• Załatw sprawę w Urzędzie
  • Zdrowy Świdnik
  • Idzie sobie Grześ...
  • rodzinka
  • Schronisko w Krzesimowie
  • Repertuar
  • Wzmocnienie stopnia cyfryzacji urzędów

Konrad Sawicki

Doktor nauk społecznych. Przewodniczący Komisji Oświaty Rodziny i Spraw Społecznych Rady Miasta Świdnik. Wiceprzewodniczący Komisji Rewizyjnej Rady Nadzorczej Spółdzielni Mieszkaniowej w Świdniku. W latach 2013-2015 Prezes Zarządu Rady Doktorantów KUL.
konrad.sawicki@rada.e-swidnik.pl


(02.09.2015)

Polityka jak piłka

Polityka jest jak piłka nożna - obserwatorzy niczym kibice, wzdychają za każdym "kopnięciem", niewtajemniczeni zaś usypiają z nudy. "Goli" w obu sportach niewiele, choć prób co niemiara. Na tym podobieństwa się nie kończą.

I politykę i piłkę możemy nazwać "kopaną". W końcu "kopniaki" w nich są codziennością. Skuteczne kopanie - czy to piłki, czy nie - możliwe jest tylko w zespole, o którego sile świadczą rezerwowi.

Czytaj całość: http://konrad-sawicki.blog.pl/2015/09/01/polityka-jak-pilka/


(18.08.2015)

Radnego wakacyjne odchudzanie

Przed wakacjami bywa, że się odchudzamy. Po nich odchudzony jest nasz portfel. Podczas wakacji mało kto dba o linię. "Na diecie" pozostają jednak radni. Często odchudzonej właśnie.

Wysokość samorządowego uposażenia zależna jest od obecności radnego. Zasada "czy się stoi czy się leży, dwa tysiące się należy" w samorządowych realiach jest mrzonką. I dobrze.

Czytaj całość: http://konrad-sawicki.blog.pl/2015/08/18/radnego-wakacyjne-odchudzanie/


(06.08.2015)

Z pamiętnika młodego podróżnika cz. 2

Nad morze w końcu udało się dotrzeć. Miało być sielsko i spokojnie, a tu przygód ciąg dalszy. Całe szczęście już nie ze mną w roli głównej. Skoro kilka dni temu o pamiętniku była mowa, to choć przez chwilę ideę podtrzymać należy. Cóż to byłby za pamiętnik z pierwszym wpisem i jedynym zarazem. Do dzieła.

Czytaj całość: http://konrad-sawicki.blog.pl/2015/08/05/z-pamietnika-mlodego-podroznika-cz-2/


(31.07.2015)

Z pamiętnika młodego podróżnika

Może ten podróżnik wiekiem już nie taki młody, ale stażem jednak. Przyznaję się bez bicia; za wiele nie podróżuję. Pewnie jeśli robiłbym to częściej, to i optyka byłaby inna.

Tego słonecznego dnia jechałem na dworzec pełen optymizmu. W końcu ze Świdnika do Gdańska w niecałe sześć godzin. Bajka! No właśnie. Jak się później miało okazać, plan ten to zwykłe bajanie;

Czytaj całość: http://konrad-sawicki.blog.pl/2015/07/31/z-pamietnika-mlodego-podroznika/


 

(27.07.2015)

Krecia dyplomacja

„Polskę możemy podzielić na pół. Na zachodnią i wschodnią. Jeśli podzielimy kraj na Polskę A i Polskę B...” - tak w poniedziałkowy poranek przywitał Polaków Jarosław Kret. Trzeba przyznać, że dyplomatą to on nigdy nie był, ale na dobry początek tygodnia, na antenie jednej ze stacji informacyjnych pokazał prawdziwe pazurki.
Plan na dzisiejszy wpis miałem całkiem inny. Jednak to co usłyszałem przy porannej herbacie nie mogło pozostać bez echa. Ale do rzeczy.

Czytaj całość: http://konrad-sawicki.blog.pl/2015/07/27/krecia-dyplomacja/


(20.07.2015)

Monitoring – bezpieczeństwo czy inwigilacja?

Wielki Brat czuwa. Tym razem jego wnikliwe spojrzenie objęło jeden z bloków w moim mieście. Pojawieniu się kilkunastu kamer towarzyszy wysyp wątpliwości. Liczonych już chyba w dziesiątkach.

Nowe obiektywy błyszczą zarówno przed drzwiami do klatek schodowych jak i zaraz po wejściu, na parterze bloku. Kolejnych kondygnacji budynku już w kamery nie wyposażono.  Pytania nasuwają się same.

Czytaj całość: http://konrad-sawicki.blog.pl/2015/07/20/monitoring-bezpieczenstwo-czy-inwigilacja/


(14.07.2015)

Kukiz i Kałasznikow

Jaki jest związek pomiędzy Kukizem i Kałasznikowem? Pewnie tylko taki, że pierwszy z wymienionych strzela oskarżeniami jak najsłynniejszy wynalazek drugiego. Szkoda tylko, że broń ładuje ślepakami.

Jeśli weźmiemy pod lupę grono „wyznawców” Pana Pawła, to sytuacja wygląda już nieco inaczej. Przykład z mojego lokalnego podwórka.

Czytaj całość: http://konrad-sawicki.blog.pl/2015/07/14/kukiz-i-kalasznikow/


(10.07.2015)

Idzie nowe

Minął miesiąc od ostatniego mojego wpisu w Strefie. Czas ten bynajmniej nie upłynął mi pod znakiem słodkiego leniuchowania i błogiego leżenia do góry brzuchem. Cisza była zamierzona. Jej przyczyna? Krótko: idzie nowe.

Niekiedy przychodzi taki moment, że trzeba powiedzieć – „pas, dzięki, chcę coś zmienić”. Jeśli chodzi o moje „pisarstwo”, czas ten właśnie nadszedł. Od dzisiaj, w Strefie Świdnik nie będzie już pełnych moich tekstów. Znajdziecie tutaj tylko krótkie ich zapowiedzi, a wraz z nimi link do całego tekstu. Przenoszę się. Założyłem bloga przez nieco większe „b”. Mam nadzieję, że wciąż będziecie chętnie do mnie zaglądać, bez względu na zmianę miejsca. Skąd ta decyzja? Już wyjaśniam.

Dotychczas pisałem głównie o sprawach lokalnych, ograniczałem się niemal wyłącznie do świdnickiego poletka. Chciałbym to zmienić. Od teraz będę sięgał nieco dalej, komentując nie tylko to co ciału najbliższe, ale także to, co tworzy szerszy kontekst polskiej codzienności. Skoro tematyka lokalna nie będzie jedyną, to i witryny lokalne nie będą jedynym słusznym rozwiązaniem.

Jak doskonale wiecie, pisałem w rytmie tygodniowym. Z reguły wyglądało to tak: co poniedziałek tekścik. To też chcę zmienić. Będę pisał raczej w trybie nieregularnym. Oczywiście rytm poniedziałkowy zachowuję, jednak mam zamiar komentować wydarzenia na bieżąco, a nie tylko w pierwszy roboczy dzień tygodnia. Słowem – zamiast reżimu czasowego, aktualność.

No i na koniec najważniejsze. Polemika. Tego mi najbardziej brakowało. Istotą komunikacji jest dialog, a nie monolog. To, że mówią dwie strony, a nie tylko jedna. Formuła pisania do Was bez możliwości poznania Waszego zdania od początku nie była idealna. Teraz jednak mam poczucie, że definitywnie się wyczerpała. Pisząc cokolwiek, chcę poznać Wasze zdanie. Jakiekolwiek by nie było. Dlatego blog przez większe „b”. Do wielkiego „B” na razie nie aspiruję. Może z czasem.

Od dzisiaj zatem zapraszam Was do odwiedzania strony http://konrad-sawicki.blog.pl/ oraz mojego facebooka https://www.facebook.com/pages/Konrad-Sawicki/405641889645614. Idzie nowe. Koniec kropka.


(10.06.2015)

Zamiast felietonu

Tym razem zamiast czegoś na wzór felietonu, będzie krótki komunikat. Niestety niekiedy obowiązki biorą górę nad lekkością pióra. Stało się siermiężne. Oby na krótko.

Mówią, że sukces ma wielu ojców, zaś porażka jest sierotą. Co prawda to prawda. Dopełniając jeden z założonych planów, w ostatnim czasie dziękowałem prawie wszystkim, którzy choć w najmniejszym stopniu mogli poczuć więź „rodzicielską” z tym co się stało. Starałem się nie zapomnieć nawet o „przyszywanych rodzicach”. Oni też byli ważni. O niektórych jednak zapomniałem. O kim? O przeciwnikach.

Do niedawna nie spodziewałem się jak bardzo są oni potrzebni. Do głowy by mi nie przyszło jak wielką rolę mogą spełniać. To ciągłe rzucanie kłód pod nogi. Szukanie haków. Zaskarżanie Bóg wie za co i Bóg wie do kogo. Szkoła życia.

Z jednej strony sprawiali masę problemów, z którymi trzeba było się okropnie nagimnastykować. Z drugiej jednak nie od dziś wiemy, że odpowiednia gimnastyka jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Czkawką się raczej nie odbija.

Moi programowi Adwersarze – niech będzie z WIELKIEJ LITERY, a co! Dziękuję Wam, że wiernie przy mnie trwaliście. Gdyby nie Wy przecinanie wstęgi nie miałoby takiego smaku. Będzie mi Was brakowało. Szkoda.

Konrad Sawicki


 

(01.06.2015)

Rower miejski a sprawa świdnicka

Kolejny tydzień i kolejny tekst zainspirowany spotkaniem z gatunku tych nieplanowanych. Spotkaniem z jednym z mieszkańców naszego miasta. Jak widać świdniczanie inspirują na co dzień. Tym razem w sprawie rowerów.

Wieść o uchwale Rady Miasta na temat wprowadzenia w Świdniku roweru miejskiego rozeszła się w tempie błyskawicy. Jeszcze media nie szepnęły słówka, a w mieście już huczy. Podczas zakupów ktoś podszedł do mnie i zapytał: po co w ogóle nam te rowery? Poszukajmy argumentów „za”.

Po pierwsze – infrastruktura. Faktem jest, że na tą chwilę połączenie rowerowe Świdnika z Lublinem dalekie jest od ideału. Utworzenie roweru miejskiego zintegrowanego z rowerem „lubelskim” pozytywnie wpłynie nie tylko na ilość rowerowych wypraw pomiędzy miastami, ale też wymusi konieczność poprawy infrastruktury rowerowej.

Po drugie – zdrowie. Jeśli mieszkańcy naszego miasta będą mieli dostęp do roweru miejskiego to chętniej będą wsiadać na dwa kółka. No i chętniej na tych kółkach pojadą do stolicy województwa. Częstsza jazda, dłuższe trasy, więcej zdrowia. Samochody wtedy odpoczywają w garażach i na parkingach. Natura też skorzysta.

Po trzecie – oszczędność. Szybka decyzja w sprawie roweru miejskiego umożliwia zakup wspólnie z Lublinem. Połączenie sił skutkuje niższymi cenami sprzętu. Kupując z Lublinem, kupujemy taniej. Sami zapłacilibyśmy więcej. Proste.

Przekonujące? Dla jednych owszem, dla innych jakby średnio. Podobną wyliczankę mogą przygotować „rowerosceptycy”. Oto i ona.

Po pierwsze – infrastruktura. Wprowadzamy rower miejski połączony z siecią lubelską, a tak naprawdę trudno jest rowerzyście na dziś dzień zupełnie bezpiecznie przejechać ze Świdnika do Lublina. Krótko – najpierw infrastruktura, potem rowerki. I jeszcze jedno. Rower miejski sprawdza się głównie jako alternatywa dla zbiorowego transportu miejskiego w zakorkowanych aglomeracjach. Świdnik jaki jest każdy widzi.

Po drugie – zdrowie. Planujemy wprowadzenie 20-30 rowerów. Oczywiście to ma być początek, ale jednak. O czyje zdrowie zatem dbamy skoro w jednym momencie z rowerów będzie mógł korzystać mniej więcej jeden na 1500-2000 mieszkańców? Losowanie?

