• rodzinka
  • Wzmocnienie stopnia cyfryzacji urzędów
  • Załatw sprawę w Urzędzie
  • Schronisko w Krzesimowie
  • Zdrowy Świdnik
  • Idzie sobie Grześ...
  • Repertuar

II Wielki Konkurs Wiedzy o Świdniku

I odsłona Wielkiego Konkursu Wiedzy o Świdniku została z entuzjazmem przyjęta przez naszych Czytelników Głosy Świdnika. Wiele osób, razem z nami, poznawało ciekawe wątki historii miasta. Najbardziej wytrwali zmierzyli się w teście i wygrali atrakcyjne nagrody. Od razu było wiadome, że na pierwszej edycji nie może się zakończyć. Dlatego zapraszamy wszystkich Czytelników do II Wielkiego Konkursu Wiedzy o Świdniku. Zasady są proste. Przez osiem tygodni, na łamach Głosu i portalu Świdnik – wysokich lotów publikowane są opowieści o historii naszego miasta. W styczniu, wszystkich chętnych, dorosłych mieszkańców, zaprosimy do testu wiedzy o Świdniku. Pytania, na które trzeba będzie odpowiedzieć, ułożone zostaną na podstawie publikowanych wcześniej historii.

Żeby zgłosić swój udział w teście, wystarczy wypełnić kupon konkursowy drukowany w gazecie i dostarczyć do redakcji „Głosu Świdnika”.


Co roku mamy kogoś wielkiego

Dla kogo jest ten tytuł? Dla ludzi, którzy z pasją starają się działać na rzecz świdniczan i mają na to pomysł. Wśród, jak dotychczas 19 Świdniczan Roku, wybieranych przez czytelników Głosu Świdnika w redakcyjnym plebiscycie, są działacze społeczni, lekarze, przedsiębiorcy, honorowi dawcy krwi, duchowni, politycy i pedagodzy. Pełną listę posiadaczy statuetki Srebrnego Atlasa, która jest główną nagrodą i symbolem plebiscytu stanowią: Urszula Radek, Bożenna Sadowska- Krawczyk, ks. Tadeusz Nowak, Mirosława Grela, Jadwiga Ciołek, Henryk Maruszak, Stanisław Stefańczyk, Nikodem Buchowiecki, Kazimierz Patrzała, Spółka Konsorcjum, Klub Honorowych Dawców Krwi przy PZL-Świdnik, Helena Typek, Stanisław Pszeniczka, Stanisław Kubiniec, Jacek Kosierb, Magdalena Celińska, Artur Soboń, Aneta Jagieła oraz Marcin Paśnikowski.

Zasłużeni dla Świdnika

Tytuł „Zasłużony dla Miasta Świdnika” ustanawiany jest uchwałą Rady Miasta z inicjatywy burmistrza lub grupy radnych, na wniosek złożony przez organizacje społeczne, instytucje, zakłady pracy lub mieszkańców. Tytuł nadawany jest osobom, zakładom pracy, instytucjom, organizacjom społecznym, które swą działalnością przyczyniły się do rozwoju i promocji Świdnika. Od początku istnienia samorządu tytuł zasłużonego otrzymali: ks. Jan Hryniewicz, Anna Szałach-Jezierska, Kunegunda Mordel, Wytwórnia Sprzętu Komunikacyjnego „PZL-Świdnik” S.A., Kazimierz Suseł, Tadeusz Góra, Janusz Kasperek, Klub Honorowych Dawców Krwi PCK im. Księdza Jerzego Popiełuszki przy WSK „PZL-Świdnik” SA, I Liceum Ogólnokształcące im. Władysława Broniewskiego, Henryk Maruszak, Dariusz Rubaj, Komitet Pomocy SOS „Solidarność”, Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej – Koło w Świdniku, FKS „Avia” Świdnik, Komisja Międzyzakładowa Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność” w Świdniku, Miejsko- Powiatowa Biblioteka Publiczna, Chór Męski „Arion”, Fundacja De Woonplaats, Spółdzielnia Mieszkaniowa w Świdniku, Alfred Bondos, Powiatowe Centrum Edukacji Zawodowej, Helicopters Brass Orchestra, Polski Związek Emerytów, Rencistów i Inwalidów oddział w Świdniku, Zespół Szkół nr 1, Zyta Gilowska.

