracy Zespołu Literackiego działającego w świdnickim Uniwersytecie Trzeciego Wieku.

Galeria Biblioteki zgromadziła wielu miłośników Erato i dobrej literatury. Panie z Zespołu Literackiego pod czujnym okiem i słuchem Haliny Ciechomskiej prezentowały wiersze, które wyszły spod piór: Agnieszki Osieckiej, Haliny Poświatowskiej, Ildefonsa Gałczyńskiego oraz Edwarda Stachury. Wszyscy wymienieni tu autorzy w swoich utworach zastanawiali się nad sensem miłości, życia i śmierci... Czy im się to udało? Być może właśnie w swoich utworach przekazują nam odpowiedź.

Dzięki pięknej interpretacji my odbiorcy mogliśmy oddać się zadumie, uniesieniu i zastanowić się nad własną egzystencją, pięknem otaczającego świata oraz nad wrażliwością drugiego człowieka.

Klimat, jaki wytworzył się podczas spotkania trwał nieprzerwanie nawet wtedy, gdy z oddali słychać było warkot helikoptera, czy dzwoniące na widowni telefony. Jak widać z tego doświadczenia nic nie jest w stanie zagłuszyć prawdziwego piękna słowa wolno spadającego na dno serca człowieka spragnionego wyciszenia i oderwania się od zwykłej, szarej codzienności. I chociaż ta codzienność wkradała się poprzez dźwięki nie była w stanie przyćmić mocy słowa.

Zakończenie spotkania nastąpiło niespodziewanie, wyrywając nas z zamyśleń, wyobraźni, która w czasie takich spotkań bardzo mocno działa w umysłach odbiorców. Czuliśmy niedosyt. Poezja jest sztuką, a więc trwa dopóty, dopóki będzie odkrywana i czytana przez następne pokolenia… oby trwała wiecznie.


20 marca 2017 r.

Kostek

Ile trzeba mieć nienawiści, aby skrzywdzić małe, bezbronne zwierzę? Człowiek, który powinien dbać o swój żywy dobytek niekiedy staje się potencjalnym mordercą, tak jak w przypadku poniżej opisanej historii kota, który z tego powodu wabi się Kostek.

Plastikowa torba zamiast serca

Z pozoru zwyczajny kot. Dachowiec, jak wiele kotów. Łaciaty: czarno - biały. Psotny nieświadomie, bo jeszcze młody, ale z brzemieniem przykrych przeżyć. Parę tygodni po narodzinach czyjaś bestialska ręka zamiast go przytulać zamknęła w plastikową torbę i wyniosła daleko poza obręb domostw. Nie wiadomo, jak długo tam leżał. Wychudł, bez jedzenia i powietrza – to cud, że przeżył. Gdy go znaleziono futerko wisiało na jego drobnych kostkach. Aby upamiętnić ten przykry fakt nazwano go Kostek.

Nowy dom

Tym razem trafił na dobrą rękę, która zaniosła go do przychodni weterynaryjnej w Świdniku. Po zbadaniu i popatrzeniu ran, Kostek trafił do adopcji. Nie wiem, jak długo czekał na spokojny dom.

Pan Karol, człowiek pracowity mimo że jest na zasłużonej emeryturce zawsze lubi coś komuś pomóc, zrealizować otrzymane zlecenie. Tak było i tamtego dnia. Nic nie zapowiadało rewolucji w jego życiu, a tym bardziej domu. Ot zwyczajne zlikwidowanie usterki, jaka przydarzyła się tego dnia w przychodni dla czworonogów. Gdy już uporał się z usunięciem awarii poczuł, że coś usiadło mu na głowie. W odbiciu lustra zobaczył na swej czuprynie małego kotka otulającego włosy niczym futrzana czapka. To był właśnie Kostek. Sam wybrał właściciela i dom, w którym odnalazł ciepły kąt, pełną miskę, a nade wszystko serce człowieka, którego tak bardzo mu brakowało.