Po trzecie – oszczędność. Jak widać i ona nie jedno ma imię. Zaplanowany koszt operacji to 300 tysięcy złotych. Przy trzydziestu rowerach, koszt jednego to 10 tysięcy. Nawet jak byśmy poszaleli i kupili sztuk 60, to i tak 5 tysięcy za jeden z nóg nie zwala. Owszem, wyliczenia to statystyczne, uproszczone i pewnie krzywdzące. W końcu są trzy rodzaje kłamstw: małe, duże i statystyka.

Jak zatem myśleć o świdnickim rowerze miejskim? Osobiście pojęcia nie mam. Entuzjaści mnie nie przekonali, sceptycy nie oczarowali. Nie zmienia to jednak faktu, że trzymam kciuki za powodzenie przedsięwzięcia i chcę wierzyć fachowcom. Sam jednak od głosu wstrzymuję się. Ważne żeby nie działać pochopnie.

Konrad Sawicki


(25.05.2015)

Czyj jest radny?

W luźnej rozmowie jeden ze świdniczan żartobliwie zapytał mnie: „a czyj Ty jesteś?”. Chciałoby się odpowiedzieć: „a mamusi i tatusia” albo „żonki mojej”. Jedno i drugie jednak mijałoby się z prawdą.

Oczywiście mój rozmówca nie takich odpowiedzi oczekiwał. Nie chodziło mu o jakiś – jakkolwiek karykaturalnie by to nie brzmiało – akt własności mojej osoby. Sens pytania był taki: czyj jest radny? A oto kilka odpowiedzi.

1. Radny jest tych, którzy go wybrali.

2. Radny jest tych, którzy zamieszkują jego okręg.

3. Radny jest „kogoś nad nim” (sic?!).

4. Radny jest wszystkich mieszkańców.

Pobawmy się na przykładach.

Ad. 1.

Załóżmy, że przychodzi do mnie Pan Stasio. Przychodzi po prośbie. Chciałby, aby przy bloku znalazła się ławeczka, na której mógłby spocząć po trudach codziennych zakupów. Przyjmijmy, że Szanowny Pan Stanisław nie krył się z tym, że w wyborach oddał głos nie na mnie, a na kogoś innego. Co zatem powinienem zrobić w myśl zasady, że reprezentuję tylko wąskie grono tych, którzy rzekomo (bo przecież nie mam pewności!) oddali na mnie głos? Banał. Niech Pan Stasio idzie do tego, na którego głosował.

Ad. 2.

Żeby nie przemęczać Pana Stasia weźmy sobie Pana Jasia. Rym oczywiście przypadkowy. Zatem spotkanie z Panem Janem, który chciałby aby w jego okolicy załatano dziurę w drodze. Jeden szczegół: nie jest to mój okręg wyborczy. Jeśli przyjmiemy, że radny to reprezentant tylko mieszkańców okręgu, z którego go wybrano, to co Pan Jan powinien usłyszeć? „A idźże Panie do swojego radnego!”

Ad. 3.

Byli panowie. Pora na Panie. Jeszcze ktoś mi dyskryminację zarzuci. Pogawędka z Panią Anią. Ją z kolei jako młodą mamę drażnią strome podjazdy dla wózków w jej okolicy. Zakładając, że radny kreatywności nie ma za grosz i bez podpowiedzi palcem nie kiwnie, Pani Ania się dowie, że radny tyle może co mu sufler pomoże.

Ad. 4.

Czwarta opcja, jedyna słuszna. Radny bez względu na to gdzie mieszka, ile głosów zebrał i kto mu do ucha by nie szeptał, ma być głosem mieszkańców. Czy to zwolennik, czy przeciwnik, czy mieszka blisko czy daleko, czy płynie z prądem czy pod prąd – każdy kto potrzebuje pomocy od radnego powinien ją otrzymać. Rezultaty to już inna bajka. Rozwiązanie ostatnie obyło się bez przykładu. Tu chyba nie jest konieczny.

Ciekawe jak to z tymi radnymi jest w praktyce....

Konrad Sawicki


(18.05.2015)

Debata łączy ludzi?

Ostatnie dni minęły nam pod znakiem długo oczekiwanej konfrontacji dwóch kandydatów na najwyższy urząd w państwie. Wydłużona o dwa tygodnie kampania prezydencka zainteresowała  wielu, również tych, którzy urzędowo tego typu wydarzenia bojkotują. Czy to dobrze?

Moim zdaniem tak. Nie chcę pisać o politycznym znaczeniu dyskusji(?) Panów ubiegających się o fotel prezydencki. O tym mówią wszyscy. Dostrzegam inny wymiar spotkania kontrkandydatów. Wymiar integracyjny.

Odnoszę wrażenie, że przynajmniej na chwilę dyskusje polityczne przestały być złem koniecznym, po które sięga się tylko wtedy, gdy wachlarz tematów się wyczerpał i które zagęszcza atmosferę oraz prowadzi do konfliktu. Oto kilka przykładów z minionego tygodnia.

Złożyło się tak, że w przeddzień debaty prezydenckiej, uczestniczyłem w ważnym wydarzeniu, po którym odbył się wspólny obiad jego uczestników. Przy stole wiele osób nieznajomych, ale jeszcze więcej znajomych, z którymi od dawna nie miałem okazji zamienić nawet słowa. Nie trudno się domyślić, że temat prezydentury wywołano niemal na poczekaniu. Obawiałem się wybuchu. Wybuchu, który nie nastąpił. Okazało się, że pomimo różnic zdań potrafiliśmy rozmawiać i świetnie się przy tym bawić. Dyskusje rzekomo niebezpieczne w rzeczywistości napędziły pozytywny klimat spotkania.

Debatę oglądałem w gronie znajomych. Nauczony doświadczeniem ostatnich lat oraz różnicami światopoglądowymi pomiędzy nami, spodziewałem się ostrych komentarzy i wymownych argumentów zwolenników każdego z kandydatów. Wspólne żarty przed 20.10 były dla mnie ciszą przed burzą. Myliłem się. Burza nie nastąpiła. Oczywiście iskierek nie zabrakło, jednak pożaru nie spowodowały. Umieliśmy dyskutować.

Po zakończeniu debaty zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu numer przyjaciela, z którym dzielimy sportowe pasje. Wspólnie oglądaliśmy mecze piłkarskie, emocjonowaliśmy się siatkówką, przeżywaliśmy sukcesy olimpijskie rodaków. Byłem ciekaw o czym teraz chce pomówić. Prezydentury się nie spodziewałem. A jednak! Pomyślałem – czy my się starzejemy?

Oczywiście, przykłady to na wskroś subiektywne. Trudno na ich podstawie poszukiwać jakichś ogólniejszych prawidłowości. Widzę jednak, że coś się zmienia. Coraz częściej potrafimy rozmawiać na trudne tematy, nie tylko te związane z polityką. Umiemy szanować odmienne stanowiska i słuchać argumentów. Nawet tak „zerojedynkowe” wydarzenie jak debata prezydencka może integrować. Łączyć ludzi.

Konrad Sawicki


(11.05.2015)

Billboardowa manipulacja?

Niedawno przy jednej ze świdnickich ulic pojawił się billboard z napisem: „etyka uczy myśleć”. Co on oznacza? Co chce się nam za jego pomocą przekazać? Jakie są intencje autora? Zastanówmy się.

Wspomniane hasło stanowi sedno billboardu chociaż nie znajduje się w jego centrum (patrz: zdjęcie). Poniżej hasła, na środku, umieszczono ucznia. Po obu jego stronach widzimy drzwi. Te po lewej z napisem „religia” i te po prawej, na których czytamy: „etyka”. Dziecko ma plecak, a na nim znak równości. Równość odnosi się jakby do drzwi, do tego co na nich napisane. Pod znakiem natomiast adres strony internetowej – www.rownoscwszkole.pl

Ustalmy pewne fakty. Upraszczając, etyka mówi o tym co dobre i co złe, wskazuje nam co należy czynić, a czego unikać. Jest w pewien sposób drogowskazem określającym jak żyć dobrze. A religia? Jest to zbiór wierzeń i praktyk wskazujący na relację człowieka do Boga. Jednym z elementów religii są także zasady moralne, zasady mówiące czym jest dobre życie. Trudno nie dostrzec zatem, że religia nawiązuje do pewnego systemu etycznego.

Czym zatem różni się religia od etyki? Znów popadnę w uproszczenia. Jeśli przyjmiemy, że jedna i druga chcą wskazać co jest dobre a co złe, to stwierdzimy, że dążą do tego samego celu. Różnią się jednak punktem wyjścia. Religia wychodzi od wierzeń człowieka, etyka natomiast od pewnych ustaleń filozoficznych. Interesujące jest to, że wychodząc z innych punktów, w odniesieniu do dobra i zła dochodzą do podobnych rezultatów.

Dlaczego zatem autor plakatu pisze: „etyka uczy myśleć”? Czy religia myślenia nie uczy? Na zdrowy rozum – jeśli z billboardu wołamy o równość, to czy nie powinniśmy na nim napisać: „religia i etyka uczą myśleć”? Czy drzwi na tym billboardzie nie powinny być obok siebie, a nie jak to widzimy – po przeciwnych stronach „barykady”? Mam wrażenie, że na pierwszy rzut oka szlachetne hasła równościowe, podszyte są mniej szlachetnymi intencjami.

Sądzę, że wszelkie wątpliwości co do intencji autora tego „tworu” rozwiewa zdanie umieszczone w jego prawym dolnym rogu. Sentencja: „wolność od religii” będąca nazwą jednego z organizatorów akcji, jest kwintesencją całości przekazu.

Mam nieodparte wrażenie, że w całym przedsięwzięciu chodzi nie tyle o pokazanie dobrych stron nauczania etyki, ile o ukazanie religii jako czegoś opresyjnego dla człowieka. Czegoś, co go ogranicza, czegoś od czego trzeba się oderwać.

W moim odczuciu taki billboard to manipulacja, która może być szkodliwa dla człowieka. O świdniczan jestem jednak dziwnie spokojny. 6. maja podczas Marszu Milczenia pokazaliśmy, że opieramy się takim sztuczkom. Billboardowej manipulacji też się nie damy.

Konrad Sawicki


(05.05.2015)

Majówka po brytyjsku

Weekend majowy A.D. 2015 utwierdził mnie w przekonaniu, że człowiek uczy się całe życie. A że nauka różne oblicza miewa, to tym razem powdychałem nieco oparów absurdu. Myślałem, że jego pokłady gdzieś się kończą. Nic bardziej błędnego.

Majówka to zwykle informacyjny sezon ogórkowy. Podczas tych kilku wolnych dni Polacy nieco zwalniają tempa. Mniej pracujemy, mniej czytamy, mniej piszemy. W tym roku nasze oczy były jednak zwrócone ku Wyspom. Bynajmniej nie dlatego, że „ziemia obiecana” to narzędzie kampanijne co najmniej kilku spośród kandydatów na Najważniejszy Fotel w Najważniejszym Pałacu. Problemy naszych zeszły na dalszy plan. W końcu oczekiwano narodzin brytyjskiego następcy tronu.

Zainteresowanie nowym potencjalnym monarchą nie może dziwić. Królewski potomek przecież nie przychodzi na świat codziennie. Nie zaskakuje zatem także tłum na londyńskich ulicach. Nie zaskakuje unosząca się na nich zaraźliwa atmosfera chorobliwego niemal entuzjazmu. Nie zaskakuje także rewia przebierańców. Razi natomiast towarzyszący temu biznes.

Wiemy doskonale, że zarabiać można przy różnych okazjach i na rozmaite sposoby. Nikogo nie zdziwiłoby sprzedawanie koszulek z radosnymi, promonarszymi hasłami czy rozprowadzanie okolicznościowych czapeczek lub odznak. Jak natomiast ocenić okołonarodzinową bukmacherkę?

Specjaliści od zakładów przy okazji ciąży Księżnej Kate zaoferowali nam szereg dylematów. Jaka będzie płeć dziecka? Jakie otrzyma imię? Jaka będzie jego waga czy kolor oczu? Takie bukmacherskie propozycje u rozkochanych w obstawianiu Brytyjczyków nie powinny dziwić. Mam jednak wrażenie, że katalog zakładów przekroczył granice dobrego smaku. O ile pytanie o potencjalnych rodziców chrzestnych jeszcze jest do zniesienia, o tyle stawianie pieniędzy na wzór i kolor kreacji Księżnej zaraz po wyjściu ze szpitala wydaje mi się przesadą.