Honorowi obywatele

Rob Jan Inja, Adam Bień, Jan Klooster, Wojciech Trawczyński, Jakub Zagaja, Łukasz Jałoza, Wanda Półtawska, Zygmunt Karwowski, Jan Olszewski, prof. Wanda Wiłkomirska tworzą grono osób, którym Rada Miasta Świdnik nadała zaszczytne tytuły honorowych obywateli miasta. Jan Olszewski to były działacz opozycji demokratycznej, a w latach 1991-92 premier rządu RP. Wanda Wiłkomirska, wybitna skrzypaczka. Kilkakrotnie odwiedzała Szkołę Muzyczną I stopnia w Świdniku, noszącą imię jej rodziny. Wanda Półtawska, doktor nauk medycznych, specjalista w dziedzinie psychiatrii, profesor Papieskiej Akademii Teologicznej. Bliska przyjaciółka papieża Jana Pawła II, obecna przy jego śmierci. Dama Orderu Orła Białego. Rob Inja i Jan Klooster, członkowi holenderskiej fundacji De Woonplaats, dzięki której nie tylko powstało osiedle Lokum TBS, ale również nawiązano współpracę, która zaowocowała partnerstwem Świdnika i gminy Aalten w prowincji Genderland. Zygmunt Karwowski, działacz NSZZ „Solidarność” w WSK Świdnik, po wprowadzeniu stanu wojennego i pacyfikacji WSK zwolniony z pracy, zmuszony do emigracji do USA. Wojciech Trawczyński, Jakub Zagaja i Łukasz Jałoza byli siatkarzami I ligowej drużyny siatkarskiej ASPS Avia, którzy zginęli w wypadku samochodowym podczas powrotu z meczu z Międzyrzecza Wielkopolskiego.


Śmigłowce i prosiaki

Świdnik potrafił sobie radzić w ciężkich czasach. Trudno inaczej nazwać przełom lat 70. i 80. O własną „produkcję” mięsa WSK zadbała w listopadzie 1980 roku. Za 3,025 mln złotych zakupiono gospodarstwo hodowlane w Bystrzejowicach. W ramach transakcji własnością WSK stały się 63 tuczniki o łącznej wadze 6740 kg. Motywem działania było zapewnienie dostaw mięsa dla stołówki zakładowej i ośrodków kolonijnych. Zwierzęta karmiono zbożem zbieranym z dwóch pól, położonych na obrzeżach lotniska zakładowego i w Bystrzejowicach. Ziemniaki dowozili okoliczni rolnicy w zamian za siano koszone na lotnisku. Rozwój hodowli doprowadził do tego, że między styczniem a wrześniem 1982 roku gospodarstwo przekazało do uboju 220 tuczników o wadze 15 793 kg.

Telewizyjna pożyczka

W sierpniu 1966 roku, w sklepie ZURiT przy ówczesnej ul. 1 Maja, utworzono wypożyczalnię telewizorów produkcji krajowej. Jednomiesięczna należność za telewizor 14-calowy wynosiła 170 zł, od 250 do 290 zł za 17 cali, w zależności od wartości odbiornika, 300 zł za 19 cali i 350 zł za 21 cali. Wszystkie formalności można było załatwić w sklepie. Wypożyczający nie ponosił kosztów manipulacyjnych. Telewizor można było też kupić. Wówczas ZURiT odliczał od ceny odbiornika kwotę wpłaconą za wypożyczenie, a doliczał koszty manipulacyjne. Usługa cieszyła się dużym powodzeniem.

Pociąg do Darłowa

Głos Świdnika z 25 lutego 1972 roku pisał: 28 maja wejdzie w życie nowy rozkład jazdy PKP. Uwzględniając postulaty naszej załogi dyrekcja okręgowa PKP w Lublinie postanowiła wprowadzić specjalny pociąg wczasowy na trasie Świdnik – Darłowo. 2 km od Darłowa, w Darłówku, znajduje się nasz ośrodek wczasowy. Wczasowicze wyjeżdżać będą ze Świdnika o 14.55 a do Darłowa przyjadą o 4.12. Pociąg będzie kursował przez całe lato, raz na dwa tygodnie, zawsze kiedy będzie się zaczynał i kończył turnus wczasowy w naszym ośrodku. Lotniczo-rybacki sojusz W lutym 1988 r. dyrektor WSK do spraw pracowniczych oraz przedstawiciele Państwowych Gospodarstw Rybackich podpisali umowę o wzajemnych usługach i pomocy. Na jej podstawie zakład udostępniał rybakom odpady użytkowe, materiały, narzędzia i maszyny niezbędne do przeprowadzania remontów, świadczył usługi śmigłowcowe i agrolotnicze. Rybacy mieli też korzystać z obiektów socjalno-bytowych przedsiębiorstwa. W zamian wędkarze Zakładowego Koła Wędkarskiego korzystali ze zniżek w opłatach za wędkowanie na wodach Państwowych Gospodarstw Rybackich. Jedno z jezior zarezerwowano wyłącznie do dyspozycji wędkarzy z WSK. Pozostali mogli kupić tańszą rybę i korzystać z ośrodków wypoczynkowych PGR. Wymiana dotyczyć miała również zakładowych imprez kulturalnych i sportowych.