Od tamtej pory Kostek jest w centrum zainteresowania najbliższej rodziny jego nowego właściciela. To nic, że czasami jego figle urastają do rangi psot. Jest mu to szybko wybaczane, ponieważ wszyscy są świadomi, że młody kot musi gdzieś wyładować swoją energię np. na wiszących w oknie firankach lub na półkach kuchennych mebli.

Figle Kostka wybacza miłość, której kiedyś tak bardzo mu brakowało.


8 marca 2017 r.

Wsłuchani w poezję

W naszym kalendarzu 3 marca został ustanowiony jako Międzynarodowy Dzień Pisarzy. Z tej racji trzy dni później, zostałam zaszczycona zaproszeniem na lekcję języka polskiego do Gimnazjum Nr 1 im. Jana Pawła II w Świdniku. Każdy pisarz wie, że najtrudniej jest opisać własne przeżycia z czytelnikami. Jednak podjęłam się tego wyzwania ze względu na wrażliwość oraz liczne talenty moich młodych odbiorców.

„Musicie od siebie wymagać…”

Znajoma z wyglądu szkoła od zawsze była mi przyjazna. Jako uczennica przychodziłam tu na akademie, teatrzyki, rozpoczęcia i zakończenia roku szkolnego. Moja edukacja odbywała się trybem indywidualnym, czyli w domowym zaciszu.

6 marca 2017 roku byłam tam w charakterze pisarki, która ma dać swoją twórczością lekcję życia zgromadzonej w bibliotece młodzieży. Już u stóp wysokich schodów przywitała mnie głęboka myśl Patrona szkoły: „Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od Was nie wymagali". Każdy z nas odbiera to przesłanie osobiście. Ja też tak uczyniłam. Schody! Zebrałam siły i z pomocą Mamy oraz moich przyjaciół ruszyłam pewnym krokiem pod górę ku otwartym drzwiom biblioteki. Pokonałam schody, bo wymogłam to na sobie i postawiłam za cel.

Kuźnia talentów

Pani Agnieszka Piwnicka - Jagielska wraz ze swoimi wychowankami powitała nas bardzo serdecznie. Moi przyjaciele: Małgorzata Kołodyńska i Bogdan Kędziora z wielkim wzruszeniem czytali wiersze, które z upływem twórczego czasu zebrały się w pokaźne tomiki. Młodzież zasłuchana w szept poezji chłonęła słowa, będące moim krzykiem do całego świata, który najpierw mnie odrzucał, a potem zaakceptował. Zakończenie spotkania trwało dłużej niż przewidziano. Dyskusje, ujawnianie własnych talentów to jest coś, co najbardziej lubię, gdy kończy się mój poetycki program. Jestem bardzo poruszona wdzięcznością młodzieży za piękny koncert wokalno - muzyczny, kwiaty, wspólne zdjęcie, które teraz stoi na mojej półce z ukochanymi książkami. Dziękuję wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do organizacji tego spotkania: Dyrekcji Gimnazjum Nr 1 w Świdniku, Pani Agnieszce Piwnickiej – Jagielskiej i jej utalentowanym sportowo, muzycznie i wokalnie uczniom, moim recytatorom oraz Mamie i wieloletniej przyjaciółce Halinie Fijałkowskiej.

Zawsze podkreślam, że dzięki poezji od wielu lat jestem postrzegana już nie jako biedna, pełna bólu niepełnosprawna lecz jako normalnie zauważająca rzeczywistość kobieta. Czując wdzięczność za ten dar postanowiłam go ujawniać, prezentując swoje wiersze wśród dzieci, młodzieży i dorosłych. Przy okazji staram się pokazywać, że każdy człowiek nawet ten niepełnosprawny może dać innym coś pięknego - nawet uśmiech!


3 marca 2017 r.

Uwięzieni we własnych mieszkaniach

W latach 60-70 minionego stulecia mieszkanie w 4 piętrowym bloku było szczytem marzeń dla wielu polskich rodzin. Wyższe kondygnacje cieszyły się większym popytem niż partery, którym przypisywano wiele minusów. Jak jest obecnie, gdy nasze społeczeństwo się powoli starzeje, a na windy w blokach nie ma co liczyć?