Mam nieodparte wrażenie, że nie chodzi w tym wszystkim o zaoferowanie obywatelom pewnego rodzaju rozrywki, lecz o dorobienie się dzięki ich naiwności. Pytania o sukienkę, buty czy trzymanie dziecka to zwyczajna prowokacja mająca na celu nabicie sakwy kosztem szarego człowieka. Myślę, że najbardziej podatnym gruntem dla tak populistycznych zakładów nie są zwykli gracze, a hazardziści. To ci uzależnieni od zakładowej adrenaliny poszukują coraz to dziwniejszych możliwości, które wzbudzą niespotykane dotychczas emocje. Uleganie tym mechanizmom wielokrotnie skutkuje przegraniem dorobku całego życia. Dorobku nie tylko własnego, ale i innych osób.

Po ostatnim weekendzie brytyjscy bukmacherzy powinni zaproponować nową pulę zakładów, w których zapytają: ile osób przy okazji narodzin Księżniczki przepuściło swój majątek?; ile osób w amoku doprowadziło się na skraj bankructwa? lub ile dzieci będzie głodować wskutek nierozważnej bukmacherki rodziców?

Pewnie przesadzam. Absurdalnie.

Konrad Sawicki


(27.04.2015)

Poprawność

Niefortunna wypowiedź szefa FBI – Jamesa Comeya wywołała burzę. Ciskali w niego gromami nie tylko politycy, ale także historycy czy dziennikarze. Mi natomiast słowa Comeya przypomniały pewien epizod ze studiów w Szwecji...

Przygodę z Uniwersytetem w Göteborgu rozpoczynałem od cyklu zajęć na temat szwedzkiej kultury. Zajęcia te miały pomóc osobom z zagranicy w integracji z miejscowymi. Po cyklu spotkań w międzynarodowym towarzystwie mieliśmy lepiej zrozumieć co nas dzieli, ale przede wszystkim dostrzec to, co nas łączy. A wszystko po to, żebyśmy poznali i polubili sposób życia goszczących nas Szwedów. Jesteście ciekawi efektów?

Tematem jednej z zaplanowanych dyskusji były stereotypy. Na sali studenci z wielu krajów, jeśli mnie pamięć nie myli, bodajże z dziesięciu. Przed nami tablica i kartony z nazwami naszych ojczyzn. Zadanie dla uczestników banalnie proste: należało podejść do każdego z kartonów i napisać na nim stereotypy jakie panują na temat mieszkańców tego kraju w kraju naszym. Ja jako Polak, miałem zatem podejść do kartki z napisem „Szwecja” i wskazać co u nas się mówi o Szwedach, potem „Francja” i o Francuzach, i tak dalej, i tak dalej. Wszystko fajnie, tylko schody zaczęły się gdy dotarłem do Niemców.

Założeniem zadania było to, że piszemy prawdę. Szczerość za wszelką cenę, jaka by ona nie była. Takie katharsis na dobry początek. Ja problemów nie widziałem. Zgadnijcie tylko co inni pisali o Polakach...

Dowiedziałem się, że jesteśmy mili, dobrzy, grzeczni, spokojni i takie tam. Słowem: same superlatywy. Nikt nic złego o nas nigdy nie pomyślał, nie wspominając o mówieniu czy przekłuwaniu słów w czyny. Dacie wiarę?

Wróćmy do naszych Niemców. Stając przed ich kartką pomyślałem: „jak tu napisać prawdę, a nikogo nie urazić?”. Bingo! Napisałem, że „stereotypy na temat Niemców w naszym kraju związane są z drugą wojną światową”. Chciałem dobrze wyszło jak zwykle.

Niemcy postawili oczy w słup. Szwedzi zamilkli, a Hiszpanie dopytywali jak mogłem tak napisać. A ja przecież nikogo nie obraziłem, nie kłamałem. Sprawa do wyjaśnienia i dyskusji. Tylko jak tu dyskutować skoro na widok „polskich stereotypów” prowadząca z sali wyszła i nie wróciła.

Podsumuję podobnie jak tydzień temu. Współcześnie wielu ludzi boi się prawdy. Obawiamy się stanąć z nią twarzą w twarz i spojrzeć jej głęboko w oczy. Odpuszczamy na rzecz dziwacznej poprawności. Widać to w postawach ludzi, w ich wypowiedziach i zachowaniach. Najgorsze, że widać także w wychowaniu i edukacji.

Prawda w oczy kole.


(20.04.2015)
Zintegrowani czy podzieleni?

W ostatnich dniach brałem udział w międzynarodowym projekcie na temat edukacji, wychowania i pracy socjalnej we Francji, w Niemczech i w Polsce. Poszukiwaliśmy tego co nas łączy, a co znaleźliśmy?

Uczestnikami projektu byli pracownicy naukowi, studenci oraz osoby na co dzień zajmujące się niesieniem pomocy potrzebującym. W trakcie codziennych spotkań faktycznie budowaliśmy nić porozumienia, widać było, że odnajdujemy wspólny język. Idea wspierania osób potrzebujących i działania na rzecz ich usamodzielnienia przez niemal cały czas trwania projektu była spoiwem łączącym ludzi wychowanych w innych krajach i tradycjach. Jednak ostatni akord spotkania zmącił sielankowy obraz.

W jednym zgadzaliśmy się w stu procentach: pomagać trzeba. Natomiast podziały ujawniły się wtedy, kiedy zaczęliśmy poszukiwać uzasadnienia pomocy. Podzieliły nas odpowiedzi na pytania o to dlaczego należy pomagać i co jest punktem wyjścia działań pomocowych.

Zarzewiem konfliktu stała się wypowiedź jednego z Francuzów, który stwierdził, że do niesienia pomocy nie trzeba nawet zastanawiać się kim jest człowiek. Według niego sami czujemy co należy robić żeby drugiemu było lepiej. Nie musimy poszukiwać odpowiedzi na pytania o to jakie życie jest prawdziwie ludzkie. U podstaw wsparcia równie dobrze zamiast koncepcji człowieka, można umieścić koncepcję zwierzęcia, kamienia czy czegokolwiek innego.

Atmosfera dyskusji została dodatkowo podgrzana przez gości z Niemiec. Według nich lepiej nie poszukiwać specyficznych cech człowieka, bo takie poszukiwania zwykle kończyły się tragicznie. Co ciekawe, jako przykłady podawali tutaj raczej konflikty na tle religijnym, a nie wydarzenia z historii ich własnego kraju. Bardziej uderzali w chrześcijaństwo niż chociażby w ideologie okresu II wojny światowej. Niebywałe.

W zasadzie tylko grupa z Polski utrzymywała, że trudno jest dobrze pomagać bez gruntownej wiedzy o człowieku. To Polacy przekonywali, że nie ma dobrej praktyki bez dobrej teorii. Argumenty te jednak nie przekonały naszych gości.

Mam wrażenie, że to, co zostało wypracowane podczas poprzednich spotkań – w Niemczech i we Francji – zostało podkopane w Polsce. O ile zajęcia praktyczne odbywające się na Lubelszczyźnie zintegrowały nas wszystkich, o tyle dyskusja nad podstawami teoretycznymi niesienia pomocy podzieliła nas. Zespoliła ona Francuzów z Niemcami, a oddaliła od nich Polaków.

Stało się to dlatego, że my Polacy nie baliśmy się trudnych tematów, chcieliśmy poszukiwać odpowiedzi na niewygodne dla wielu pytania. Nie chowaliśmy głowy w piasek. Mam wrażenie, że nasi goście trochę się przestraszyli. Przestraszyli się prawdy.


 

(12.04.2015)
Spojrzenie mieszkańca

Temat placyku między blokami Kosynierów 13 i 15 wraca jak bumerang. Dzisiaj piszę jak widzę tę sprawę jako mieszkaniec jednego z tych bloków. Nie jako jakiś tam radny czy inny członek rady nadzorczej. A widzę to tak...

Samochody parkujące na dawnym boisku do koszykówki nie od wczoraj dzielą mieszkańców. W końcu zdecydowano, żeby zrobić głosowanie. Parking czy ławeczki. Sprawa prosta. Wygrał parking, mniej więcej w stosunku 70 do 30. Ucieszyłem się. Przecież jestem kierowcą, a do tego w poczuciu spółdzielczego obowiązku sam głosowałem za tą opcją.

Radość trwała krótko. Około połowy stycznia br. na mojej klatce pojawiła się informacja, że parkingu nie będzie (patrz zdjęcie). A to, że ktoś tam wydał decyzję, a to, że nie wszyscy się zgodzili, a to, że prawo nie pozwala. Trudno się mówi. Skoro nie może być parkingu, to go nie będzie. „Niech się dzieje wola nieba...”. Byleby się działa przynajmniej!

No właśnie. Głosowanie było w tamtym roku (chciałoby się powiedzieć, że rok temu, ale nie nadużywajmy). Natomiast od ogłoszenia pamiętnego „wyroku” mijają już trzy miesiące, a tu nic. Samochody jak parkowały, tak parkują. Sąsiedzi jak się kłócili, tak się kłócą. Tylko jedno się zmieniło. Od czasu negatywnej decyzji moje auto nie stanęło tam ani razu. Raz, że nie chcę się narażać, a dwa, że skoro nie ma tam parkingu to chyba i aut być nie powinno? Sam już nie wiem.

Dziwi mnie jedno. Jak to jest, że mamy decyzję o tym, że parkingu nie będzie, a on wciąż jest? Czy tej decyzji nie można egzekwować? Oczywiście miejsc parkingowych brakuje i szkoda, że kolejnych kilka nam ubędzie. Jednak powinniśmy rozumieć przepisy prawa i zgodnie z nimi postępować, a nie tylko szukać w nich luki i kombinować jak je ominąć. Dzisiaj my – kierowcy z Kosynierów - możemy mieć poczucie przegranej, jednak raz na wozie raz pod wozem. Teraz ustąpimy i wygrają ławeczki, ale jutro może być na naszym i powstanie obok (już nie na sławnym placyku) nowy parking. Kto wie. Pamiętajmy, że demokracja ma różne twarze. Nie  tylko tę większościową. Mniejsi też mogą mieć rację. Ja to rozumiem.

Dla mnie – zwykłego mieszkańca - cała ta sprawa pachnie jakąś dziwną opieszałością. Po co wisi kartka skoro to, co na niej napisane zwyczajnie się nie dzieje? Jeśli o czymś informuję, to tak czynię, a nie czekam Bóg wie na co. Czy tak trudno jest przekuć zapowiedzi w czyn, chociażby stawiając kilka słupków? Jeśli byłbym zwolennikiem teorii spiskowych, to powiedziałbym, że ktoś chce skłócić mieszkańców, że komuś zależy na utrzymywaniu stanu niezgody. I nawet media się tym interesują.

To było spojrzenie moje, opinia mieszkańca. A jak to widzę już bardziej oficjalnie? Oczywiście uważam, że prawo, nawet jeśli niedoskonałe jest po to, żeby go przestrzegać, bo zapewnia pewien porządek. Dotyczy to także naszego placyku. Mam jednak pewien plan, który – mam nadzieję – pogodzi kierowców i zwolenników opcji rekreacyjnej.

Wkrótce spotkanie. A rozwiązanie? Decyzja nie należy do mnie.

Konrad Sawicki


(07.04.2015)
Co z tą Avią?

Dotychczas unikałem pisania o sytuacji w ASPS Avia Świdnik. Jak każdy kibic siatkówki w Świdniku, liczyłem na poprawę. Byłem naiwny. Miarka się przebrała.

Przed Świętami na jednym z portali internetowych ukazała się informacja na temat dramatycznej sytuacji finansowej naszego klubu. W sumie o kłopotach wiedzieliśmy od dawna, ale wiecie co mnie zaskoczyło? Dlaczego na pierwszy plan wypycha się trenera? Czy to on odpowiada za finanse i sprawy organizacyjne? Czy przypadkiem do jego obowiązków nie należy dbanie o formę sportową zawodników i tylko o nią? Odpowiedź na te pytania jest prosta. Tchórzostwo. Tchórzostwo osób odpowiedzialnych za to gdzie jest teraz Avia. Tchórzostwo działaczy.