Gdzieś na końcu świata...

 … tak śpiewają kibice jednego z naj­bardziej zasłużonych klubów sporto­wych w Polsce. Powstał w 1952 r. jako Stal Świdnik. Kilka lat później przyjął nazwę FKS Avia. Jego zawodnicy zdo­bywali tytuły mistrzów Polski, Europy, świata i olimpiady. Siatkarze, piłka­rze, rajdowcy motocyklowi, szachiści i pływacy rozsławiali imię lotniczego miasta, a Jerzy Brendler, Ryszard Pe­tek, Tomasz Wójtowicz i Lech Łasko to nazwiska znane kibicom sportowym w całym kraju. W latach 90. przyszły czasy kryzysu. Przełom nastąpił w 2017 roku, kiedy powstał Miejski Klub Sportowy Avia Świdnik. Solidne pod­stawy finansowe i nowoczesna baza sprawiają, że żółto – niebiescy coraz śmielej nawiązują do najlepszych tra­dycji klubu.

Nokautujące pięści Świdnika

Pierwszy bokserski pojedynek świd­niccy pięściarze, występujący pod nazwą Stal, stoczyli w 1952 roku, z Bu­dowlanymi Lublin. Lata 60. przyniosły świdnickiemu boksowi nowe wyzwa­nia. Sukcesy na ringach krajowych i zagranicznych odnosili zawodnicy trenowani przez Henryka Kukiera, jednego z pierwszych architektów złotych lat świdnickiego boksu, trzy­krotnego olimpijczyka, wielokrotne­go mistrza i reprezentanta kraju. W barwach Avii zdobył w 1960 roku in­dywidualne mistrzostwo Polski.

Lata 70. były okresem największych sukcesów świdnickiego boksu, zapo­czątkowanym przez awans do pierw­szej ligi pod wodzą trenerów - Zbi­gniewa Cebulaka i Józefa Króży. Na szczycie świdnickiej elity pięściarskiej stał wtedy mistrz Europy z Rzymu i brązowy medalista z Bukaresztu Ry­szard Petek. To właśnie tytuł mistrza Europy był największym sukcesem klubowym Avii. Drużyna ze Świdnika stanowiła wtedy czwartą ekipę pięś­ciarską Polski.

W latach 90. z powodu kryzysu go­spodarczego i zmian społeczno-po­litycznych, świdnicki boks chylił się ku upadkowi. Doszło do zawieszenia działalności sekcji.

Z totalnego upadku udało się jednak podnieść. Wróciła do działalności jako Gminno-Powiatowe Towarzy­stwo Bokserskie. Od początku 2018 roku nie musi już walczyć o byt. Jest częścią Miejskiego Klubu Sportowego Avia Świdnik. Czas powalczyć o po­wrót do dawnego blasku.

Siatkarskie diamenty

Na początku lat 70., na siatkarskiej mapie Polski pojawiła się nowa potęga. Była nią drużyna FKS Avia Świdnik. Młode talenty, pod wodzą trenera Kazimierza Wójtowicza, co­raz śmielej pięły się w górę tabeli I ligi. Wreszcie, w 1972 roku sięgnęły po brązowy medal mistrzostw Polski. Zespół świdnickiego klubu dorobił się prawdziwych diamentów. W 1974 roku, podczas mistrzostw świata w Meksyku, reprezentacja Polski prowa­dzona przez Huberta Wagnera poko­nała Japonię i zdobyła złoty medal. W jej szeregach walczył Tomasz Wójto­wicz, siatkarz FKS. Dwa lata później na igrzyska olimpijskie do Montrea­lu, dołączył do drużyny Lech Łasko, również świdniczanin. Polacy okazali się niezwyciężeni i, po pokonaniu w dramatycznym meczu drużyny ZSRR, zdobyli tytuł czempionów globu.