Nieubłagany czas

O tej prawdzie wie każdy, kto próbował się z nim zmierzyć. Czas przeważnie nas zaskakuje. Często się zda budzimy się zdarza, że ulegamy nagłemu wypadkowi lub budzimy się z potwornym bólem. W tym momencie zaczynają się schody dosłowne i te metaforyczne. Organizm człowieka jest tak zbudowany, że nawet przy drobnej dysfunkcji kończyn lub narządu wewnętrznego nie jest w stanie poprawnie funkcjonować. Zejście ze schodów na umówioną wizytę lekarską bez pomocy osoby drugiej jest bardzo ryzykowne, mimo jednostronnych poręczy przy stopniach. Z takimi sytuacjami bardzo często spotykają się staruszkowie, gdy ich dzieci wyfrunęły z rodzinnego gniazda, a teraz zajęte są budowaniem własnych gniazd z daleka od rodziców.

Inną sprawą lecz też bardzo niepokojącą jest niepełnosprawność wynikła podczas nagłego wypadku lub choroby, która również przychodzi niespodziewanie. Myślę tu także o osobach młodych wiekiem, mających rodziny na utrzymaniu. Niekiedy te najbliższe osoby również nie są w stanie zapewnić odpowiedniego bezpieczeństwa podczas przemieszczania się schodami. Transport medyczny też nie zawsze pacjentowi przysługuje. Na wizytę domową często jest się za „zdrowym”, aby uniknąć ryzyka potknięcia się na wypastowanych schodach i narażenia siebie na jeszcze groźniejsze skutki choroby lub niepełnosprawności. Na marginesie dodam, że w naszym mieście zdarzyło się parę wypadków śmiertelnych właśnie mających miejsce na klatkach schodowych.

„Więźniowie”

Strach przed zmierzeniem się ze schodami uwięził ludzi zwłaszcza tych mieszkających na wyższych kondygnacjach bloków. Z tego powodu m.in. partery odzyskały swoją rynkową wartość. Nikomu już nie przeszkadzają ich rzekome mankamenty. Coraz mniej osób chce się ich pozbyć. Łatwiej jest się z nich wydostać do lekarza, po zakupy, a nawet na zwykły spacer. Człowiek nie może żyć wyłącznie w czterech ścianach w odosobnieniu od społeczeństwa, bez możliwości wyjścia na świeże powietrze. Niestety ludzie tak egzystują latami zdani wyłącznie na pomoc sąsiadów lub opiekę społeczną. Są oni „więźniami” we własnych domach, którymi nikt się nie przejmuje, ponieważ decydenci od ustalania norm i zakazów ich zwyczajnie nie widzą. Klatki schodowe nie spełniają norm unijnych, aby mogły być zamontowane krzesełka lub platformy przychodowe. A przecież prawa uchwalają ludzie dla ludzi. Czemu więc sami dla siebie „uchwalamy” bariery, o które wcześniej czy później się potkniemy? Trochę empatii i wyobraźni nikomu by nie zaszkodziło!


23 lutego 2017 r.

Mój czas

Dzisiaj pozwolę sobie na odrobinę prywatności. Ostatnie życiowe zawirowania oprócz wzbudzonego we mnie niepokoju pozwoliły mi na zastanowienie się nad swoim istnieniem.

Przewartościowanie życia

Tak jak wcześniej napisałam wszystko zaczęło się dziać może nie nagle, ale bardzo intensywnie. Z dnia na dzień wykryte choroby wśród najbliższych, cierpienie, odejścia… stały się przyczyną do zastanowienia się nad życiem i jego sensem.

Słyszałam o planach, które już nigdy nie zostały zrealizowane, ponieważ zabrakło sił, a potem zabrakło osób snujących swoje zamysły. Życie rządzi się własnymi prawami i wszelkie nasze zamierzenia weryfikuje. Zostaje potem niesmak niespełnionych dążeń, celów. Zostajemy bezradni wobec tego, co i tak musi nastąpić. Wypada się tylko z tym pogodzić, bo rwanie włosów z głowy nic nie pomoże. Wypada tylko wierzyć, że nic nie dzieje się bez przyczyny, bez odpowiedzi, która wcześniej czy później musi się pojawić. Wiara w istnienie Kogoś, kto kieruje naszym życiem pomaga wielu osobom. Bez tego przeświadczenia jest bardzo trudno przyjmować przeciwności losu, bo jak uwierzyć w bezsens choroby i śmierci?