Osobom decyzyjnym, których działania doprowadziły do upadku klubu (nie bójmy się tych słów!) zwyczajnie brak odwagi, żeby wypić piwo, które same nawarzyły. Chowają się jak myszki pod miotłą na widok nawet najmniejszego kociaka, a na linię ognia wysyłają Bogu ducha winnego trenera lub nieopierzonego młokosa, który mimo dobrych chęci głową muru nie przebije. Nie muru, a BETONU raczej. Choć patrząc prawdzie w oczy - BETONU kruchego, bo z minionej epoki.

Działacze mówią, że nie ma pieniędzy. Ten klub funkcjonuje na archaicznych zasadach, zgodnie z którymi dotacje wpływają na początku roku i na 12 miesięcy mają wystarczyć. Rok kalendarzowy jeszcze nie jest na półmetku, a w kasie już pustki? Jak to? Przecież fundusze nie poszły na siedzibę klubu. W końcu jej nie ma. Nie pokryto z nich premii dla zawodników, bo ostatnie zwycięstwo to już czasy zamierzchłe. Podobno zawodnicy od grudnia nie dostają wypłat, więc pieniądze i na ten cel nie poszły. A nawet jeśli, to nikt przy zdrowych zmysłach nie uwierzy, że najsłabsza w lidze grupa chłopaków próbujących odbijać piłkę może zarabiać tyle, że w trzy miesiące pochłonie roczny budżet.

Co jest problemem naszego klubu? Odpowiedź banalnie prosta – DZIAŁACZE. Działacz to taki człowiek, który ciągle coś załatwia. Podstawowa maksyma załatwiania to: jak coś zrobić, żeby się nie narobić? Co tam sport, ważne żeby dla mnie coś skapnęło. Chociaż pęto kiełbasy, chociaż kilka litrów paliwa. Świdniccy „załatwiacze” przy okazji załatwili klub. Taki model zarządzania  sprawdzał się w poprzednim ustroju. Wraz z początkiem lat 90-tych grunt pod nogami działaczy zaczął się stopniowo rozgrzewać, a teraz płonie na całego. Stopy nie postawisz, nie mówiąc o chodzeniu.

Naszej Avii potrzeba menadżerów. Osób wykształconych i skutecznych. Sprawnych negocjatorów. Nie takich którzy poszukują jałmużników-darczyńców, ale takich którzy znajdą biznesowych partnerów. Potrzeba nam ludzi zdolnych przygotować dobry produkt o nazwie Avia Świdnik. Produkt, który będzie opłacalną inwestycją. Produkt, na którym można zarobić.

Czas działaczy minął. Bezpowrotnie. Koniec.


 

(02.04.2015)

Wesołych Świąt!


(30.03.2015)
Historia pewnych wyborów

Kurz po jednych wyborach jeszcze nie opadł, a kolejne już za pasem. Prezydencka kampania wyborcza to tylko przedbiegi. Cisza przed burzą. Wyobraźmy sobie jednak taką historię...

Gdzieś w świecie wybierano lokalną władzę. Takiego małego „monarchę”. Wszystko przygotowane, dopięte na ostatni guzik. Nic tylko oczekiwać wyborców i sprawnie przeprowadzić procedury. Do dzieła!

Zgodnie z planem, zebranie rozpoczęto bez sprawdzenia czy jest ono zdolne do podejmowana uchwał. Przewodnicząca „galimatiasu” (wprowadzamy Panią, w końcu parytety), zawierzając swojemu czujnemu oku stwierdziła, że z pewnością jest wymagane „ileś-tam-procent” mieszkańców. No przecież sala pełna, a na zewnątrz drugie tyle.

Skoro nas aż tak wielu, no i wiedząc, że w „kupie siła”, głosowania jawne przeprowadzono bez liczenia głosów. Na sali las rąk. Ci na zewnątrz przecież muszą głosować tak samo. Nie ma innej opcji.

Ustępujący „władca terenu” szastając nazwiskami i szczegółami niedoszłych transakcji, gorliwie ujawniał dane osobowe, a możliwość dyskusji ucinano uchwalonym demokratycznie(!) porządkiem obrad. Jeśli jednak „szlachta” chciała coś dorzucić, porządek obrad nie istniał.

Czas na komisję skrutacyjną, wybieraną – jak sama nazwa mówi – na skróty. Zaproponowanych kandydatur nie głosowano. Wystarczyło się zgłosić i masz! To chyba też do CV można wpisać?

Karty do głosowania przygotowano na miejscu. Ich liczba zależała nie od liczby uprawnionych, lecz od liczby przybyłych. Obecność weryfikowano na podstawie list puszczonych w tłum. Po co dowód? Po co paszport? Wpisz się, a będziesz mieszkańcem. Będziesz mieszkańcem, a będziesz głosował. Co z tego, że jesteś tu przejazdem, a na salę wpadłeś bo kumpel poprosił.

Dla oszczędności czasu i energii, komisja skrutacyjna karty do głosowania rzuciła na salę. A rozdajcie sobie. Będzie szybciej, łatwiej i przyjemniej. No i wielbiciele poszczególnych kandydatur będą mogli wielokrotnie wyrazić swoje uwielbienie. I jeszcze kolekcjonerzy. W końcu karta do głosowania to świetna pamiątka. Władza przecież (nie)trwa wiecznie.

Nad poprawnością liczenia głosów czuwał Jedyny Słuszny Kandydat. Jego baczne spojrzenie skrupulatnie kontrolowało zliczanie krzyżyków. Dla pewności wspierała go Przewodnicząca „zamieszania”. Takie nowe standardy.

I na koniec wisienka na torcie. Dumnie ogłoszono, że ilość kart rozdanych jest taka sama jak oddanych (bo przecież nie wrzuconych do urny; no skąd chłopie urna?). Wszystko super, ale przecież kolekcjonerów nie zbrakło. Ich praca na marne? Chyba nie. W końcu „Jedyny Słuszny” się potknął. Boleśnie. I to na oczach zarządców okręgu!

Jakie to szczęście, że ta historia to tylko wytwór mojej bujnej wyobraźni. Czysta fikcja. Dostrzegacie podobieństwa i analogie? Przypadek. Nie wierzcie! To nie wydarzyło się naprawdę.

Konrad Sawicki


Dlaczego chodzimy na mecze?

W sobotę byłem na meczu. Było „tradycyjnie”. Siedząc na trybunach pomyślałem sobie – dlaczego w ogóle chodzimy na mecze? Nasuwa mi się kilka odpowiedzi.

Po pierwsze – dla emocji. Rywalizacja sportowa wzbudza w nas skrajne uczucia. Uwielbiamy patrzeć jak nasi herosi „przeciągają linę” z przeciwnikami. Raz są na wozie, raz pod wozem. Bijemy brawo, by za moment załamywać ręce. Nerwowo zaciskamy zęby, by po chwili wybuchać radością. To właśnie przez te zwroty akcji, przez tę nieprzewidywalność, sport jest dla nas magnesem. Zdajemy sobie sprawę, że może wydarzyć się wszystko. Słowem, idąc na mecz wiemy, że nic nie wiemy.

Po drugie – dla relaksu. Zajmując swoje miejsce na ławce lub krzesełku, na kilkadziesiąt minut zapominamy o całym bożym świecie. Nic to, że w pracy nie poszło, nic to, że sąsiad na odcisk nadepnął, nic to, że żona marudziła. Liczy się tylko tu i teraz. Ktoś powie, że codzienność jak sport - też dostarcza wrażeń. Owszem. Jednak są to wrażenia inne. Trudno przecież postawić znak równości pomiędzy zmaganiami z szefem, a „walką” o każdą piłkę razem z naszymi ulubieńcami. Codzienność zatem stresuje, sport relaksuje. Takie sportowe katharsis.

Po trzecie – dla towarzystwa. Nawet idąc samemu na mecz, nie czujemy się osamotnieni. Ściskając kciuki za naszą drużynę momentalnie odnajdziemy kompanów. Możemy być pewni, że będzie z kim omówić każde zagranie, ponarzekać na trenera, czy wskazać najlepsze rozwiązanie akcji. Jakby tego było mało, w tłumie zawsze można dostrzec któregoś ze starych kumpli lub dawną sympatię z podstawówki. Kibicując jesteśmy z ludźmi i pośród nich. W końcu człowiek to „stadne zwierzę”.

Ostatni mecz był inny, choć chciałoby się powiedzieć – taki jak zawsze, bo już 24. z rzędu. Zabrakło emocji, zabrakło relaksu. Na trybunach smutno i pustawo. Do tego nieznośny dźwięk odmawiającego współpracy głośnika. Towarzystwo może i było, ale rozrzucone i małomówne. Nieobecne. Jakby myślami już w innej lidze.

W sobotę byłem na meczu. Było „tradycyjnie” - 0:3. Siedząc na trybunach pomyślałem sobie – co się stało z tym Klubem??? Nasuwa mi się kilka odpowiedzi...

Konrad Sawicki


 

Garnitur a sprawa świdnicka

W życiu każdego mężczyzny przychodzi taki moment – moment zakupu pierwszego garnituru. Jak ma wyglądać? Jak się układać? Gdzie dłużej, a gdzie krócej? Bądź człowieku mądry i pisz wiersze!

Statystyczny mężczyzna nie należy do miłośników wielogodzinnych spacerów po galeriach handlowych. Odwiedziny kolejnych butików prędzej spowodują ból głowy niż falę radości. Takie obchody wydają się jednak konieczne, aby dobrać odpowiednią szatę. No chyba, że jesteśmy gotowi poskromić węża w kieszeni i udamy się do specjalisty. Miarka tu, miarka tam i pasuje jak ulał. Byleby tylko miarka się nie przebrała i nasz budżet to wytrzymał.

Jedno jest pewne – bez wielogodzinnych wizyt w kolejnych sklepach lub konsultacji z projektantem/krawcem nie możemy liczyć na dobry efekt. Jeśli nie mamy perfekcyjnego wyczucia i idealnego „oka”, zostanie nam jedna z opcji familijnych - garnitur w stylu na „młodszego” lub „starszego brata”. A tego chyba nie chcemy?

Świdniczan ekscytuje sprawa obiektów sportowych. Bez wątpienia wszyscy jesteśmy zgodni, potrzebujemy ich i muszą powstać. Koniec. Kropka. Z obiektami jednak jak z garniturem –mają być na miarę potrzeb, pasować jak ulał.

Nie trudno się domyślić, że w dyskusjach na temat nowych obiektów opcja „młodszego brata” raczej się nie pojawia. Widać jednak zapędy wizjonerskie. Hala sportowa? Siłownia? Basen? Mało! Dołączmy jeszcze spa, zadbajmy o zjeżdżalnie, baseny termalne, ścianki wspinaczkowe. Do tego korty tenisowe, no i sala do squasha. Pewnie jeszcze i miejsce na kręgielnie by się znalazło.

Pomysł to piękny. Tylko czy odpowiedni do świdnickich realiów? Mam wrażenie, że po początkowej euforii, nasze Miasto wyglądałoby w takiej „szacie”, jak cherlawy młokos w marynarce starszego pana przy kości. Euforia pierwszych tygodni, ustąpiłaby miejsca prozie codzienności, czyli poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie „co zrobić, żeby wyjść na zero?”. Bo w to, że mieszkańcy Świdnika będą się tłoczyć w kolejkach do nowych atrakcji jakoś nie wierzę.

Myślę, że potrzebujemy hali sportowej z prawdziwego zdarzenia. Takiej, która pomieści 1500-2000 kibiców. Takiej, z parkietem odpowiedniej wielkości i jakości (!) i wreszcie takiej, z sufitem, który nie czyha na każdy błąd w siatkarskim rzemiośle. Potrzebujemy dobrej siłowni i basenu, który posłuży zarówno profesjonalistom jak i sportowcom-amatorom. Do tego jeszcze sauna i gabinety odnowy biologicznej. A wszystko to pod jednym dachem. W rezultacie otrzymamy kompleks sportowy, z którego będą korzystały miejscowe drużyny, do którego chętnie przyjadą na zgrupowania zespoły z kraju i który będzie służył mieszkańcom bez konieczności łatania dziur w jego budżecie.