FKS Avia miał w tym czasie ogromną chęć i potencjał do zdobycia tytułu mistrzów świata i olimpiady. Nieste­ty, we wrześniu 1976 roku, w czasie powrotu z wyjazdowego meczu, w wypadku drogowym zginęło dwóch siatkarzy: Zdzisław Pyc i Henryk Sien­nicki. Po tej tragedii siatkarska Avia już nigdy nie była taka sama.

Mistrzowie 64 pól

Wśród najsilniejszych sekcji FKS Avia była taka, której zawody nigdy nie od­bywały się w obecności tłumu rozen­tuzjazmowanych kibiców z trąbkami i transparentami. Rywalizacja przebie­gała w ciszy i skupieniu. Nie przeszko­dziło jej to w zdobywaniu indywidu­alnych i zespołowych tytułów mistrza Polski, wygrywaniu pierwszoligowej rywalizacji, wychowywaniu reprezen­tantów Polski.

Zdzisław Marciniak był szachistą klubu od początku, do końca istnienia sek­cji. Twierdzi skromnie, że nie odniósł wielkich sukcesów, no, może jeden. Po stoczeniu stu pojedynków, został kore­spondencyjnym mistrzem Polski.

Mocne szachy w Świdniku zaczęły się w 1978 roku. W 1982 roku Avia sięgnęła po drużynowe mistrzostwo Polski. Klub doczekał się trzech indywidualnych mistrzów kraju. Byli nimi Zbigniew Księski, Zbigniew Szymczak i Marek Hawełko. Wszyscy zdobyli nominacje na mistrzów międzynarodowych. Ale poza tą trójką, mistrzami międzynaro­dowymi byli też: Andrzej Sydor, Krzysz­tof Pytel i Anna Jurczyńska, mistrzyni Polski. Skład Avii był wtedy naprawdę potężny. W 2000 roku, w miesięczniku „Szachy” ukazał się ranking wszech­czasów polskich drużyn, które w całej historii ligowej klasyfikacji uzyskały najwięcej punktów. Nieistniejąca już wtedy od 10 lat sekcja szachowa Avii zajęła 3 miejsce…


Bezkrwawa rewolucja

8 lipca 1980 roku rozpoczął się pro­test pracowników Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego PZL-Świdnik. Bez­pośrednią jego przyczyną był około sześćdziesiecioprocentowy wzrost cen w zakładowym bufecie. Była to kropla, która przelała czarę goryczy, zapalnik narastającego niezadowo­lenia społecznego.

O godz. 9.30 przerwało pracę 80 pracowników Wydziału Obróbki Me­chanicznej W-320. Około godz. 12.30 strajk ogarnął już całą załogę. Pod­czas spotkania z dyrekcją i władzami partyjnymi, robotników reprezento­wały delegacje wszystkich wydzia­łów, wysuwając postulaty.

Po zakończonych fiaskiem próbach wyciszenia protestu (usiłowano m.in. przekupić jego przywódców), czwar­tego dnia, 11 lipca, nastąpił przełom. W pomieszczeniach Rady Zakładowej zebrało się ok. 20 członków Komitetu Postojowego (na nazwę „strajko­wy” władze nie chciały się zgodzić) z 3-osobowym prezydium: Zofią Bart­kiewicz, Zygmuntem Karwowskim i Romanem Olchą. Przedmiotem ro­kowań były postulaty, które ułożono w 110 punktową listę żądań załogi. Kilkugodzinne negocjacje zaowo­cowały podpisaniem porozumienia kończącego strajk. Po 81 godzinach pracownicy WSK Świdnik podjęli pra­cę.

Było to pierwsze w kraju pisemne po­rozumienie zawarte między władza­mi komunistycznymi a strajkującymi pracownikami.