Jest tylko „dziś” - mój czas

Patrząc na tragedie dziejące się w rodzinie i na świecie zrozumiałam, że nie warto snuć dalekosiężnych planów, ponieważ one nigdy mogą być niezrealizowane. Moja wewnętrzna metamorfoza nie nastąpiła nagle. Był to długofalowy proces: pytań, przemyśleń, wniosków. Od tamtego momentu dla mnie liczy się to, co dzieje się dziś. Jutro jest niepewne więc po co się martwić, co ono przyniesie? Biegając po stronach internetowych natrafiłam na bardzo mądry cytat, którym chcę się podzielić:

„Wczoraj to już historia, jutro to tajemnica. Ale dziś to dar losu. A dary są po to, żeby się nimi cieszyć” - Oogway. / Kung Fu Panda

W tej myśli jest zawarta ogromna mądrość i prawda. To nic , że pochodzi on z bajki wszak z bajek czerpiemy życiową mądrość i należy pamiętać, iż w każdej bajce tkwi ziarenko prawdy.

Dziś - jest to mój czas, który staram się dobrze wykorzystać, każdą chwilę, minutę… bo jutra już dla mnie może nie być.


17 lutego 2017 r.

„Serca dla Dzieci”

Już po raz piąty Fundacja Oswoić Los zorganizowała charytatywny bal „Serca dla Dzieci”. Całkowity dochód z imprez przeznaczony jest na pomoc dla rodzin podopiecznych, którzy rozsiani są po całej Polsce m.in. w Świdniku. Tegoroczna impreza odbyła się 11 lutego 2017 roku we wspaniałych wnętrzach Hotelu Victoria w Lublinie.

Od początku…

Patronką Fundacji Oswoić Los jest Hania Łukasiewicz - urocza 12-letnia dziewczynka zmagająca się z Dziecięcym Porażeniem Mózgowym od urodzenia. Kasia i Karol - Jej dzielni rodzice przed 6 laty założyli fundację „Oswoić Los” oraz portal „Damy Radę”. Obydwie organizacje skupiają rodziców dzieci z różną niepełnosprawnością. Kasia Łukasiewicz, prezes fundacji - przy wsparciu męża Karola - dba o to, by te rodziny parę razy w miesiącu miały odskocznię od szarej codzienności. A więc organizuje kilkudniowe wyjazdy w atrakcyjne zakątki Polski, skupia całe rodziny na różnego rodzaju warsztatach, aby nauczyć się czegoś nowego, a przy tym pobyć ze sobą, bo czasu na bycie razem zwyczajnie brakuje. Jesienią organizowane są także Pikniki Integracyjne dla rodzeństwa.

Za swoją działalność Fundacja została odznaczona Medalem Prezydenta Miasta Lublina (2015), a potem Europejską Nagrodę Obywatelską odebraną 14 października 2015 roku w Parlamencie Europejskim w Brukseli.

Jubileuszowy bal „Serca dla Dzieci”

Sala w Hotelu Victoria powoli wypełniała się gośćmi. A byli to ludzie znani z ekranów telewizyjnych, ludzie kultury, sportu, biznesu oraz rodziny należące do naszej fundacyjnej rodziny. Każdy niósł ze sobą gorące serce gotowe do pomocy tym najsłabszym. W rytm muzyki zespołu Future Folk i góralskich piosenek śpiewanych przez Staszka Karpiela-Bułeckę oraz krakowską wokalistkę, Olę Pieczarę. Lider zespołu Formacja Nieżywych Schabuff Olek Klepacz - wieloletni przyjaciel Fundacji - jak co roku swoim koncertem rozbawił publiczność. Wszyscy uczestnicy balu wirowali na parkiecie podśpiewując znane melodie.