Mało wizjonerskie, nieprawdaż? W końcu pomysł statystycznego mężczyzny. Taki garnitur na „świdnicką miarę”.

Konrad Sawicki


Dymek na klatce

Jest w Świdniku grupa amatorów puszczania dymka na klatkach schodowych. Jest i grupa oponentów. Czy zatem można palić na klatkach naszych bloków?

Z grubsza sytuacja wygląda tak: Kowalski wychodzi na papierosa na klatkę schodową. Nowak upomina, a gdy upomnienia nie skutkują, wzywa straż miejską lub policję. Funkcjonariusze przyjeżdżają i poza grzeczną prośbą o zaprzestanie palenia, nie mogą zrobić dosłownie nic. Bezradnie rozkładają ręce i wzbudzają uśmiech Kowalskiego. Dobór nazwisk oczywiście przypadkowy.

Argumenty? Ależ proszę. Palić na klatce można, bo ustawa tego nie zabrania. Oczywiście – prawo zakazuje palenia w miejscach publicznych, ale pośród tych miejsc klatka nie jest wymieniana. Szczególnie ta z domofonem. Co więcej, jest ona współwłasnością każdego z jej mieszkańców. Zatem „wolnoć Tomku!” - jak mawiał klasyk.

Nasz Nowak nie zgodziłby się. Jego argumenty? Owszem. Pomimo, że klatka schodowa nie jest wymieniona w ustawie jako miejsce publiczne, to faktycznie takim jest. W końcu trudno byłoby wyliczyć wszystkie możliwe miejsca publiczne. Nasze prawo zresztą, mówi jasno, że ustawowy katalog miejsc publicznie dostępnych może być rozszerzany. Leży to w gestii organów samorządowych. Poza tym, skoro Kowalski lubi zadymiać swoją własność, to dlaczego nie robi tego w jego tylko czterech ścianach?

Mogłoby się wydawać, że rozwiązanie jest banalne. Jeśli ustawodawca pozwala samorządom na rozszerzanie listy miejsc publicznych objętych zakazem palenia, to niech gmina podejmie uchwałę i po sprawie. Najprostsze rozwiązania jednak często są najtrudniejsze. Co z poszanowaniem prawa własności mieszkańców danych klatek?

Myślę, że jest rozwiązanie. Podam przykład bliskiej mi Spółdzielni Mieszkaniowej w Świdniku. W regulaminie porządku domowego czarno na białym widnieje zakaz palenia na klatkach. Skoro zamieszkuję zasoby Spółdzielni, to jestem zobowiązany do przestrzegania obowiązujących przepisów. Jeśli ich nie przestrzegam, to ponoszę karę. Np. opóźniam się z czynszem, to płacę odsetki. A palenie na klatkach? Bez odpowiednich przepisów zewnętrznych pozostaje tylko prośba.

Ciekawą propozycją byłoby zatem wprowadzenie lokalnego przepisu, zakazującego palenia na klatkach schodowych pod warunkiem, że zakaz ten widnieje także w regulaminie zarządcy danej nieruchomości. Z polskiego na nasze: jeśli np. wspólnota mieszkaniowa zabrania palenia na klatce, to prawo lokalne też tego zabrania i winny może ponieść karę. Jeśli wspólnota nie zabrania palenia, to przepis prawa lokalnego jej nie dotyczy.

Co Wy na to?

Konrad Sawicki

P.S.

Dowiedziałem się, że „Strefa Świdnik” czytana jest także zagranicą. Pozdrawiam Wyspy!


„Mit autorytetu – autorytet mitu”?

Co to jest autorytet? Czy w dzisiejszym świecie możemy mówić o autorytetach czy może już tylko o idolach? Czy w ogóle potrzebujemy autorytetów?

Pytania te oraz możliwe na nie odpowiedzi, nasunęły mi się w ostatnim tygodniu. Po pierwsze – w związku z pierwszą rocznicą śmierci Pani profesor Teresy Kukołowicz (1925-2014), po drugie – po lekturze książki pod redakcją Jacka Sieradzana pt. Mit autorytetu – autorytet mitu. Tytuł wpisu jak widać nieprzypadkowy.

Czym zatem jest autorytet? Jak pisze Sieradzan, autorytet to wzór w swojej dziedzinie. Jego pozycja opiera się na stabilnej podstawie osiągnięć, na efektach pracy dla świata, narodu czy państwa itp. Autorytetów można mieć kilka. Każdy w innej dziedzinie. Osoby takie nie są obiektami pożądania, lecz potencjalnymi „doradcami” czy „współpracownikami”.

A idol? Jest to ktoś, kto tworzy szeroko rozumianą modę, jest w jej sprawach wyrocznią, ale też od niej zależy. Jest moda na to, co robisz – stajesz się idolem, nie ma mody – znikasz. Idol zwykle jest jeden, wymaga „oddania” i jest „zazdrosny”.

Autorytety mają osoby dojrzałe, idoli nastolatkowie. Dostrzeganie i wybór autorytetów to wyraz mentalnej dojrzałości, pogoń za idolami to obraz mentalności nastolatka.

O mocy autorytetu świadczy Konferencja naukowa zorganizowana w związku z rocznicą śmierci prof. Kukołowicz. Temat Konferencji – Z pomocą człowiekowi... -  wskazuje na motto życiowe „bohaterki” i ukazuje wartość jej działalności. Znaczenie myśli Pani profesor podkreślali liczni naukowcy, współpracownicy i studenci-wychowankowie.

Będąc Dziekanem Wydziału Nauk Społecznych KUL, przyczyniając się do reaktywacji Instytutu Pedagogiki oraz kształcąc kolejne pokolenia pedagogów, Teresa Kukołowicz zapisała się wielkimi zgłoskami nie tylko w historii Uniwersytetu, ale i narodu polskiego. Dowodem tego są podejmowane przez nią w licznych publikacjach, niestrudzone polemiki z systemem marksistowsko-leninowskim. To również dzięki niej, dziś uczymy i wychowujemy ludzi wolnych i autonomicznych.

Jak zaznaczają współpracownicy Pani profesor, pomimo ugruntowanej pozycji w świecie nauki, zawsze pozostawała ona blisko codziennych problemów człowieka. Nie wpisała się w abstrakcję dyskusji naukowych, lecz niosła wsparcie potrzebującym. Zwłaszcza rodzinom.

Osoba Pani prof. Teresy Kukołowicz wskazuje na istotę autorytetu i jest jego modelowym przykładem. Natomiast o współczesnej potrzebie autorytetu zaświadcza niedawna Konferencja. Świadectwem tym były nie tylko wykłady profesorów, ale przede wszystkim obecność studentów. W świecie kolorowych idoli jest jest jednak miejsce na autorytety.

Konrad Sawicki


 

„Konwencja przemocowa”, czyli...?

Polski Sejm przyjął Konwencję o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, popularnie nazywaną Konwencją przemocową. Dokument to interesujący. Oto kilka moich wniosków nasuwających się po lekturze.

1. Przemoc ze względu na płeć. Bardzo „oryginalne” rozumienie tej przemocy proponowane jest w Konwencji. Otóż „przemoc wobec kobiet ze względu na płeć oznacza przemoc skierowaną przeciwko kobiecie ze względu na jej płeć”(art. 3, lit. d). Czyli co? Istne masło maślane. Spójrzmy jednak głębiej.

Autorzy sugerują, że przemoc jest podejmowana dlatego, że dana osoba jest kobietą lub nią nie jest. Nie zauważają, że faktycznie przemoc jest konsekwencją innych patologii społecznych. To ubóstwo, alkoholizm, narkomania czy bezrobocie przyczyniają się do powstania zachowań agresywnych. W rzeczywistości przyczyną przemocy nie jest cecha ofiary, taka jak jej kobiecość czy męskość.

2. Agresja jako cecha mężczyzny. Jeśli Konwencja ma chronić kobiety przed przemocą, to powstaje pytanie: kto tę przemoc stosuje? A no mężczyźni!

Tak panowie, zgodnie z tym dokumentem przypadła nam „zaszczytna” rola agresorów. Jesteśmy ukazywani jako Ci niedobrzy, jako Ci, będący po „ciemniej stronie księżyca”. Konwencja chroni kobiety i dziewczęta. O mężczyznach i chłopcach zapomina. I gdzie tu równouprawnienie?

3. Rodzina jako środowisko opresyjne dla osoby. Między wierszami, autorzy Konwencji sugerują nam gdzie dochodzi do przemocy. Nie piszą o ciemnych zaułkach, o niebezpiecznych dzielnicach, lecz o rodzinie. Nie dostrzegają szans, które stwarza środowisko rodzinne. Widzą tylko zagrożenia. Rodzina przestaje być naszym azylem, szkołą miłości i opieki. Staje się „oazą” niepokoju i źródłem patologii.

Ciekawe co będzie dalej? Całkowita negacja rodziny? „Ubóstwienie” państwa? Skojarzenia nasuwają się same.

Chciałoby się powiedzieć, że na szczęście w Europie dominuje ustrój demokratyczny, w związku z czym możemy proponować zmiany i wspólnie ulepszać Konwencję. Nic bardziej błędnego. Autorzy naszego Dokumentu i o to się zatroszczyli. W artykule 78. jest jasno napisane, że poza nielicznymi, nieznaczącymi dla meritum przepisami, treści Konwencji zmieniać nie można. Innymi słowy: albo przyjmujesz tak jak jest, albo wcale. To ci dopiero wolność słowa i otwartość na dialog.

Chcę wierzyć, że idea utworzenia i wprowadzania Konwencji jest dobra. Mam jednak wrażenie, że zamiary – jeśli szczytne – to wprowadzane są nieudolnie. Co najmniej nieudolnie. Zamiast iść do przodu, czerpiąc z właściwych źródeł, cofamy się. Nawiązujemy do historii. Nie do tej chwalebnej.

Konrad Sawicki


1000

Mówi się, że mamy kryzys słowa pisanego, że ludzie mało czytają. Podobno żyjemy w kulturze obrazu. Mądre głowy twierdzą, że zamiast czytać ze zrozumieniem, wolimy patrzeć na filmy czy zdjęcia, najlepiej szybko zmieniające się. Krótko mówiąc, jesteśmy ukazywani jako patrzący jak cielęta na malowane wrota, którym drukowane szkodzi.

Chyba nie jest tak źle, jakby chcieli to przedstawiać malkontenci. Dzisiaj zatem będzie o słowie. O słowie nie tyle drukowanym, ile pisanym. W sieci. Na blogu. Tu i teraz.

Myślę, że jednak czytamy i to czytamy wbrew pozorom nie tak mało. Jako że ciału najbliższa koszula, powołam się na przykład moich tekstów umieszczanych w „Strefie Świdnik” i liczb z tym związanych.

W minionym tygodniu licznik odwiedzających mojego bloga wybił 1000. Liczba dla mnie, blogera-żółtodzioba, magiczna. Zawrotna. Cztery cyfry na liczniku odwiedzin pojawiły się prawdopodobnie w poniedziałek, czyli dokładnie po 42. dniach od debiutu. Średnia na dobę – niemal 24 „kliknięcia”. Nietrudno policzyć, że świątek/piątek, bez względu na porę dnia i nocy, statystycznie prawie co godzinę, ktoś z Państwa przeglądał to, co tu piszę. Dla mnie nieźle. Podobno liczby nie kłamią. Podobno.

Powszechnie wiadomo, że są trzy rodzaje kłamstw: małe kłamstwa, duże kłamstwa i statystyka. Nie inaczej zapewne jest i w przypadku mojego bloga. Naiwnością byłoby założenie, że każdy kto go odwiedził, przeczytał chociaż jeden tekst w całości.

Myślę, że odwiedzających moje „poletko” można podzielić na trzy grupy: przypadkowych – kliknęli niechcący i więcej się tu nie pojawili, zamierzonych niecierpliwych – kliknęli celowo, ale wytrwali jedynie do końca pierwszego zdania lub akapitu oraz zamierzonych cierpliwych – pojawili się tu nieprzypadkowo i przeczytali do końca przynajmniej jeden mój wpis.