Ostatni bastion wolnej Lubelszczyzny

Po północy, 13 grudnia 1981 r., na wieść o aresztowaniach pierwsi dzia­łacze zakładowej „Solidarności” ze­brali się w WSK już około godz. 3-4 w nocy, rozpoczynając przygotowania do strajku okupacyjnego. Nie wie­dzieli jeszcze, że to początek stanu wojennego, wprowadzonego przez komunistyczny reżim dla zdławienia wolnościowych dążeń narodu. Około godz. 8.00 w hali nr 1 zwołany zostaje wiec załogi. Na terenie zakładu prze­bywało wówczas około 1000 osób. W czasie strajku liczba ta się zmieniała, osiągając blisko 6000 ludzi. Powoła­ny zostaje Komitet Strajkowy, liczący kilkanaście osób. Na jego czele, jako przewodniczący Komitetu Strajkowe­go, stanął Stanisław Pietruszewski.

Około godz. 13.00 na przyzakłado­wym lotnisku wylądowały wojskowe śmigłowce. Dowodzący oficer, komi­sarz wojskowy dla WSK, spotkał się z Komitetem Strajkowym, informując o decyzji militaryzacji WSK i otrzyma­nym rozkazie „zabezpieczenia” za­kładu. Tymczasem w Lublinie, ocaleli od internowania działacze Zarządu Regionu wyznaczyli WSK Świdnik na siedzibę Regionalnego Komitetu Strajkowego. Przewodniczącym tego komitetu zostaje Norbert Wojcie­chowski, dotychczasowy członek Za­rządu Regionu.

14 grudnia, około godz. 8.00 zwołano wiec załogi. W zgromadzeniu wziął udział dyrektor naczelny WSK, Jan Czogała, wyrażając wolę pozostania z załogą.

Ostateczna rozprawa

16 grudnia w Dzienniku Telewizyj­nym minister przemysłu powiadomił o zdymisjonowaniu dyrektora J. Czo­gały. Wieczorem, do Komitetu Straj­kowego dotarła informacja o mają­cym nastąpić w nocy ataku na WSK. Około północy teren zakładu został otoczony przez czołgi, pojazdy opan­cerzone i ponad 500 żołnierzy.

16 grudnia, około godz. 1.00, czołgi w kilku miejscach przebiły mur. Na teren zakładu weszły oddziały milicji, rzucając w kierunku robotników pe­tardy z gazem i dymem. W czasie ata­ku ze strony ZOMO padła także seria z ostrej amunicji. Komitet Strajkowy, za pośrednictwem radiowęzła, informo­wał o stawianiu oporu biernego, aby uniknąć rozlewu krwi. Około godz. 4.00 pierwsi strajkujący opuścili WSK. Przy wychodzeniu aresztowanych zostało około 40 osób, z których in­ternowano 22. Zatrzymany został też dyrektor naczelny J. Czogała, pozba­wiony stanowiska i internowany.

17 grudnia przybyłym do zakładu pracownikom zabierano dotych­czasowe przepustki. Wywołało to sprzeciw części osób, najbardziej związanych z „Solidarnością”, którzy w zwartej grupie udali się do kościo­ła. Proboszcza ks. Jana Hryniewicza poproszono o odprawienie mszy św. oraz o radę, co należy dalej robić. Część osób opowiadała się za bojko­tem pracy w fabryce. Ks. Hryniewicz wezwał robotników do powrotu do pracy.


Przebojowe miasto 

Świdnik jest kolebką talentów muzycznych. Świadkami ich narodzin były legendarny klub Iskra i kino Lot. To w Iskrze, debiutowały zespoły „Ikersi” i "Tramp", w którego składzie drogę do muzycznej sławy zaczynali Romuald Lipko i Andrzej Szczodrowski, późniejsi muzycy Budki Suflera. Na deskach Lot-u, wiosną 1980 roku, podczas Przeglądu Zespołów Młodzieżowych, przebojem „Piechotą do lata”, rozpoczynał karierę zespół Bajm. Nasze miasto polubili nie tylko muzycy, ale również wybitni prezenterzy i krytycy muzyki rozrywkowej. Ikoną dyskotek w „Iskrze” był Jerzy Janiszewski, dziennikarz Radia Lublin, który w trudnych latach 80. emitował w swoich audycjach najnowszą muzykę zza „Żelaznej Kurtyny”.