Ambasadorka Fundacji „Oswoić Los” - Paulina Szmaszcz - Kurzajewska - wraz z mężem Maciejem - brawurowo przeprowadziła licytację cennych fantów, podarowanych przez znanych sportowców, projektantów mody oraz współczesnych malarzy.

Bal trwał do rana. Żal było opuszczać gościnne progi Hotelu. Jednak w sercach tliła się nadzieja na lepsze jutro naszych podopiecznych dzięki hojności ludzi, którzy mają w sobie chęć pomocy drugiemu człowiekowi. Ich empatia pozwala wierzyć, że dzisiejszy świat nie zostanie pochłonięty przez znieczulicę i hipokryzję.


9 lutego 2017 r.

Zima nie jest taka straszna

Minęła już połowa zimy. Od paru tygodni na dworze jest biało i mroźno. Wiele osób nie pamięta takich zim. Starsi też odwykli od takiej aury, gdy słupek rtęci na zaokiennych termometrach spadał do minus 15 stopni. Przez kilka lat śnieżne zimy nie nawiedzały naszego kraju, chociaż zawieje i mrozy nie są ewenementem w klimacie środkowoeuropejskim. Ocieplenie klimatu sprawiło, że opady śniegu w Polsce stają się czymś niezwykłym i stanowią utrudnienie na drogach naszych miast.

Zima stulecia

Było to w grudniu 1978/79. Spadki temperatur dochodziły do - 25 stopni. Obfite opady śniegu sparaliżowały komunikację na wsiach i w miastach. Zaspy białego puchu utrudniały w dotarciu do miejsc pracy. Służbom drogowym z pomocą w odśnieżaniu przyszli także żołnierze. W domach było zimno, ponieważ mróz dawał się we znaki też elektrowniom ciepłowniczym i wodociągowym. Ludzie jednak przetrwali falę zimna pomagając sobie wzajemnie. W tym czasie rodziły się dzieci, starsi musieli funkcjonować stawiając czoła bezlitosnej zimie. Ocieplenie przyszło dopiero w pierwszej dekadzie stycznia 1979 roku. Od tego czasu zimy już są łagodniejsze, a tamta mroźna i śnieżna zapisana została na kartach historii jako „zima stulecia”.

„Nakręcanie się”

Obecnie (po „ciepłych” zimach) mamy tą długo oczekiwaną ze śniegiem i mrozem. Niektórzy wątpili, czy takowa zima sobie o nas przypomni? A jednak nie zapomniała! Co prawda dużo łagodniejsza niż w dawniejszych latach. Pogodynki (młode kobietki nie pamiętające czasów kożuchów z baraniej skóry i czapek z lisa) parę dni wcześniej zapowiadały opady śniegu oraz nadejście tęgich mrozów. Spadki temperatur wg. ich prognoz miały sięgać aż - 10 stopni! Młodsze pokolenie nie pamiętające srogich zim wpada w przerażenie słysząc takie prognozy. Dla starszej generacji nie jest nowiną mroźny styczeń i luty. Przy odpowiedniej organizacji można przetrwać niejedną tęgą zimę oraz cieszyć się jej urokiem.


3 lutego 2017 r.

Błędy też uczą

Bardzo często rodzice - jako osoby doświadczone życiem - chcą chronić dzieci przed nieodpowiednimi krokami. Niestety, nie zawsze się to udaje. Każdy człowiek, niezależnie od wieku chce sam podejmować decyzje mimo iż nie zawsze potem okazują się właściwe.

Mama i rękawiczki

Z perspektywy lat uświadamiamy sobie, że szereg doświadczeń nabywamy w wieku dziecięcym. Oczywiście wnioski wyciągamy dużo później, a bardzo często w dorosłym już życiu. Dzięki retrospekcji jesteśmy bardziej tolerancyjni dla młodszego buntowniczego pokolenia, mając nadzieję, że ono też kiedyś zrozumie swoje błędy.