Jeśli założymy, że wspomniany 1000 kliknięć podzielił się równo pomiędzy wymienione grupy, to tych, którzy poświęcili nieco więcej czasu na lekturę mamy ok. 330. Scenariusz nie najlepszy. Może nie czarny, ale już nie tak różowy.

A co jeśli są wśród Państwa, tacy, którzy zaglądają tu regularnie? A co jeśli niektórzy czytają to chętnie i od deski do deski? Może to urzędowy, nadmierny optymizm. Jednak z pozytywnym nastawieniem zawsze łatwiej.

Bądź co bądź, 1000 zobowiązuje. Mobilizuje do regularnego pisania, do czytania samego siebie – co jest niezwykle trudne oraz do pracy nad własnym warsztatem. Dziękuję wszystkim odwiedzającym, przypadkowym i zamierzonym, cierpliwym i niecierpliwym.

Licznik wskazuje suche liczby, ale też mówi o faktach. Czytamy - to fakt. Tu jest nas 1000. Teraz pewnie już ponad.

Konrad Sawicki


PSOUU czyli entuzjazm na co dzień

Niewielu z nas słyszało o istnieniu Polskiego Stowarzyszenia na Rzecz Osób z Upośledzeniem Umysłowym (PSOUU). Jeszcze mniejsza grupa wie o tym, że w naszym mieście działa jego oddział – Świdnickie Koło PSOUU.

Działalność Koła skupia się na pracy z osobami z niepełnosprawnością umysłową różnego rodzaju i stopnia. Co ważne, wsparcie niesione jest osobom w każdym wieku, zarówno najmłodszym jak i dojrzałym. Potrzeby mieszkańców Świdnika i okolic, objętych pomocą PSOUU realizowane są w trzech placówkach: Dziennym Centrum Aktywności, Warsztacie Terapii Zajęciowej oraz Środowiskowym Domu Samopomocy.

W ostatnich dniach, razem z radnym Andrzejem Kaciuczykiem, odbyłem spotkanie z Panią Iwoną Ratajczak, pełniąca funkcję Przewodniczącego Zarządu Koła oraz z Panią Żanetą Adamek, Kierowniczką Środowiskowego Domu Samopomocy. Spotkaliśmy się w świdnickiej siedzibie PSOUU znajdującej się przy ulicy Kościuszki 8. Głównym celem spotkania było sprawdzenie jak ŚDS radzi sobie z powierzonym mu niedawno zadaniem. Zadanie to, zostało wyznaczone decyzją Rady Miasta i obejmuje pomoc ciężko choremu Świdniczaninowi. Przy okazji, zapoznaliśmy się również z funkcjonowaniem wszystkich placówek działających w ramach Świdnickiej agendy Stowarzyszenia.

Co zobaczyliśmy? Wrażenia przerosły nasze wyobrażenia i oczekiwania. W ciągu ponad dwugodzinnej wizyty porozmawialiśmy z kierownictwem placówek, z ich pracownikami oraz z samymi podopiecznymi. Przyjrzeliśmy się funkcjonowaniu Koła „od kuchni”. Obserwowaliśmy pracę rehabilitantów, poznaliśmy jak działają pracownie: plastyczna, stolarska, krawiecka i multimedialna. Mogliśmy zobaczyć jak podopieczni sami przyrządzają posiłki i ile serca w to wkładają. Poznaliśmy także specyfikę pracy z tymi osobami, które potrzebują najwięcej pomocy w codziennym funkcjonowaniu.

Zobaczyliśmy ludzi pełnych pasji i entuzjazmu. Kadra ośrodka codziennie ciężko pracuje po to, aby osoby wymagające wsparcia nawet w najbardziej prozaicznych czynnościach, mogły rozwijać własną samodzielność. Pracy tej towarzyszy radość. Radość z możliwości niesienia pomocy innym. Najważniejszy był uśmiech, który zobaczyliśmy. Uśmiech pracownika w kontakcie z podopiecznym, ale przede wszystkim uśmiech podopiecznego.

Oczywiście Świdnickie Koło PSOUU boryka się z kilkoma trudnościami. Potrzebna jest rozbudowa siedziby, remont parkingu czy poszerzenie kadry opiekuńczej. Przy odpowiednim wsparciu, potrzeby te będą spełnione. Pierwsze działania już zostały podjęte.

Konrad Sawicki


Dzień po

W ostatnich tygodniach na ustach Polaków pojawił się temat tabletki „dzień po”. Temat bez wątpienia zastępczy, ale i jednocześnie bardzo kontrowersyjny. Trudno nie zauważyć, że wzbudzanie dyskusji o tabletce ma na celu odwrócenie naszej uwagi od drążących Polskę problemów gospodarczych. Zamiast rozmawiać o niszczeniu polskiego przemysłu, o absurdalnym kształcie systemu opieki zdrowotnej czy o faktycznym zagrożeniu za wschodnią granicą, mamy zająć się kwestią ludzkiej płodności.

Zgodnie z zasadą, że co warto powiedzieć raz, warto powiedzieć i dwa razy, powtórzmy to, co znane i jasne. Powszechnie wiadomo, że farmaceutyki takie jak tabletka „dzień po” są destrukcyjne dla zdrowia kobiety. Lekarze są zgodni i nie mają wątpliwości, że jej stosowanie bez uprzedniej diagnozy stanu zdrowia kobiety, może prowadzić do opłakanych skutków. Szczególnie destrukcyjne jest częste stosowanie tabletki, ponieważ efekty długotrwałego jej przyjmowania są nieokreślone. Oczywiste są także konsekwencje stosowania tego tworu dla dziecka nienarodzonego. Tabletka jest formą sprzeciwu wobec jego zdrowia i życia. I jeszcze dostępność tabletki dla dziewcząt 15. letnich. Spytajmy może co na to rodzice?

Ostatnio sam przeżyłem swoisty „dzień po”. Nie miał on takiego wymiaru, jak ten powyżej, lecz był bardziej metaforyczny. Ten „dzień” nie trwał 24 godziny, lecz był znacznie dłuższy. Do rzeczy.

Będąc wiceprzewodniczącym Komisji Rewizyjnej Rady Nadzorczej SM, wzbudziłem na ostatnim posiedzeniu dyskusję na temat gospodarki finansowej Spółdzielni. Moje propozycje i argumenty nie zostały zaakceptowane. Być może dlatego, że nie były doskonałe, albo dlatego, że nie zostały zrozumiane. Do braku zrozumienia racjonalnych argumentów w tym gremium niestety zacząłem się przyzwyczajać. Nic to jednak w porównaniu do tego, co działo się „dzień po”.

Telefon się rozdzwonił. Odzywali się zwolennicy moich pomysłów. Cieszyli się, że wreszcie ktoś nie się bał pytać i proponować nowych rozwiązań, ale też wyrażali zaniepokojenie i mówili o moich, dożywotnich już wrogach. Zważając na mój wiek, pewnie długo jeszcze będę musiał się z nimi zmagać. Stawię czoła.

Co ciekawe, przeciwnicy moich propozycji też telefonowali. Nie do mnie jednak. Tak jak „dzień przed” nie przedstawiono mi racjonalnych kontrargumentów, tak „dzień po”, zamiast rozmawiać ze mną, informacje puszczono w miasto. Chyba nikt z „życzliwych” nie spodziewał się, że zainteresuje się tym prasa. 

Ktoś naważył piwa, ktoś teraz będzie je spijał. Oby tylko pod pianką nie kryło się coś naprawdę niestrawnego.

Konrad Sawicki


W Spółdzielni też jest ciekawie

Oficjalnie do grona członków Spółdzielni Mieszkaniowej w Świdniku dołączyłem niedawno. Pomimo, że nie jestem spółdzielcą z wieloletnim doświadczeniem, to problemy Spółdzielni są mi bliskie i znane. Także dlatego, że w jej zasobach zamieszkuję w sumie niemal ćwierć wieku. A w ostatnich tygodniach dzieje się.

Mam tu na myśli sprawę starego boiska do koszykówki, znajdującego się pomiędzy blokami przy ulicy Kosynierów 13 i 15. Stary, 2014 rok, mieszkańcy tych budynków zakończyli „plebiscytem” na temat remontu boiska. Każdy z nich znalazł w skrzynce kartę do głosowania, na której miał do wyboru jedną z dwóch propozycji: parking lub rekreacyjny skwerek. Kilka dni po zakończeniu głosowania, otrzymaliśmy informację, że wygrała opcja parkingu. I tu się zaczęły schody...

W gablotach naszych klatek, pojawiły się kartki, z informacją, który wariant zwyciężył, bez wskazania ile osób było uprawnionych do głosowania, ile kart wpłynęło i wreszcie ilu „wyborców” wybrało wariant pierwszy, a ilu drugi. Co ciekawe, w momencie składania kart do głosowania we wskazanych miejscach, nie podpisywaliśmy list potwierdzających fakt głosowania.

W sumie drobiazg. Jednak pomni wydarzeń z ostatniego Walnego Zgromadzenia, nie powinniśmy tego bagatelizować. Wtedy kart do głosowania cudownie nam przybyło. Oby teraz nie było podobnie.

Postanowiłem zainteresować się bliżej tą sprawą. Odwiedziłem odpowiednie biuro. Pierwsza moja wizyta spełzła na niczym, bo nie było kompetentnej w tej sprawie osoby, a stosowne dokumenty rzekomo były u...jednego z mieszkańców. Tak właśnie. Zgodnie z informacją, którą otrzymałem, znajdowały się one w domu osoby postronnej, a nie w stosownym do tego miejscu. To ci dopiero!

Następnego dnia ponownie zapukałem do tego biura. Mając zaszczyt już z odpowiednią osobą, zapytałem o przyczynę braku szczegółowych wyników na klatkach schodowych. Usłyszałem, że obliczenia te są zbyt czasochłonne. Osobie tej udowodniłem, że przeliczenie głosów na 110. kartach, zajmuje w porywach do 10. minut. Oczywiście, o wgląd do kart też musiałem się targować. Nawet będąc członkiem Rady Nadzorczej Spółdzielni. Interesujące, nieprawdaż?

Na pytanie, „dlaczego tych wyników nie przekazano bezpośrednio zainteresowanym mieszkańcom?”, pewnie nigdy nie uzyskamy odpowiedzi. Również dlatego, że w dzień po mojej drugiej wizycie w wymienionym wyżej biurze, Spółdzielnia wycofała się z planu wykonania parkingu. Jako motyw wskazano brak zgody Starostwa. Oczywiście, moje działania nie miały znaczenia dla końcowego efektu. Nawet mi to przez myśl nie przeszło.

Jak widać, w Spółdzielni też jest ciekawie.

Konrad Sawicki


„Czas realizacji”

Początek roku 2015 był dla Radnych miejskich czasem gorącym. Czasem realizacji pierwszych, postawionych przed nimi zadań. Obowiązków nie brakowało zwłaszcza w drugiej dekadzie miesiąca, kiedy to, przyszło nam zmierzyć się z zadaniem przygotowania planów pracy komisji stałych. Swoją uwagę w tym czasie skupiłem przede wszystkim na określeniu zadań Komisji Oświaty, Rodziny i Spraw Społecznych. Komisji dla mnie kluczowej, bo bez wątpienia najbliższej codziennemu życiu Świdniczan. Najbliższej także mi samemu.

Komisja ta, na co dzień bierze pod lupę jakość funkcjonowania świdnickich żłobków, przedszkoli i szkół. Zajmuje się także wszelkimi problemami naszych rodzin, a katalog jej działań uzupełniają te, dotyczące szeroko rozumianych spraw społecznych, np. związanych z profilaktyką i zwalczaniem rozmaitych patologii.

Moja praca oraz zainteresowanie edukacją, wychowaniem i rodziną, miały ułatwić działanie w tej Komisji. Jednak łatwo nie jest. Przecież współczesna szkoła i rodzina muszą radzić sobie na co dzień z wieloma problemami, nierozwiązanymi od lat. Jak tu zatem pokonać tak liczne trudności w ciągu jednego zaledwie roku? Myślę, że wypracowaliśmy jednak „złoty środek”.