W jak wiosna

Krajowej sławy wykonawcy: Danuta Rinn, Bogdan Czyżewski i król piosenek żołnierskich na festiwalu w Kołobrzegu – Daniel, nagrali piosenki o motocyklach WSK. „W jak wiosna”, „Sposób na samotność”, „Jeden zero dla nas” – skomponowane przez profesjonalistów, z zabawnymi tekstami i łatwymi do zapamiętania melodiami - nuciła cała Polska. Piosenki zostały wydane na płytach gramofonowych, emitowane były przez radio, cieszyły się ogromną popularnością. Zasłużyły na miano szlagierów swoich czasów. W 1951 roku, niemal jednocześnie z WSK powstała zakładowa orkiestra dęta. Jej pierwszymi muzykami byli Juliusz Fidziński, Stanisław Dziuba, Mikołaj Krawczyk, Bolesław Skotnicki, Tadeusz Krasucki, Władysław Żyśko. Od 1971 roku, przez 42 lata, historia orkiestry łączyła się z postacią Henryka Maruszaka. Dęciaki na podbój świata Świdnickie dęciaki byli pierwszą orkiestrą z obszaru tzw. krajów demokracji ludowej, która zagrała na Zachodzie, w międzynarodowym konkursie orkiestr dętych w zachodnioniemieckim Rastede, gdzie wystąpiły 72 orkiestry z całego świata. Świdniczanie pozostawili rywali w tyle. Wystarczył jeden wyjazd, aby wstrzelić się w rynek. Niemcy odwiedzili sześć razy, a przy okazji nawiązali kontakty w innych krajach – w Husum, też w międzynarodowym towarzystwie, zgarnęli nagrody we wszystkich możliwych kategoriach. Zbawienne dla Polski zmiany polityczno- ekonomiczne przełomu lat 80. i 90. boleśnie dotknęły orkiestrę. Zakład przestał ją utrzymywać, została niejako zawieszona w próżni. Na szczęście w 1992 roku przyszedł ratunek ze strony miasta. Obecnie orkiestra występuje pod zrozumiałą na całym świecie nazwą Helicopters Brass Orchestra i organizacyjnie znajduje się pod skrzydłami Miejskiego Ośrodka Kultury.


To my zmotoryzowaliśmy Polskę

W uruchomieniu pierwszego motocykla brał udział Stanisław Dyński. Jak sam mawiał później, motocykl ma się do helikoptera jak rower do mercedesa. Ale zadanie, niby proste, wymagało wielu dopracowań. Dlatego do jego wykonania skierowano doświadczonego mistrza. W końcu, którejś nocy 1954 roku, motocykl ze złożonym przez niego silnikiem zaczął pracować. Po przeprowadzeniu programu prób, mistrz Dyński otrzymał na pamiątkę zielony motor z własnoręcznie złożonym silnikiem. Później zwrócił firmie ten egzemplarz historyczny, dostając w zamian inny. Jednak przez długie lata, stojący w gablocie pierwszy motocykl nazywany był motocyklem Dyńskiego.

Mistrzowska stajnia

39 drużynowych tytułów mistrza Polski w rajdach patrolowych, wyścigach ulicznych, rajdach szybkich enduro, rajdach obserwowanych – tego wyniku, osiągniętego przez rajdowców Klubu Motorowego FKS „Avia” Świdnik, nie ma już chyba szansy pobić żadna drużyna. Zaczęło się od Romana Szczerbakiewicza, który w 1952 roku, jadąc na Zundappie, wziął udział w motocyklowym wyścigu ulicznym. Kilka miesięcy później istniała już sekcja motorowa Klubu Sportowego „Stal” Świdnik. Pasmo sukcesów zapoczątkowało w 1958 roku zwycięstwo 21-letniego Jana Szczerbakiewicza w Międzynarodowym Rajdzie Tatrzańskim i pierwsze zespołowe mistrzostwo Polski. Wydarzeniem mającym ogromny wpływ na rozkwit sportu motorowego w Świdniku było uruchomienie produkcji motocykli. Wyścigowy debiut Stanisława Grzesia był również debiutem jego WSK-i. Od 1963 roku klub motorowy przyjął nazwę FKS Avia Świdnik. Wielu zawodników rozpoczęło pracę kierowców doświadczalnych, powstał również fabryczny klub motorowy. Nie było wtedy mocnych na Avię. Tytuły mistrzów Polski świdniczanie rozdzielali między sobą. Pod sztandarem Avii klub przetrwał do 1992 roku, kiedy to – głównie na skutek trudności finansowych – jedna z najbardziej zasłużonych „firm” w polskim sporcie motorowym zaczęła chylić się ku upadkowi.