W tym miejscu posłużę się tematem z własnego podwórka. Będąc dzieckiem bardzo lubiłam chodzić na sanki. Nie znosiłam jednak ubierać się odpowiednio do temperatury powietrza, a zimy w tamtych latach były mroźne. Przed wyjściem na podwórko mama toczyła ze mną boje o nałożenie rękawiczek. Pewnego dnia to ja wygrałam walkę: mama pozwoliła mi wyjść z domu z gołymi rękami. Jakie było moje zadowolenie to tylko ja wiedziałam! Zadowolona poszłam z mamą i koleżankami na sanki. Bawiłam się wyśmienicie. Jednak po ok. dwu kwadransach zaczęły boleć mnie dłonie. Na początku nie wiedziałam, jaka jest przyczyna mojego dyskomfortu. Z płaczem poskarżyłam się mamie. Moja rodzicielka domyślała się już, co mi dolega i szybko wróciłyśmy do domu. Po rozgrzaniu się kubkiem gorącej herbaty mama bardzo rzeczowo wytłumaczyła mi przyczynę bólu rąk. Od tamtej pory wiedziałam już, że gdy na dworze jest mróz trzeba zakładać rękawiczki. A więc moja „walka” o założenie rękawic okazała się wygraną w tym sensie, że zrozumiałam o co tak naprawdę chodzi. Gdyby mama nie pozwoliła mi na świadomy błąd z pewnością jeszcze przez wiele lat toczyła by ze mną zaciekłe boje.

Pozwolenie na dokonanie wyboru

Czasami warto pozwolić drugiej osobie na popełnienie błędu, aby sama zrozumiała, że postąpiła niewłaściwie w stosunku do samej siebie lub innych osób, ponieważ nikt tak nie nauczy, jak własne błędy. Analiza postępowania pomaga wyciągać wnioski, które zapamiętuje się na całe życie. Nie bójmy się więc pozwolić raz zadecydować naszym pociechom, chociaż widzimy, że ich koncepcja jest skazana na porażkę. Być może jest to właśnie ten moment, aby nasze dziecko zapamiętało, że każdego dnia staje przed wyborem i nie zawsze może to być wybór właściwy.


30 stycznia 2017 r.

Wieczór z „Metaforą”

Dla wielu z nas Świdnik wydaje się być zwyczajnym małym miastem jak tysiące innych w naszym kraju. Nic bardziej mylnego. Pod względem kultury i twórczości wielu jego mieszkańców jest „Wyspą”, na której można odpocząć słuchając poezji często wydobytej z dna szuflad, z dna serc jej autorów.

Niezwykłe spotkanie

Od paru miesięcy w Kawiarence Artystycznej działającej przy Miejskim Ośrodku Kultury w Świdniku raz w miesiącu spotykają się pasjonaci poezji. Nie są formalnym stowarzyszeniem, bo jak sami twierdzą nie czują takiej potrzeby, aby ich grupa była formalnie zarejestrowana. Przychodzą, bo chcą podzielić się słowem, swoją twórczością lub po prostu posłuchać wierszy znanych lub mniej znanych poetów.

Parę razy uczestniczyłam w tych spotkaniach. Niestety, mam ograniczone możliwości wychodzenia z domu, dlatego 28 stycznia zaprosiłam przedstawicieli „,Metafory” w swoje skromne progi. Przyznam, że trochę martwiłam się, iż nie da się nam przywołać klimatu i ducha poezji, który w Kawiarence Artystycznej tworzy specyficzną atmosferę. Moje obawy okazały się niepotrzebne. Duch poezji przyszedł razem z osobami, które zaprosiłam.

Edyta, Gosia i Karol wnieśli ze sobą radość, a ich poezja prezentowana przy zapalonych świecach wlewała w moje serce siłę do dalszego tworzenia. Zrozumiałam, że nie mogę zaprzepaścić daru który otrzymałam od Boga. Boguś, przygrywający nam na gitarze pomagał Duchowi Poezji tworzyć odpowiedni klimat i nastrój. Nasz akompaniator wpadł na pomysł komponowania muzyki do mojego wiersza. Byliśmy pod wrażeniem jego ekspresyjnego działania. W ciągu jednego wieczoru stworzył melodię i zaśpiewał cały utwór.