W ciągu najbliższych dwunastu miesięcy „moja” Komisja skupi się na diagnozie podstawowych problemów świdnickich placówek edukacyjnych i wychowawczych. Spotkamy się z dyrektorami żłobków, szkół i przedszkoli. Zajmiemy się pomocą rodzinom wielodzietnym. Opracujemy zagadnienie kampanii informacyjnej i kursów edukacyjnych dotyczących ruchu rowerowego w naszym mieście. Oczywiście zrobimy to, we współpracy z rowerzystami. Nasi przedstawiciele wezmą także udział w międzynarodowym projekcie na temat pracy socjalnej w Europie, co jest wyrazem podejmowanej przez członków Rady Miasta, aktywności w skali międzynarodowej. Całości prac dopełni projekt współpracy ze Spółdzielczym Domem Kultury.

Zamiary z pewnością przełożą się na działania. Dowodem tego jest podjęta już pomoc jednemu z niepełnosprawnych członków naszej społeczności. Decyzja Komisji była pierwszym krokiem ku zapewnieniu mu pomocy instytucjonalnej. Sytuację tę na bieżąco monitorujemy i pracujemy nad usprawnieniem niesionego wsparcia.

Powstanie planu pracy Komisji Oświaty, Rodziny i Spraw Społecznych poprzedziły ożywione dyskusje. Każdy z członków Komisji dołożył do niego swoją cegiełkę. Nasi Radni stanęli na wysokości zadania. Priorytety określone. Przyszedł czas realizacji.

Konrad Sawicki


Pomoc niejedno ma imię

Dziś kilka słów o pomaganiu. Pomoc można nieść na rozmaite sposoby. Można pomagać dobrym słowem, obecnością, działaniem, można też pomagać finansowo. Faktem jest jednak, że Polacy pomagają sobie rzadko, a jeśli już, to wybierają jedną głównie formę pomocy – finansową właśnie.

Za nami 23. finał WOŚP, czyli „zbiorowej” formy pomocy, w której znaczna część Rodaków bierze udział. Jak zwykle zaangażowanie społeczeństwa ogromne, jak zwykle zebraliśmy niemałe kwoty, no i cel – jak zwykle szczytny. Jedna rzecz tylko nie była jak zwykle – rozgłos. Jego skala z pewnością nie mniejsza niż w latach poprzednich, jednak wrażenia - wydaje się - całkowicie odmienne.

Inicjatywa Jerzego Owsiaka nigdy dotąd nie budziła tak wielu skrajnych emocji. Z jednej strony zachwyt nad kolejną „dawką” wsparcia dla najmłodszych pacjentów, z drugiej grymas niezadowolenia, związany z ujawnianiem kulisów przedsiębiorstwa Pana Jerzego. Tak właśnie – przedsiębiorstwa. A to informacja o pensjach jego najbliższych pobieranych z fundacji, a to wypraszanie z konferencji prasowej, a to cofanie akredytacji przedstawicielom niesprzyjających mediów. Pomimo, że cel chwalebny, to sposób realizacji co najmniej wątpliwy.

My Świdniczanie, mamy ostatnio naszą „Małą Orkiestrę”. Gra ona od co najmniej kilku tygodni dla Jasia Karwowskiego. Gra tak głośno, że niewiadomo kiedy przekroczyła granice naszego Miasta. Włączają się w nią ludzie z całego regionu, a nawet kraju. Wszyscy walczymy o oczko naszego Małego Przyjaciela. Pomagają media, pomagają władze, pomagamy my wszyscy. Co ważne, bez skandali i sporów, a we wspaniałej atmosferze. No i cel wielki, bez konieczności nagradzania osób postronnych. Ja już wiem którą puszkę chcę napełniać. Nie potrzebuję naklejki.

Jeśli o pomocy, to koniecznie i o świdnickiej siatkówce. Nasi siatkarze rozpoczęli Nowy Rok tak, jak zakończyli stary. Po raz kolejny porażka, po raz kolejny słaby styl. Tutaj pomoc materialna nic nie da. Błędy zostały popełnione w lecie, a tak naprawdę w „pamiętnym kwietniu”. Teraz tylko jedno może pomóc w walce o ligowy byt. Niebiosa.

Na koniec krótka anegdota apropos WOŚP. Dwaj przyjaciele spędzali razem wieczór w mieszkaniu jednego z nich. Po zakończeniu spotkania, właściciel mieszkania nie mógł znaleźć portfela. Zadzwonił do kolegi z pretensjami, a w trakcie rozmowy odnalazł zgubę we własnej kieszeni. Zapytał druha: „Przyjacielu, nie masz za złe tego, że Cię posądziłem?”. Przyjaciel odparł: „Nie…, ale niesmak pozostał”. Tak właśnie Panie Jerzy, niesmak pozostał.

Konrad Sawicki


Noworoczne niespodzianki

Nowy Rok rozpoczął się dla nas – Świdniczan nie małym zaskoczeniem. Życzenia tego, żeby był lepszy niż „stary” 2014, przynajmniej w pierwszych dniach nie spełniają się. Najważniejsze świdnickie przychodnie przywitały pacjentów drzwiami zamkniętymi na cztery spusty.

W mainstreamowych mediach dominują opinie, że to wina lekarzy. Są oni przedstawiani jako zachłanni na pieniądze karierowicze, jako Ci, którzy na negocjacjach z NFZ chcą zbijać kapitał polityczny, a pacjentów traktują jako „żywe tarcze”. W przeciwieństwie jednak do strony rządowej chcą oni rozmawiać. Nie „okopują się” na swoich pozycjach strasząc kolejnymi sankcjami, jak to czyni druga strona konfliktu.

Jakie są argumenty przeciw podpisaniu nowych warunków umów z NFZ? Podajmy tylko kilka najważniejszych: nieracjonalne limity onkologiczne, możliwość zmiany warunków umowy przez NFZ bez zgody przychodni, nieskuteczny model walki z cukrzycą czy zniesienie możliwości leczenia u dermatologa i okulisty bez skierowania.

To tylko wierzchołek góry lodowej, jaką jest pełna błędów i złych rozwiązań reforma działania Funduszu. Dokładniej przyglądając się sytuacji zauważymy, że to nie lekarzom brak dobrej woli. Nowe rozwiązania w rzeczywistości nastawione są na ograniczenie puli pieniędzy przeznaczonych na leczenie Polaków. Zaoszczędzone na naszym zdrowiu pieniądze posłużą do łatania dziury budżetowej. Faktycznie o nasze zdrowie walczą lekarze, strona rządowa niestety wydaje się bronić jedynie własnych interesów.

W Nowy Rok wchodzimy także z dobrymi informacjami. W ostatnich dniach roku 2014, Radni Miejscy wyrazili zgodę na budowę pomnika upamiętniającego Ofiary katastrofy smoleńskiej. Pomysłodawcy tej inicjatywy mogą już bez kłopotów przejść do ostatniego etapu prac nad pomnikiem. Jest ona tym bardziej cenna, ponieważ w pełni finansują ją mieszkańcy, bez wkładu choćby przysłowiowej „złotówki” z pieniędzy publicznych. Ta oddolna mobilizacja mieszkańców Świdnika może służyć nam wszystkim jako przykład skuteczności działań.

Kierunek działań na Nowy Rok wyznaczyła nam także społeczność parafialna Kościoła pw. Najświętszej Marii Panny Matki Kościoła. Już w okresie świątecznym, w tej Parafii pojawiło się urządzenie zwane „schodołazem”. Ułatwia ono osobom poruszającym się na wózkach inwalidzkich pokonanie schodów prowadzących do Świątyni. Świdnik staje się miastem przyjaznym dla wszystkich. Oby tak dalej.

Konrad Sawicki


Łączy nas Świdnik!

Szanowni Państwo,

Dziś będzie wyjątkowo, bardziej doniośle i formalnie. Raz, że z racji okresu świątecznego, dwa, że piszę do Państwa po raz pierwszy, a etykieta bądź, co bądź zobowiązuje. Jednak oficjalny ton już niedługo porzucimy, czego przedsmak będą mieli Państwo poniżej. Od ugrzecznionego „Państwa” jednak nie odejdę. Przede wszystkim z szacunku do Czytelnika.

Ten tekst powstaje w pociągu, w podróży pomiędzy jednym suto zastawionym stołem, a drugim. Niech Państwo mi wierzą, są sytuacje kiedy rozpiera człowieka radość, że sławne Pendolino po naszych torach pędzi z rzadka albo i wcale. Bo i czas na przetrawienie tego co wczoraj Babcia podała, i chwila na zastanowienie nad pierwszym, moim do Państwa przekazem.

Z racji, że Święta za nami, a Nowy Rok za pasem, bez życzeń z tej okazji nie może się obyć. Sama idea oryginalnością może nie powala, ale o sens się postaramy.

Zdaję sobie sprawę, że dla wielu z Państwa jestem osobą znaną tylko z widzenia, dla niektórych pewnie wcale, a tylko nieliczni znają mnie dobrze. I tak są Państwo w lepszej niż ja sytuacji, bo jakże składać życzenia anonimowym Czytelnikom? Spróbujmy jednak.

To co nam wspólne, to nasze Miasto. Łączy nas Świdnik! Uzyskując w niedawnym czasie Państwa zaufanie, zostałem radnym miejskim. Pozycja to tyleż eksponowana, co zobowiązująca. Z tej jednak pozycji składam dziś Państwu życzenia noworoczne.

Dla nas wszystkich – mieszkańców Świdnika, najważniejszy jest rozwój naszego Miasta. Życzę zatem Państwu niech Świdnik wciąż idzie słuszną, wyznaczoną już ścieżką. Niech w Nowym Roku 2015 nadal wygodnie się w nim mieszka i dobrze pracuje. Niech nasze dzieci, podobnie jak dotychczas, chodzą do dobrych szkół, żłobków i przedszkoli, bawią się na dobrze wyposażonych placach zabaw. Życzę Państwu, abyśmy nasze auta parkowali na powstających już, nowych parkingach i spacerowali po coraz bezpieczniejszych ulicach. Jednak przede wszystkim życzę Państwu zdrowia i dobrych relacji z Bliskimi.

A czego życzyłbym sobie? Chciałbym jak najlepszego kontaktu z Państwem jako mieszkańcami naszego Miasta. Niech Państwo mówią o własnych oczekiwaniach i potrzebach, abyśmy my – radni, umieli na nie odpowiadać. Niech Państwo wymagają, ale też będą wyrozumiali. Życzyłbym sobie poznać Państwa krytyczne uwagi. Bo krytyka, pod warunkiem, że merytoryczna, posłuży nam wszystkim, posłuży Świdnikowi.

Szczęśliwego Nowego Roku!

Konrad Sawicki

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Debata łączy ludzi?

„Zima w mieście” już za chwilę

„Zima w mieście” już za chwilę

W lutym, na Lubelszczyźnie rozpoczną się ferie. Jak, co roku, Miejski Ośrodek Kultury zaprasza w tym czasie na akcję „Zima…

więcej...
Lodowisko ruszyło

Lodowisko ruszyło

Jeżdżenie na łyżwach jest jedną z popularniejszych aktywności w okresie zimowym, niezależnie od wieku. Od minionej niedzieli aż do wiosny,…

więcej...
Mieszkania w projekcie

Mieszkania w projekcie

Czekają na nie setki świdniczan, ale również przyjezdni. Jak tłumaczą przedstawiciele ratu­sza, trwa właśnie projektowanie bloków z rzą­dową dopłatą. Wykonawca…

więcej...
To będzie rowerowy raj!

To będzie rowerowy raj!

Poczuć radość z górskiej jazdy w środku miasta? Już w tym roku taką szansę do­staną rowerzyści ze Świdnika. W naszym…

więcej...
MRM na start!

MRM na start!

Świdnickie szkoły są już po wyborach kandydatów do Młodzieżowej Rady Miasta. W gronie przyszłych radnych znalazło się 20 uczniów. Po…

więcej...
Frontpage Slideshow | Copyright © 2006-2011 JoomlaWorks Ltd.