Era ptaków

W szczytowym okresie produkcji motocykli powstała słynna seria ptaków. Oparta była na obu modelach silnika – 125 i 175 ccm. Różnił je wygląd i wyposażenie. Z silnikami mniejszej pojemności jeździły Bąki, Kraski, Lelki, Kosy, Gile. Silnik 175 napędzał Kobuzy, Perkozy i Dudki. Do października 1985 roku z taśmy produkcyjnej WSK zjechało 2 008 347 motocykli, które zmotoryzowały Polskę. Na wiele lat kultowa marka, popadła w zapomnienie.

Reaktywacja

Mimo to wielu amatorów jednośladów wciąż marzyło o pojeździe, który byłby naprawdę polski. Wreszcie, w 2017 roku, zakiełkowała idea ożywienia tradycji produkcji motocykli, ale nie jako składaka powstającego ze sprowadzanych elementów, tylko rodzimej maszyny. Plan reaktywacji wueski uzyskał wsparcie świdnickiego ratusza. W efekcie, inicjatywą zainteresowały się ośrodki badawczo-rozwojowe polskich uczelni i firmy gotowe wesprzeć projekt kapitałowo. W sierpniu 2018, podczas XI Zlotu Motocykli WSK i Innych zaprezentowano projekt realizacyjny motocykla. Wueska znowu wyjeżdża na prostą.


Twórcy podniebnych rumaków

Zaczęło się 23 marca 1956 roku. Za sterami pierwszego zmontowanego w WSK Świdnik śmigłowca SM-1, zasiadł pilot Janusz Ochalik. Od tego czasu świdnicką wytwórnię opuściło 7500 podniebnych rumaków. Po SM-1 przyszedł czas na SM-2, Mi-2, PZL-Kania, wreszcie na oryginalne, własne konstrukcje: W-3 Sokół i SW- 4. Największą popularnością cieszył się śmigłowiec Mi-2, którego produkcja trwała 31 lat. 5450 tych maszyn trafiło do 28 krajów świata. Kiedy w pierwszy lot wzbił się Sokół, wytwórnia wkroczyła w inną rzeczywistość. Cechuje ją już nie tylko umiejętność wykonania, ale również zaprojektowania, zbudowania i uzyskania świadectwa typu, śmigłowca własnej konstrukcji.

W elitarnym gronie

Warto zaznaczyć, że jest to jedna z najbardziej skomplikowanych maszyn, jakie wymyślił człowiek. Na początku lat 70. zaledwie 5 państw na świecie było go w stanie samodzielnie skonstruować i wyprodukować. To właśnie wtedy do elitarnego grona postanowili również wstąpić Polacy, a konkretnie konstruktorzy z Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego „PZLŚwidnik”. Niecierpliwi inżynierowie ze Świdnika chcieli czegoś więcej niż produkcji rosyjskich śmigłowców, chociaż podglądanie oryginalnych rozwiązań i próby doskonalenia ich stanowiły doskonałą lekcję. Już od początku lat 60., co chwila jakiś nowy projekt zaprzątał ich głowy i emocje. Tak pojawiły się Łątka, Jaszczurka czy Mewa. Zbyszko Kodłubaj, Jerzy Kotliński, Stanisław Markisz, Stanisław Szeląg, Jerzy Tyrcha, Bartłomiej Koper i inni, zbudowali podwaliny pod polskie sukcesy konstruktorskie: Sokoła i SW-4. Również dzięki nim, weszliśmy do elitarnej grupy zaledwie kilku krajów na świecie, która są w stanie samodzielnie zaprojektować i zbudować śmigłowiec.

Mistrzowski debiut

Śmigłowiec W-3 Sokół jest dzieckiem zespołu konstruktorów, pracujących pod kierunkiem inżyniera Stanisława Kamińskiego. Do pierwszego lotu wzbił się w powietrze 16 listopada 1979 r. Za sterami siedział wówczas pilot Wiesław Mercik. W ciągu 50 lat swojej historii, Sokół stał się podstawowym śmigłowcem polskich służb publicznych. Jest również używany w kilkunastu krajach na całym świecie. Dzięki niemu zakład przetrwał najtrudniejsze, kryzysowe lata 90. Dzisiaj, Sokół, najbardziej przebadany śmigłowiec świata, wciąż cieszy się uznaniem, jako solidny, ciągle unowocześniany środek transportu.