Młodzi poeci są dowodem na to, że można pogodzić pracę ze swoimi pasjami, realizacją marzeń i dążeniem do celu, a w ich przypadku do wydawania kolejnych tomików wierszy, do dzielenia się słowem.

Oto maleńka cząstka ich dorobku:

"*** (Gdy ludzie nie mogą spać w nocy)"

 

Gdy ludzie nie mogą spać w nocy

Liczą barany lub owce

Aby może zasnąć szybciej

 

Gdy ludzie nie mogą spać w nocy

Prowadzą pseudo inteligentne monologi

o tym co tego dnia mogliby zrobić lepiej

 

Gdy ludzie nie mogą spać w nocy

Zastanawiają się co jutro zrobić na obiad

Jaka będzie pogoda, ile na dworze stopni

 

Gdy ludzie nie mogą spać w nocy

To Bóg już momentami ma ich dosyć

Prószy im anielskim pyłem w oczy

Aby zasnęli.

/Karol Gibuła/

1 grudnia 2016 r.

 

Wróżbitka

Zaczyna dzień rano,

jak zaczyna się ciasto.

Myje głowę poezją,

uzyskując zakręcone sploty wersów.

Wróży z fusów,

mając jak zwykle nadzieję na serce,

przynajmniej z brązu.

Potem z upływem dnia

z wróżbitki zmienia się w bitkę,

choćby i weganką była.

Odmierza w kuchni szklankami miłość.

Wieczorem zaś-kobietka.

Kot-urn, sza-l.

/Edyta Smus/


23 stycznia 2017 r.

Co zrobić z czerstwym chlebem?

Od kilku lat obowiązuje w naszym państwie segregacja odpadów i śmieci, niestety nie wszystkie odpady zostały uwzględnione, aby znalazły swoje odpowiednie miejsce.

Chleb zaśmieca trawniki

Brak koszy na suchy chleb jest powodem zaśmiecania trawników przez troskliwych mieszkańców osiedli, którzy pod pretekstem dokarmiania ptaków wyrzucają kawałki pieczywa bezpośrednio przez okna. Nie wygląda to estetycznie, a tym bardziej nie jest to zdrowy pokarm dla ptaków zwłaszcza zimą podczas kilkunastostopniowego mrozu. Latem też nie wygląda to najlepiej, gdy wyrzucone pieczywo pod wpływem ciepła i wilgoci pokrywa się pleśnią. Ptaki instynktownie wyczuwają, co jest dla nich dobre i co może stanowić dla nich pełnowartościowy pokarm. Na pewno nie ruszą zamarzniętego lub pokrytego pleśnią chleba, ponieważ taki obiad byłby zagrożeniem dla ich zdrowia, a nawet życia. Problem w tym, że nikt tego zleżałego pieczywa nie sprząta. Dokarmiajmy ptaki, ale z umiarem.

Pamiętam, że dawniej oddawało się nadmiar pieczywa do gospodarstw rolnych, w których dokarmiano zwierzęta. Obecnie większość gospodarstw upadła więc zbyt na czerstwe pieczywo zmalał.

Powszechnie wiadomo, że kupujemy za dużo chleba, a potem nie mamy pomysłu na jego spożytkowanie. Starsze pokolenie pamiętające czasy głodu nie wyobraża sobie by chleb - jako dar Boży - wyrzucać do śmietników. W lepszej sytuacji są działkowcy, ponieważ nadmiar pieczywa mogą wrzucać do kompostu.

Jeśli nie wypracujemy w sobie oszczędzania w zakupie odpowiedniej ilości bułek lub chleba warto zajrzeć do Internetu i przestudiować przepisy kulinarne z udziałem czerstwego pieczywa. Nie pozwólmy, aby marnował się nawet najmniejszy jego okruch.

Nasz wieszcz narodowy Cyprian Kamil Norwid pisał:

„Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba

Podnoszą z ziemi przez uszanowanie

Dla darów Nieba...

Tęskno mi, Panie...”

Chleb w polskiej kulturze od najdawniejszych czasów spożywany był z szacunkiem. Oby ten szacunek nie zakończył się na naszym pokoleniu.