  • 1
  • 2
  • 3
Prev Next

Wiaty już czekają

Wiaty już czekają

I to nie na lepszą pogodę, ale na zgodę Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. Mają stanąć...

więcej...

Powalczą o rządowe fundusze

Powalczą o rządowe fundusze

Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji ogłosiło konkurs do trzeciej edycji programu Razem Bezpieczniej. W dwóch poprzednich, z...

więcej...

„Zima w mieście” już za chwilę

„Zima w mieście” już za chwilę

W lutym, na Lubelszczyźnie rozpoczną się ferie. Jak, co roku, Miejski Ośrodek Kultury zaprasza w tym czasie...

więcej...

Lodowisko ruszyło

Lodowisko ruszyło

Jeżdżenie na łyżwach jest jedną z popularniejszych aktywności w okresie zimowym, niezależnie od wieku. Od minionej niedzieli...

więcej...

Teatralna premiera

Teatralna premiera

To była niedziela pełna debiutów. Świdniczanie, po raz pierwszy, obejrzeli spektakl młodzieżowej grupy Teatru Puk-Puk pt. „Łódeczka”,...

więcej...

Jasełka przedszkolaków

Jasełka przedszkolaków

Dzieci z Przedszkola nr 7 pojawiły się wczoraj w kościele pw. NMP Matki Kościoła, by przypomnieć wiernym,...

więcej...

Urodzona w niezwykły dzień

Urodzona w niezwykły dzień

Gabrysia ze Świdnika urodziła się 11 listopada 2018 roku, w setną rocznicę odzyskania niepodległości przez Polskę. Władze...

więcej...

Z orkiestrą w Nowy Rok

Z orkiestrą w Nowy Rok

Były świetne standardy, marsze, rockowe przeboje, hity taneczne a do tego niezwykli goście. Zanim jednak zabrzmiały pierwsze...

więcej...

Wierszem o Kubusiu Puchatku

Wierszem o Kubusiu Puchatku

Bajkowy miś stał się już postacią kultową. Doczekał się gadżetów ze swoją podobizną, filmów, ale również konkursów...

więcej...

To będzie rowerowy raj!

To będzie rowerowy raj!

Poczuć radość z górskiej jazdy w środku miasta? Już w tym roku taką szansę do­staną rowerzyści ze...

więcej...

Piękna znaczy nowoczesna

Piękna znaczy nowoczesna

Te słowa chyba najlepiej oddają, o co chodzi w Glamour - Instytucie Urody, który we wrze­śniu otworzyły...

więcej...

Mieszkania w projekcie

Mieszkania w projekcie

Czekają na nie setki świdniczan, ale również przyjezdni. Jak tłumaczą przedstawiciele ratu­sza, trwa właśnie projektowanie bloków z...

więcej...

Na łyżwy od niedzieli

Na łyżwy od niedzieli

Dobra wiadomość dla fanów zimowych sportów. Pora naostrzyć łyżwy i przygotować ciepłe ubrania. W niedzielę powróci miejska...

więcej...

MRM na start!

MRM na start!

Świdnickie szkoły są już po wyborach kandydatów do Młodzieżowej Rady Miasta. W gronie przyszłych radnych znalazło się...

więcej...

Pamiętają o swoich dziadkach

Pamiętają o swoich dziadkach

Wielką niespodziankę przygotowały w czwartek dla babć i dziadków Kleksiki z Przedszkola nr 3. Zaprosiły ich na...

więcej...

Muzyczne popołudnie (foto)

Muzyczne popołudnie (foto)

W sali konferencyjnej Urzędu Miasta zabrzmiały arie, między innymi z oper "Orfeusz i Eurydyka" oraz "Rinaldo", a...

więcej...

Koncert na dziesięć gitar

Koncert na dziesięć gitar

„Pójdźmy wszyscy do stajenki”, „Gdy śliczna Panna”, „Oj maluśki, maluśki…”, „Cicha noc” czy „Do szopy, hej pasterze”...

więcej...

Niebezpieczna sadza

Niebezpieczna sadza

Pojawienie się iskier w przewodzie kominowym napędziło strachu mieszkańcom jednego z domów jednorodzinnych przy ul. B. Czecha....

więcej...

  • 1
  • 2
  • 3
Prev Next

Maj pod znakiem Domagały

Maj pod znakiem Domagały

To będzie wyjątkowo rozśpiewany miesiąc. W maju, w naszym mieście wystąpi Paweł Domagała, jeden z najbardziej rozpoznawalnych...

więcej...

Koncert Janusz Radka

Koncert Janusz Radka

8 marca na scenie Miejskiego Ośrodka Kultury zagra Janusz Radek z zespołem. Charyzmatyczny artysta stale otwiera się na...

więcej...

Hrabi zagrają w Świdniku

Hrabi zagrają w Świdniku

Kabaret Hrabi już po raz kolejny odwiedzi nasze miasto. Tym razem grupa zaprezentuje program „Wady i Waszki”: Nikt...

więcej...

Smolasty wystąpi w Świdniku

Smolasty wystąpi w Świdniku

To będzie muzyczny początek roku. W Centrum Kultury wystąpi Smolasty, a właściwie, Norbert Smoliński. Wokalista, raper oraz...

więcej...

Koncert R. Rynkowskiego

Koncert R. Rynkowskiego

Jeden z najbardziej rozpoznawalnych głosów w kraju oraz wielokrotny laureat Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu, którego utwory...

więcej...

Baletowa premiera

Baletowa premiera

Na początku lutego najmłodsi przeniosą się do krainy baśni. Świdnicki Zespół Baletowy, działający przy Miejskim Ośrodku Kultury,...

więcej...

Kochanym dziadkom

Kochanym dziadkom

Już za chwilę swoje święto będą obchodzić babcie i dziadkowie. Z tej okazji najmłodsi przygotowali dla nich...

więcej...

Wybierz się na spektakl

Wybierz się na spektakl

Na wspólny wyjazd na przedstawienie „Betlejem polskie”, w siedzibie zespołu Mazowsze, zaprasza świdnickie Centrum Kultury. Spektakl odbędzie...

więcej...

Na urodzinach u J. Brzechwy

Na urodzinach u J. Brzechwy

Przy pełnej sali zadebiutowała dziś najstarsza, dorosła grupa Teatru Puk-Puk ze spektaklem „A na jutro tort u...

więcej...

Świdnickie kolędowanie (fot…

Świdnickie kolędowanie (foto)

Na pewno nie żałował ten, kto wybrał się na dzisiejsze „Świdnickie kolędowanie”. W wypełnionej po brzegi sali...

więcej...

Zaśpiewali o św. Mikołaju

Zaśpiewali o św. Mikołaju

Choć chodzą jeszcze do szkoły, mają za sobą liczne występy na koncertach i wydarzeniach charytatywnych. Teraz dostali...

więcej...

Chcą pojechać na ZEW

Chcą pojechać na ZEW

20 kapel, a wśród nich świdnicki The Backstage, ma szansę wystąpić podczas ZEW się budzi Festiwal w...

więcej...

Witek Muzyk Ulicy

Witek Muzyk Ulicy

W połowie grudnia do naszego miasta przyjedzie jeden z najbardziej charyzmatycznych artystów polskiej sceny muzycznej - Witek...

więcej...

Nagrody dla artystów (foto)

Nagrody dla artystów (foto)

Dzień Kultury stał się doskonałą okazją do wręczenia Nagród Burmistrza Świdnika osobom, które w 2017 roku osiągnęły...

więcej...

Patriotyczny wieczór

Patriotyczny wieczór

Choć główne obchody setnej rocznicy odzyskania przez Polskę wolności już za nami, w Świdniku wciąż odbywa się...

więcej...

Poetycka premiera

Poetycka premiera

Na koncie ma felietony o życiu, codziennych problemach, dużych i małych radościach oraz 9 tomików poezji, do...

więcej...

Muzycznie dla Niepodległej

Muzycznie dla Niepodległej

Na niezwykłe dwa koncerty pt. „Defilada Niepodległości” zaprosili dziś świdniczan młodzi tancerze i muzycy. W sali kameralnej...

więcej...

Rozkołysani jazzem (foto)

Rozkołysani jazzem (foto)

Jeszcze na konferencji prasowej Richard Bona, gwiazda 17. Świdnik Jazz Festival ogłosił, że z niecierpliwością czeka na...

więcej...

  • 1
  • 2
  • 3
Prev Next

Za dużo nerwów

Za dużo nerwów

Trzy sety trwał sobotni mecz siatkarzy Avii z Neobusem Raf-Mar Sołek Cars Niebylec. Świdniczanie wygrali do...

więcej...

Rywale byli tłem

Rywale byli tłem

Podobnie jak przed rokiem, pierwszym rywalem piłkarzy Avii w zimowym sparingu był Granit Bychawa. 12 miesięcy...

więcej...

Nauczą boksu za darmo

Nauczą boksu za darmo

Sekcja pięściarska MKS Avia Świdnik zaprasza dziewczęta i chłopców na treningi bokserskie. Zajęcia odbywają się trzy...

więcej...

Wygrana to obowiązek

Wygrana to obowiązek

Trzy mecze pozostały do końca sezonu zasadniczego w II lidze siatkarzy, grupie szóstej. Świdniczanie, którzy są...

więcej...

Pomagali przez sport

Pomagali przez sport

122 zawodników ze Świdnika, Łęcznej, Piaski, Milejowa i Lublina wzięło udział w noworocznym turnieju taekwondo, zorganizowanym...

więcej...

Mają finał

Mają finał

Z dobrej strony pokazali się młodzi piłkarze Avii z rocznika 2008. Podopieczni Wiesława Kołodzieja zameldowali się...

więcej...

Przygotowania czas zacząć

Przygotowania czas zacząć

Po kilku tygodniach przerwy do pracy wracają piłkarze żółto – niebieskich. Trzecioligowcy spotkają się na pierwszych...

więcej...

W elitarnym gronie

W elitarnym gronie

Zdzisław Stypiński odebrał z rąk Witolda Bańki, ministra sportu i turystyki oraz Elżbiety Rafalskiej, minister rodziny,...

więcej...

Zagraj o puchar

Zagraj o puchar

Do 18 stycznia można się zapisywać na turniej juniorów w futsalu. Osiemnastą edycję wydarzenia organizuje Starostwo...

więcej...

„Pietka” z kontraktem

„Pietka” z kontraktem

Dobra wiadomość dla kibiców świdnickiej Avii. Kontrakt z klubem przedłużył właśnie Piotr Prędota. Napastnik żółto –...

więcej...

Tytuł został w Świdniku

Tytuł został w Świdniku

Drugi rok z rzędu najlepszym zespołem Lubelszczyzny wśród samorządowców okazała się drużyna Świdnika. Nasi reprezentanci obronili...

więcej...

Obronią tytuł?

Obronią tytuł?

Sześć zespołów wystąpi w piątej edycji Mistrzostw Województwa Lubelskiego w Halowej Piłce Nożnej Samorządowców. Turniej zorganizuje...

więcej...

Rosną młode talenty (foto)

Rosną młode talenty (foto)

Drugi raz z rzędu najmłodsi sportowcy spod znaku MKS Avia pożegnali rok turniejem piłkarskim, zorganizowanym pod...

więcej...

Znów uwolnią energię

Znów uwolnią energię

Po raz drugi Miejski Klub Sportowy Avia kończy rok organizując turniej piłkarski pod patro­natem Polskiej Grupy...

więcej...

Zdjęcia z derbów

Zdjęcia z derbów

Przygotowaliśmy fotorelację z meczu LUK Politechnika Lublin - MKS Avia Świdnik. Zapraszamy do oglądania.

więcej...

Słodki smak porażki

Słodki smak porażki

Pięć setów trwał dzisiejszy mecz siatkarzy Avii z LUK Politechnika Lublin. Ostatecznie górą byli zawodnicy ze...

więcej...

O lidera i prymat

O lidera i prymat

Nie trzeba być ekspertem, by przewidzieć, że sobotni mecz Avii Świdnik z LUK Politechnika Lublin będzie...

więcej...

Nie zapomnieli o dzieciach

Nie zapomnieli o dzieciach

Stało się już tradycją, że w okresie świątecznym Avia Świdnik i jej kibice zbierają dary dla...

więcej...