Mniejsze dziecko

29 października 1996 r. lotnisk fabryczne PZL-Świdnik było świadkiem jednego z najważniejszych wydarzeń w historii polskiego lotnictwa. W powietrze wzniosła się druga konstrukcja śmigłowcowa powstała w Polsce – SW-4. Jego twórca, Krzysztof Bzówka powiedział wtedy: "najcenniejszym skarbem każdej firmy lotniczej jest nabywane w ciągu lat doświadczenie. Niektórym wydaje się, że mały śmigłowiec sprawia mniej kłopotów konstruktorom. Jest dokładnie odwrotnie. Każda maszyna, niezależnie od wielkości, musi być wyposażona w silnik, transmisję napędu, układ sterowania, awionikę. W mniejszym helikopterze jest mniej miejsca na “upchanie” wszystkich tych elementów". SW-4 jest obecnie podstawowym narzędziem do szkolenia polskich pilotów wojskowych. Znalazł również użytkowników za granicą, między innymi w Chinach i na Ukrainie.


Wille jak malowane

Przed wojną był tu Adampol, dokąd przybywali spragnieni świeżego powietrza wycieczkowicze z Lublina. Świąteczny, majówkowy nastrój tych podróży podkreślali zawiadowca i dyżurni stacji, którzy ponoć w białych, paradnych strojach obsługiwali pasażerów. „Wynalazcą” adampolskiego mikroklimatu był Zygmunt Majewski, który wydzielił część dóbr Krępieckich, nazywając je – od imienia swojego ojca – Adampolem. W rodzinnej willi „Sosenka” mieszkał tutaj jego brat lekarz, żołnierz i pisarz Adam Majewski. Adampol, czyli dziś Świdnik, rodzinie Majewskich zawdzięcza bardzo wiele. Ich grobowiec znajduje się na cmentarzu przy Lipowej. Chyba niewielu świdniczan wie, że to właściwie Zygmunt Majewski przyciągnął tutaj letników, dlatego jego imię nosi jedna z ulic w mieście. Do Adampola przyjeżdżało się więc na początku XX wieku po zdrowie i wypoczynek. Główne drogi Adampola miały swoje nazwy, jak w mieście. Dzisiejsza ulica Partyzantów nosiła nazwę Alei Kościuszki, Traugutta zwana była Jagiellońską, a dzisiejsza Piłsudskiego miała za patrona Bartosza Głowackiego. Zaczęło się od „Villi nr 1”, która powstała na działce wydzielonej z dóbr krępieckich. Za sprawą Zygmunta Majewskiego, wśród lasów Adampola, zaczęły powstawać jedna po drugiej wille wypoczynkowe. Podobno niektóre z nich, chociaż tylko jednopiętrowe, wyposażone były w windy. Wraz z wybuchem wojny straciły swój letniskowy charakter. Niektóre pełniły inne, historyczne role, na przykład punktów kontaktowych miejscowej partyzantki. Po wojnie powoli popadały w ruinę. Tą, która zachowała się w najlepszym stanie jest „Grażyna”, przedwojenna willa Szcześniewskich, stojąca przy ul. Racławickiej. Do dziś na jej frontowej ścianie można przeczytać umieszczony na tabliczce napis „Grażyna”, a jej i przedwojenny adres to: Aleja Bartosza Głowackiego. Piękny szyld z nazwą znajduje się nad gankiem willi „Bożenna”, która należała do Papieskich. Zachowała się „Sosenka” Majewskich. „Zakopianka”, schowana głębiej za domami przy ul. Świerkowej, była własnością Michała Chodorowskiego. Willa "Bajka" to przeniesiony na ul. Leśną dwór z Tarnawy, w którym mieszkała Anna Kamieńska, odwiedzająca dziadka. Na Adampolu znajdziemy też nieco zapomniane wille: przy ul. Zielonej i przy składzie budowlanym w rogu ulic Traugutta i Piłsudskiego. Kiedyś było ich więcej. Przeniesiona już w XXI wieku z ul. Traugutta w okolice Piask willa „Jutrzenka” Podolszyńskich, „Rozkosz" Gąsiorowskich, spalona w 1943 roku przez okupantów w odwet za Niemca zabitego na Kolonii, „Hania” Ogińskich, która też spaliła się w czasie wojny, ale to przez przypadek. Zaprószyli w niej ogień nieuważni lokatorzy. Była „Ostoja”, zbudowana przez Przeradzkiego, „Bogdanówka”, „Leszczynka”.